#8OKqn

Tak się jakoś złożyło, że moja przyjaciółka to dokładna odwrotność mnie.

Ja mam brązowe włosy, ona blond.
Moje imię zaczyna się na M, jej na W.
Ja kocham psy, ona koty.
Mam rodzeństwo, ona jest jedynaczką.
Uwielbiam Rosję, ona Turcję.
Jestem praworęczna, ona lewo.
Chodzę spać ok. 3 rano, za to ona ok. 21.00.
Ja jestem uzdolniona muzycznie, ona nie jest nawet w najmniejszym stopniu.
Nie jestem ani troszeczkę cierpliwa, za to jej cierpliwość przerasta ludzkie pojęcie.
Bardzo szybko się poddaję, a ona jest najbardziej wytrwałą osobą, jaką znam.
Jej nikt nie potrafi zdenerwować, oprócz mnie. (Nikt nie wierzy, że ona może się na kogoś zdenerwować. A tu, tadam! Jestem ja i w 2 sekundy potrafi zrobić się czerwona ze złości).
Mnie denerwuje każdy, poza nią.
Nie lubię zostawać sama, ona to uwielbia.
Lubię książki, ona zaś filmy i seriale.
Kiedy ja przeżywam książkę (płacząc albo piszcząc jak opętana), ona oznajmia mi ze stoickim spokojem i obojętnością, że jej ulubiona postać umarła, i że teraz lubi inną.
Jestem przewrażliwiona i potrafię rozryczeć się z głupiego powodu, za to jej nigdy nie widziałam płaczącej.
Jestem bardzo ambitna i robię wszystko po trochu, za to ona wykonuje tylko to co musi i to co jej się podoba.
Mam dużo ograniczeń, za to ona może robić co jej się żywnie podoba i doskonale o tym wie.

Ostatnio, gdy miałyśmy robione testy związane z zainteresowaniami i chciałyśmy być razem w grupie, pani oznajmiła nam, że to absolutnie wykluczone, gdyż nie miałyśmy żadnych wspólnych zainteresowań.

Naprawdę nie wiem, na jakiej podstawie się zaprzyjaźniłyśmy :)

#zvPrr

Pewnego dnia szłam jak zwykle na uczelnię, mijając jedno z bardziej uczęszczanych miejsc dużego miasta. Nagle na mojej drodze stanął młody chłopak, spojrzał głęboko w moje oczy i tajemniczym, zmysłowym głosem wyszeptał:
- Niemożliwe...

W przekonaniu, że czeka mnie jakiś podryw, zaczęłam w myślach szykować inteligentną ripostę i co więcej, w głębokiej podświadomości układałam pewnie ewentualną wizję naszej świetlanej przyszłości, domu z ogrodem, szczęśliwej gromadki dzieci ;)

Wtedy kolega sprowadził mnie na ziemię i z szerokim, hollywoodzkim uśmiechem dodał: - Ta godzina, a ty jeszcze bez ulotki.

I wręczył mi broszurę reklamującą darmową szkołę dla dorosłych ;)

#QvjHr

Matka mojego chłopaka była nauczycielem w szkole, do której oboje uczęszczaliśmy. Uznała, że niepotrzebnie zaprzątam myśli jej syna, bo na pewno nie czas, i postanowiła się za to na mnie zemścić. W dużym skrócie: w krótkim czasie moje oceny zaczęły gwałtowanie spadać w dół. Starałam się jak mogłam, korepetycje, nauka do późnych godzin nocnych i to wszystko po to, żeby ta baba nie miała więcej okazji mnie poniżyć. Nie udało się, gimnazjum zakończyłam ze średnią 5.00 i oceną dopuszczającą z matematyki. Do dziś jak patrzę na moje świadectwo to śmiech przeplata się z płaczem.

Mimo że zależało mi na P., stwierdziłam, że długo tak nie pociągnę. Ta kobieta wykańczała mnie psychicznie, a i nasz związek ciężko było nazwać związkiem. Widywaliśmy się jedynie podczas szkolnych przerw, no i przy dobrych wiatrach, na niedzielnej mszy. Nie było mowy o jakimś wspólnym wyjściu na spacer, do kina, gdziekolwiek. Oberwało mi się nawet za to, że wysłałam pocztówkę ukochanemu z wakacji, albo że zadzwoniłam do niego do domu, bo własnego telefonu nie posiadał, aby złożyć mu życzenia świąteczne. W ostateczności mamusia zwyciężyła, rozstaliśmy się, a on nawet nie miał odwagi o mnie zawalczyć.

