Mam 18 lat, mieszkam na wsi z rodzicami i bratem. Rodzice dobrze zarabiają, mieszkam w wielkim domu z tarasem, można powiedzieć, że mam wszystko czego potrzebuję. Nie, nie wszystko.
Już od podstawówki dobrze się uczyłam, zawsze miałam średnią powyżej 5.0. Jeździłam na konkursy wokalne i recytatorskie. Wygrywałam. Nauczyłam się grać na fortepianie i skrzypcach. Po gimnazjum (przez 3 lata miałam świadectwo z paskiem), poszłam do liceum prawnego. Tam starałam się jak mogłam.
Wiecie po co? Żeby usłyszeć od moich rodziców, chociaż jeden jedyny raz, że są ze mnie dumni.
Wczoraj poszłam do taty i mu powiedziałam, że chciałabym studiować prawo.
Usłyszałam "Nie masz co liczyć na studia, bo studia są dla zdolnych ludzi".
Szczerze? Brakło mi słów.
Kiedy moi znajomi wychodzili na imprezy, albo jako dzieci wychodzili grać w piłkę, ja siedziałam przy książkach. Poprawiałam każdą 3. Nie wiem co bym musiała zrobić, aby powiedzieli mi, że są ze mnie dumni.
Jeżeli jesteś rodzicem, jak najczęściej je motywuj do działania i mów, że je kochasz!
Zesrałam się na fotelu dentystycznym... Mam 20 lat.
Zapisałem się ostatnio na siłownię. Ot, taka osiedlowa "pakernia".
Pierwszy dzień wchodzę, wkoło same dresy-koksy, puszczają swoja muzykę, jakieś rapsiki... jednym słowem standard. Zbijam z każdym prawilną grabę i przechodzę do takiego małego pokoiku, gdzie było parę przyrządów. W tym pokoiku ćwiczyło sobie 2 ziomeczków, jeden taki "typowy kulturysta", wiecie sami, 2 na 2 metry, drugi za to chudy, łysy sebix (pozdrawiam wszystkich Sebastianów). Widać było, że to koledzy, cały czas ze sobą gadali - można się domyślić jakim słownictwem się "wymieniali".
Ale do rzeczy... przechodzę do ławeczki, chciałem zrobić wyciskanie na klatę i co ważne zaraz obok tej ławeczki, w pozycji leżącej ćwiczenia wykonywał "Pan 2 na 2 metry". I tutaj popełniłem pierwszy błąd przy zdejmowaniu ciężaru ze sztangi, ponieważ nie przytrzymałem jej i się po prostu przeciążyła i jak gdyby nigdy nic poleciała prosto na plecy "Pana 2 na 2"...
"Mam przej***ne" było pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, drugi sebix, ten chudy i łysy, już widzę w lustrze, że rzuca ćwiczenie, zrywa się na nogi i biegnie w moją stronę. Pan 2 na 2 zrobił to jeszcze szybciej, bo krótko mówiąc pierdol****ł tą sztangą i nagle stanął przede mną. Jedyne co zdążyłem powiedzieć to ciche "sorry", gdy dostałem strzała od chudego sebixa. Ogarnąłem się i przyjąłem pozycję obronną, choć nie miałbym raczej szans sam na 2 typa i bylem gotowy na dalsze atrakcje, ale... no właśnie. W tym momencie Pan 2 na 2 odciągnął swojego kolegę, dając mu jasno do zrozumienia, żeby się nie wpie***ał.
"Z deszczu pod rynnę" - sobie pomyślałem, bo przecież z tamtym sebixem mam chociaż jakieś szanse, ale Pan 2 na 2 jak gdyby nigdy nic poklepał mnie po ramieniu, mówiąc:
- Jesteś tu pierwszy raz, mordo, musisz uważać, żeby nie wpaść w gips.
Po tych słowach uważam ze wszystkim, nawet niosąc herbatę...
Od wielu lat podobała mi się moja przyjaciółka - zaczyna się jak typowa historia o wychodzenia z friendzone - długi czas zbierałem się w sobie, żeby wyznać jej, co czuję, ale jakoś nie mogłem się zebrać... Kiedy zadzwoniła do mnie, że koniecznie chce się ze mną spotkać postanowiłem, że powiem jej wszystko, co czuję.
Wszystko szło pięknie. Spotkaliśmy się w kawiarni, dałem jej mały bukiecik kwiatków, otrzymaliśmy nasze kawy i desery i odważyłem się powiedzieć jej wszystko. Kiedy skończyłem zobaczyłem, że ma łzy w oczach i niespecjalnie szczęśliwą minę. Powiedziała, że też się jej podobam, ale myślała, że nie ma u mnie żadnych szans. Czemu więc nie skakała z radości? Otóż umówiła się ze mną, żeby się wyżalić. Spotykała się z pewnym facetem, wydawało jej się, że to ten jedyny, ale zaszła w ciążę, a on... zniknął. Okazało się, że oszukiwał ją od początku i nie pracował w miejscu, które wskazał, ani nie mieszkał tam, gdzie twierdził, że mieszkał.