Po latach wróciłam do tej samej szkoły jako praktykantka. Znów spotkałam tę kobietę i musiałam znosić jej głupie docinki na temat mnie, mojej rodziny i mojego męża, który również był jej uczniem. Pewnego dnia któryś z uczniów zalazł jej porządnie za skórę, a że w pokoju nauczycielskim byłam tylko ja, postanowiła podzielić się ze mną refleksją na ten temat. Nigdy nie zapomnę jej słów, które brzmiały mniej więcej tak: "Widzisz Anka, bo geny to połowa sukcesu, druga to wychowanie. Kiedyś będziesz matką to bardzo cię proszę - skup się dobrze na wychowaniu, bo na geny nie ma co liczyć". Popłakałam się.

Niedawno udałam się po odbiór dyplomu ukończenia studiów. Co ważne, byłam już w zaawansowanej ciąży i jadąc komunikacją miejską zauważyłam siedzącego, ledwo żyjącego P. Pamiętając o dobrym wychowaniu, przywitałam się. W trakcie podróży dowiedziałam się, że wraca z imprezy i pewnie znów nie zdąży na zajęcia, które poprawia już trzeci rok i że nie poznał mnie, bo zawsze miałam długie włosy, a teraz zrobiłam z siebie "nie wiadomo co". Co ciekawe, mimo mojego stanu nie pokwapił się, żeby ustąpić mi miejsca. Wysiadając miałam w głowie tylko to, jak tu przed nim zwiać. Niestety... Poczekał aż wyjdę i zaczął zagadywać, w międzyczasie wyciągnął paczkę papierosów i mnie poczęstował. Lekko zdziwiona skierowałam wzrok na mój brzuch i odpowiedziałam, że nie palę. O dziwo, załapał aluzję i odpowiedział: "Jezus, sorry, zawsze byłaś przy kości no i nawet nie zauważyłem, że zabrzuchaciłaś".

Nie wiem, po kim P. odziedziczył geny, ale na pewno zwyciężyły z wychowaniem...

#XniVB

Historia rozpoczyna się w szkole.
Byłem wtedy w drugiej klasie podstawówki. Nigdy nie robiłem ''psi psi'' przez rozporek, więc pomyślałem, że w końcu nadszedł czas żeby spróbować...
Po załatwieniu, z dumą na twarzy, że pierwszy raz wysiusiałem się przez rozporek, wyszedłem na korytarz. Po 5 minutach poczułem lekki chłód w miejsce ''ptaszka''...
Gdy spojrzałem w dół okazało się, że zapomniałem schować swojego małego interesu i chodziłem tak przez kilka minut po szkolnym korytarzu.

Nawet nie chcę sobie wyobrażać wyrazu twarzy ludzi w szkole. :)

#t93o8

Zawsze chciałam przeżyć swój pierwszy raz z kimś, kogo pokocham, dlatego w wieku 24 lat wciąż byłam dziewicą.

Mój luby przygotował romantyczny wyjazd do Paryża. Po kolacji udajemy się do hotelu. Tam sprawy nabierają zdwojonego tempa. Rozpoczynają się pieszczoty, nagle ukochany zamiast powiedzieć coś, co mnie rozluźni, powiedział "czuję guzy w twoich piersiach".
Wyobraźcie sobie minę dziewicy, która dowiaduje się w trakcie uprawiania stosunku od swojego chłopaka lekarza, że ma guzy w piersiach.

#vbquC

Mówią, że ten kto nie ma szczęścia w miłości, ma szczęście w kartach. W moim przypadku to powiedzenie nie ma swojego odbicia w rzeczywistości, bo w karty zawsze przegrywam, a w poważnym związku nie byłam nigdy.

Przed świętami koleżanka doradziła mi, żebym założyła konto na popularnym portalu randkowym. Pomyślałam sobie, że w sumie to dlaczego nie, przecież w XXI wieku mnóstwo ludzi korzysta z Internetu by znaleźć swoją drugą połówkę albo chociaż towarzysza niedoli na tym łez padole.
W dniu założenia konta napisał ON - pewny siebie, elokwentny student prawa. Był uosobieniem wszelkich cnót wykreowanego przeze mnie modelowego charakteru mężczyzny. Niestety na jego profilu nie było zdjęcia, ale postanowiłam na niego nie naciskać, wyszłam z założenia, że tak pewny siebie, że aż lekko arogancki facet nie może wyglądać jak Quasimodo.

Wniebowzięta (i jakże zaślepiona) ja po tygodniu długich rozmów postanowiłam się z nim spotkać. Powiedział mi w co się ubierze i to miał być jego znak rozpoznawczy. W ustalony dzień wystroiłam się jak Beyonce i z uśmiechem na całą gębę, radośnie pohasałam w umówione miejsce.

Nagle zza rogu wyłonił się mój cudak-chłopak, ubrany w szarą bluzę i trampki. Nie był zbyt urodziwy, im bliżej podchodził, tym bardziej chciałam uciec. Ograniczając czas spotkania do godziny (z przyczyn ode mnie niezależnych), postanowiłam dać mu szansę wykazania się charakterem. Niestety rozmowa nie kleiła się za bardzo i szybko przyjęła formę mojego monologu przerywanego od czasu do czasu jego pomrukami. W końcu powiedziałam sobie w myślach "dosyć tego!" i zamilkłam, dając mu pole do popisu. Po 15 minutach spacerowania w niebywale zabawnej dla mnie grobowej ciszy mój niedoszły luby (nazwijmy go Bonifacym) wypalił:

Boni: Szkoda, że nie powiedziałaś mi wcześniej, że masz tylko godzinę...
Ja: (pełnym konsternacji tonem) Dlaczego?
Boni: Bo kupiłem sobie parking na dwie godziny, a tak to kupiłbym na jedną.
Ja: (myśląc, że to jakiś wybitnie nieśmieszny żart) Oddać Ci pieniądze?
Boni: (po 5-ciu sekundach ciszy) No w sumie to mogłabyś.
Dalej myśląc, że to żart zaczęłam szperać w torebce w poszukiwaniu portfela.
Ja: (Otwierając przegródkę z drobnymi) Ile?
Boni: Zapłaciłem 7zł, co podzielone przez 2 daje 3,50, ale druga godzina jest droższa, czyli 3,75.

Zaczęłam wybierać kasę z portfela, głośnio wyliczając zażądaną kwotę, aż nagle słyszę:
Boni: Albo daj cztery złote.

Wystawił rękę, a ja wrzuciłam mu na nią pieniądze. Zaraz po tym jego dłoń zniknęła w czeluściach kieszeni szarej bluzy i usłyszałam brzęk monet uderzających o jej dno. Oniemiałam. Do końca spotkania miałam nadzieję, że Bonifacy jakoś uratuje swój honor, ale niestety... Pożegnaliśmy się bez zbędnych czułości z mojej strony. To było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie.

#pu5Xu

Recz dzieje się w czasie zabiegu chirurgicznego – artroskopia kolana w celu naprawienia uszkodzeń spowodowanych skręceniem przy upadku na nartach.

Znajduję się w chłodnej sali operacyjnej. Szybko zajmuje się mną anestezjolog, który ma za zadanie znieczulić mnie od klatki piersiowej w dół zastrzykiem w kręgosłup w części lędźwiowej. Jestem trochę zaniepokojony, ale lekarze stwierdzili, że jak na żołnierza przystało będę dzielny i o „głupim Jasiu” nikt nie myślał. Po kilku stresujących chwilach, gdy lekarz szukał miejsca dla igły między moimi kręgami, było po obawach. Przyszło błogie uczucie ciepła i chwilę później brak czucia.

Pani pielęgniarka (ładna, uśmiechnięta kobieta około 30) przygotowując mnie do zabiegu ma pełne ręce roboty, dlatego pozwala sobie na chwilę ułożyć na moim brzuchu (pęcherzu właściwie) kilka malutkich woreczków do kroplówki, przyciskając je paskiem od luźnych spodenek sportowych, żeby się nigdzie nie zsunęły. Ja zaaferowany chirurgami, którzy zaczęli dobierać się do mojej nogi, nie zwracam szczególnej uwagi na to, że pielęgniarka zabiera owe woreczki, choć w międzyczasie o czymś tam ze sobą rozmawiamy. Co istotne, wszyscy wokół mnie, z panią pielęgniarką na czele, dbali o przyjemną atmosferę i o to, żebym się wyluzował.

Po kilku minutach zacząłem się trochę nudzić i z fascynacją badać palcami swoje ciało, podziwiając uczucie paraliżu. Schodzę palcami od klatki piersiowej w dół zauważając, że im niżej, tym mniej czuję. Krążę tam sobie z ciekawością i nagle odkrywam, że jedna kroplówka się zawieruszyła i została za spodenkami. Widzę, że pielęgniarka zawzięcie czegoś szuka, więc natychmiast melduję, że „zapomniała pani tutaj o jednej kroplówce”! Trafiłem w sedno, prawie. Woreczka faktycznie brakowało, ale zdecydowany chwyt pielęgniarki z próbą wyciągnięcia zguby, a następnie widoczna na jej twarzy kolorowa kaskada uczuć zakończona śmiechem rozwiała wszelkie wątpliwości. To nie była kroplówka a… coś bardziej mojego.

Paraliż paraliżem, ale żeby tak istotnej części ciała nie poznać? :D
Do końca zabiegu mieliśmy z tego ubaw i wszystko minęło w wyjątkowo luźnej atmosferze. :)

#eG8Hn

Czasy podstawówki.
Nadszedł ten czas, że koledzy zaczęli interesować się sprawami płciowymi.
Pewnego razu kiedy wracałem z kumplem ze szkoły, ten zaczął opowiadać mi o masturbacji. Patrząc na jego gestykulację i niewiele na ten wiek rozumiejąc stwierdziłem, że to dosyć głupie.

Nie zapomnę nigdy kiedy biłem się pięścią w pęcherz i dziwiłem czemu nic się nie dzieje... :D
Dodaj anonimowe wyznanie