Przyznaję, w pierwszej chwili nie wiedziałem co powiedzieć. Przemyślałem sprawę i postanowiłem, że zwiążę się z nią i dziecko wychowam jak swoje, jeśli tylko ona się zgodzi. Zgodziła się.
Wszystko było pięknie. Po dwóch latach postanowiliśmy sformalizować nasz związek. Zaprosiliśmy naszych bliskich, zorganizowaliśmy ślub i małe przyjęcie dla rodziny.
Naszedł ten Wielki Dzień. Zaczęli zjeżdżać się goście. Podszedł przywitać się mój kuzyn, którego wcześniej moja ukochana nie miała szansy poznać, bo od dwóch lat pracował za granicą. Kiedy podszedł, moja przyszła żona zbladła jak ściana. Kuzyn też wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć.
Jak myślicie, czemu wyjechał za granicę dwa lata temu? Tak, to biologiczny ojciec mojego syna.
Jestem studentką chemii. I to jest chyba słowo klucz w tej historii; dla niewtajemniczonych: mamy między innymi takie przedmioty jak chemia organiczna, nieorganiczna, fizyczna, analityczna, teoretyczna i wiele innych - bardziej lub mniej "humanistycznych". Oczywiście - na każde z tych zajęć mówimy skrótami: "organ", "nieorgan", "teor" itd.
Pewnego dnia, wracając z zajęć laboratoryjnych autobusem po drzwi i okna wypchanym ludźmi, zauważyłam moją koleżankę ze studiów, która stała może z 5 metrów ode mnie. Ponieważ nie mogłam do niej dotrzeć, pomachałam tylko ręką, dając znać, że wychodzimy na następnym przystanku. Ale moja koleżanka - jak to poczciwa, a zarazem niecierpliwa osóbka, chcąc się dowiedzieć, jak mi poszło na laboratoriach, palnęła na cały autobus: "JAK TAM PO ANALU?!"
Miny ludzi bezcenne... -_-
PS. Tak, to były laboratoria z chemii analitycznej.
Parę lat temu, w wakacje po maturze, dorwałem sobie sezonową pracę na Długiej w Gdańsku. Robienie i sprzedaż gofrów i lodów. Kiedy zaczął się Jarmark Dominikański, na całej Długiej były oczywiście tłumy, także do naszego stanowiska kolejka była non stop. Na stanowisku pracowała nas trójka, dzieliliśmy się tak, że jedna osoba nabijała zamówienia na kasę, druga zalewała gofrownice i pilnowała smażenia gofrów (8 podwójnych gofrownic), a trzecia przygotowywała i wydawała gofry (bita śmietana, owoce itd.). Dodatkowo, jako że sprzedawało się znacznie więcej gofrów niż lodów, osoba odpowiedzialna za smażenie w razie potrzeby nakładała też lody.
Akurat w tym czasie to ja obsługiwałem gofrownice; żar lał się z nieba, kolejka nie miała końca, ludzie oczywiście narzekali... Kolega nabijający na kasę powiedział do mnie, że jest zamówienie na lody, więc ja, uwijając się w pocie przy gofrownicach, nie odwracając się nawet do klienta, zapytałem jakie smaki. W odpowiedzi usłyszałem "a jakie są?". Muszę dodać, że jest to dosyć częste pytanie ludzi, chociaż lody są w lodówce za szybą, a nazwy smaków są wyraźnie opisane... Trochę poirytowany odpowiedziałem tylko "te co widać", na co klient - "no właśnie ja nie widzę". Dopiero w tym momencie się odwróciłem i zobaczyłem młodą kobietę w ciemnych okularach i z białą laską...
Tak, była niewidoma. Powiem tylko, że nigdy tak szybko nie recytowałem smaków tych przeklętych lodów.
Tegoroczna sesja zimowa nie poszła mi najlepiej. Oblałam wszystkie terminy jednego z egzaminów, myślałam, że to już koniec mojej przygody ze studiowaniem, ale na szczęście po tygodniach nękania profesora setkami mejli i odwiedzin w jego gabinecie udało mi się dostać dodatkowy termin zaliczenia. Ostatnia szansa, muszę to w końcu zaliczyć. Tak więc ostre zakuwanie, zarwane noce, hektolitry kawy, aż w końcu czułam się naprawdę przygotowana do tego egzaminu.
Zawsze byłam śpiochem i miałam problemy z porannym wstawaniem, dlatego w dzień egzaminu ustawiłam kilka budzików minutę czy dwie po sobie, gdybym ten pierwszy wyłączyła przez sen. Kiedy wstałam, jak co rano chciałam zapalić papierosa, więc w tym celu postanowiłam zejść do piwnicy, bo na dworze mróz, a ja w piżamie. W moim rodzinnym domu przy schodach do piwnicy jest bardzo niski strop - trzeba schylić głowę przy schodzeniu, ja niestety tego nie zrobiłam... Uderzyłam tak mocno, że straciłam przytomność. Leżąc na schodach słyszałam tylko kolejne budziki dzwoniące z telefonu, który miałam w kieszeni i myślałam o tym, jak to dobrze, że je ustawiłam, bo może ktoś usłyszy, znajdzie mnie i nie umrę na tych schodach. Po jakimś czasie budziki ustały. Pomyślałam, że teraz to już nikt mnie tu nie znajdzie, po tygodniu znajdą moje zwłoki i taki będzie mój koniec.
Kiedy odzyskałam przytomność, leżałam w łóżku... Nie w moim pokoju w domu rodziców, ale w mieszkaniu, które wynajmuję w mieście, gdzie studiuję... W tym samym mieszkaniu, w którym zasnęłam noc wcześniej... Tak jest, cała sytuacja ze schodzeniem do piwnicy mi się śniła, kolejne budziki, które gdzieś w tle mi dzwoniły zignorowałam, obudziłam się dwie godziny po ustalonym terminie i tak oto moje studiowanie potrwa rok dłużej, niż planowałam...
Wiecie jaki dźwięk wydaje bocian? Też myślałem, że wiem, ale od początku...
Sytuacja z dzisiaj, po zajęciach na basenie trzech prawie dorosłych facetów (w tym ja) przebiera się w szatni. Nagle wchodzi jeszcze jeden kolega i pyta się:
- Wiecie jak robi bocian?
- No klekocze...
- A pokazać wam jak?
- No dawaj - wspólnie się zgodziliśmy (i to był błąd!).
No więc w celu "demonstracji" kolega odwrócił się do nas tyłem (stał w futrynie ), odchylił przed sobą rzecznik i zaczął machać... no cóż, prąciem, tak żeby wydawać dźwięk klekotania. W pewnym momencie kolega nie przestając klekotać odwrócił głowę w naszą stronę, aby zobaczyć efekty swojej pracy. Właśnie w tym momencie od jego frontu nadszedł sprzątacz. Wyobraźcie sobie minę gościa. My oczywiście w bekę, sprzątacz się gapi, a on dalej klekocze. Gdy tylko kolega zorientował się, że macha jajami na lewo i prawo przed obcym kolesiem, z hukiem zamknął drzwi. No cóż, życie tego gościa nie będzie już takie same.
Nie, ślubu nie było. Jest tylko nowa ksywka - "ornitolog".
Historia, która sprawia, że na samą myśl spalam się ze wstydu, chociaż minęło już kilka lat. Ostrzeżenie dla wrażliwych - będzie niesmacznie.
Miałem wtedy ok. 25 lat - wiek poważny.
Była gorąca lipcowa sobota, ja zmęczony po pracy (pracowałem fizycznie na budowie jako murarz) marzyłem tylko o relaksie i śnie. Ok. godziny 20 dostałem telefon od kumpla, że mam się szykować na imprezę. Odmówiłem, ale to jego nie przekonało. Był u mnie jakieś 40 minut później z piwem "na rozgrzewkę". W międzyczasie truł mi uszy, że mam się szykować do wyjścia do klubu. Niechętnie się ogarnąłem, czując z każdym wypitym łykiem piwa, że zaczyna mi coraz mocniej szumieć w głowie (zmęczenie zrobiło swoje). W drodze do klubu zasnąłem w aucie. Kumpel mnie budzi, wchodzimy. Doszła reszta kolegów, zamówili jakieś drinki, w tym dla mnie podwójnego shota i coś tam jeszcze. Generalnie sporo tego było. Po jakimś czasie poczułem, że mam niezłą bombę i przy okazji niesamowicie mnie znowu ciśnie spanie.
Obudził mnie ochroniarz, który kazał grzecznie wyjść z klubu, bo nie będą tolerować nawalonych i śpiących klientów. Zabrałem swoje rzeczy (przy stoliku nikogo nie było) i bez słowa wyszedłem za ochroniarzem , który po drodze zapytał tylko, gdzie mnie odprowadzić. Powiedziałem, że sobie poradzę sam i tak znalazłem się pośrodku parkingu. Byłem nadal pijany, ale rozpoznałem auto kumpla, postanowiłem się w nim usadowić i poczekać na niego w środku wysyłając mu SMS-a, gdzie jestem.
No i wszystko byłoby pięknie, tylko ja nie miałem do auta kluczyka, postanowiłem wysłać koledze SMS, żeby wyszedł i mnie poratował.
Wyciągam telefon i piszę... Wysłałem, schowałem telefon i postanowiłem usiąść na bruku, bo kręciło mi się w głowie.
Budzę się... A właściwie to ktoś szarpie za rękę. To byli ratownicy medyczni... A obok stali policjanci i przerażeni koledzy.
Co się okazało - byłem tak nadziobany, że wczołgałem się pod auto tego ochroniarza (stało obok cacka kolegi) i tam zasnąłem. Dodatkowo się porzygałem, miałem lekko osrane gacie i wacka na wierzchu. Gdzieś sobie rozciąłem brew. Wyglądałem jak żul po ostrej libacji, tyle że w markowych ciuchach. Waliło wszystkim ode mnie strasznie.
SMS-a o treści "wyjdź, ja w auto sapie" (miało być, że chcę spać w aucie) wysłałem do swojej kuzynki, co mieszka w Niemczech - ona zaalarmowała moją siostrę, moja siostra kumpla i tak mnie znaleźli jakieś 2 godziny później. Karetkę wezwał ochroniarz, co mnie wyprowadzał z klubu.
Historia skończyła się pomyślnie, oprócz prawie 2,5 promili i incydentów opisanych wyżej.
To był ostatni raz w klubie. Nikt o tym zdarzeniu nie wie oprócz mnie i osób, które były na parkingu, nawet moja rodzina - pocisnąłem jakiś kit o bójce. Znajomy pozwolił mi się u siebie umyć i pożyczył ciuchy - reszta poszła w śmietnik.
Policzki palą do dziś.
Moja żona ma siostrę bliźniaczkę. Są do siebie tak podobne, identyczne wręcz pod względem zarówno wyglądu, jak i charakterki mają równie diabelskie, że nieraz zdarzało mi się je pomylić i na przykład powiedzieć siostrze żony (wtedy jeszcze dziewczyny), że ją kocham czy coś w tym stylu. Ale szczególnie wryły mi się w pamięć dwie sytuacje związane z ich podobieństwem:
1. Kiedyś na imprezie rodzinnej u nich, grillu dokładniej, musiałem wyjść na chwilę do sklepu. Gdy wróciłem, zobaczyłem, że moja luba siedzi sama na ławeczce i w zasięgu wzroku nie ma jej siostry. Ucieszony zatarłem w myślach łapki, po czym usiadłem tuż obok i ją pocałowałem, nawet się nie zastanawiając. Jak się można domyślić, to nie była ona. Po chwili już leżałem na ziemi po otrzymaniu solidnego ciosu (obie trenowały karate), a sama zaczyna się wydzierać:
- (powiedzmy) ANKAAAAAAAAAA! TWÓJ FACET CIĘ CHCE ZDRADZIĆ Z TWOJĄ WŁASNĄ SIOSTRĄ!
Dziewczyna przyszła, z ziemi zostałem pozbierany przy wtórze chichotu obu diablic, że dałem się "nabrać" i powalić, a jej rodzina miała ze mnie niezłą polewkę. Do dzisiaj ma. Historia regularnie wspominana. Przynajmniej wtedy dostałem pocieszenie w postaci całusa.
2. Już po paru latach, oświadczynach, ślubie i narodzinach naszego syna, obie czarnule próbowały przekonać na klęczkach, żeby nasz dwuletni wtedy synek poszedł do mamy. Ten jednak nie miał zielonego pojęcia, gdzie ona może być. Wodził wzrokiem od jednej do drugiej, a zachęcany coraz bardziej nalegającymi wołaniami "Chodź do mamy!", zapytał się wielce zdezorientowanym i zdesperowanym głosem:
- Ale gdzie jest mama?
Po czym klapnął na tyłek ze swoim dziecięcym foszkiem, nie zamierzając iść do żadnej z kobiet, skoro nie miał pewności. I tak mama zaraz podbiegła i się zajęła, kiedy tylko oświadczył, że jest głodny, więc po co się wysilać?
Przynajmniej tyle dobrego z tego wszystkiego wyszło, że moja żona, uznawszy, że skoro już własny syn ma problem z rozpoznaniem jej, postanowiła zrobić wszystkim przysługę i po prostu ścięła włosy. Długie do pasa pukle stały się kosmykami do połowy szyi. O ile uwielbiałem jej włosy, takie długie, o tyle doznałem wielkiej ulgi, gdy w końcu, po tylu latach, nie musiałem się nieraz zastanawiać, w co dzisiaj ubrana była dzisiaj moja wybranka, żeby znowu nie popełnić błędu. Synek też po tym fakcie już nie miał żadnych problemów ;)
Dodaj anonimowe wyznanie