#LGTj7

Urodziłam się 22 lata temu. Nie mam pojęcia, jak mógł wyglądać ten dzień, ale domyślam się, że musiał być ciężki i wyjątkowy. Zostałam oddana do adopcji.

Dowiedziałam się o tym jakieś jedenaście lat później od swojej adopcyjnej mamy. Mimo że starała się opowiedzieć o tym najdelikatniej jak potrafiła, wpadłam w szał. Skończyło się histerycznym płaczem, buntem nastolatki, wywróceniem pod nieobecność rodziców całego domu do góry nogami, żeby znaleźć papiery adopcyjne, powoli rozwijającej się nerwicy, syndromu odrzucenia, stanów depresyjnych, myśli samobójczych... W jednej chwili zawalił mi się cały świat. Nienawidziłam dnia swoich urodzin, nienawidziłam świąt, bo myślałam tylko o tym, czy moja prawdziwa matka choć przez chwilę o mnie w te dni pomyśli. Naprawdę potrzebowałam wiele czasu, żeby świadomość tego, że wcale nie jestem odrzuconym dzieckiem, we mnie dojrzała.

Dopiero w moje ostatnie urodziny uświadomiłam sobie, że nie definiuje mnie to, co się wydarzyło tyle lat temu, ale to co się działo przez ostatnie lata. Że to przecież dwoje ludzi wzięło pod swój dach dziecko i pokochali jak swoje... Że pomagali mi, gdy zaczynałam chodzić, jeździć na rowerze, szli ze mną do szkoły pierwszego dnia, trzymali kciuki za moją maturę, egzamin na prawo jazdy, byli ze mną, kiedy leżałam w szpitalu, kiedy byłam chora w domu i miałam wysoką gorączkę, nie bali się nieprzespanych nocy, wylanych łez... Wspierali mnie w czasie leczenia, nigdy mnie nie odrzucili.

Są rodzice, którzy mają wspólne geny z dziećmi, a są też rodzice, których z dziećmi łączy znacznie więcej - miłość. Mam z rodzicami świetny kontakt. Biologicznej rodziny nigdy nie poznałam i nie chcę tego robić. Czasem tylko myślę sobie, czy mam jakieś rodzeństwo, ale tego się pewnie nigdy nie dowiem.

#FWcMe

Mniej więcej tydzień temu koleżanka zauważyła u mnie sine ręce... W związku z tym, że jestem osobą przewrażliwioną na punkcie chorób, stwierdziłam, że powinnam się z tym wybrać do lekarza.
Mnóstwo znajomych dziwiło się od czego to może występować; nowotwór, zbyt duża ilość alkoholu? Jednak najbardziej przeraziła mnie opinia starszego pana odnośnie plam opadowych (tak, twierdził, że powoli umieram). Przestraszona opiniami na drugi dzień z samego rana wybrałam się do lekarza...

Jak tylko pani doktor zobaczyła moje ręce, stwierdziła, że powinien je zobaczyć dermatolog, jednak zupełnie się z tym nie zgodziłam i wybrałam się na pobranie krwi. Jak się okazało, wszystkie wyniki były w normie, więc nie zostało mi nic innego jak czekać na dalsze symptomy wskazujące na konkretną chorobę.

Jednak tu nie koniec, kilka dni później odwiedziła mnie koleżanka, ta sama, co zauważyła siniejące ręce. Pierwsze o co zapytała, to od jak dawna mam takie objawy, niewiele myśląc odpowiedziałam, że od kilku dni...

Jak się okazało, od tych kilku dni miałam nowe spodnie, które strasznie farbowały :) Taaak, jestem zdrowa, ale chyba powinnam przebadać głowę :)

#8Onf9

Miałam wtedy bodajże 4 lata, mój starszy brat (lat 8) pojechał na kilkudniową wycieczkę szkolną. Nieco później (dzień - dwa), wyglądałam już jak obraz nędzy i rozpaczy. Dziecko zapłakane, zasmarkane, nieśpiące po nocach, ciągle przytulające zdjęcie legitymacyjne brata, a żeby było weselej, z ostrym bólem brzucha.

Wylądowałam na pogotowiu. I co się okazało? Podejrzenie ataku wyrostka. Lekarz chciał zostawić mnie na obserwacji, całe szczęście moja mama, po długich błaganiach, nie zgodziła się. Zabrała mnie do domu i w razie czego miałyśmy natychmiast przyjechać.

Dzień później z wycieczki wrócił mój brat. Co na to ciężko chora ja? Natychmiast wyzdrowiałam, objawy ustąpiły, do tej pory żyję szczęśliwie z moim wyrostkiem :D.

Dziś, 15 lat później, dalej zastanawiam się jak to możliwe, że prawie zostałam pokrojona z tęsknoty za bratem, z którym regularnie się biłam!

#7SLhe

Historia sprzed kilku lat.

Wracałam do domu po udanym weekendzie z chłopakiem. Jechałam sobie grzecznie pociągiem i cieszyłam się pustym przedziałem, a mój nastrój był wybitnie dobry - udany weekend po miesiącu rozłąki, połowa czerwca, więc zaraz wakacje i całe 2 miesiące z ukochanym, przepiękna, słoneczna pogoda, a za oknem łąki, pola, lasy, sarenki, strumyki - no cudownie wręcz. Istna idylla.

Stwierdziłam, że co się będę krępować... Otworzyłam na maksa okno w przedziale, po czym mocno się wychyliłam - pęd wiatru cudownie muskał twarz i rozwiewał włosy, słonko grzało, pola oraz łąki przemykały pod torami, a w słuchawkach dudniło nieśmiertelne "Widziałam orła cień". Uniesiona tymi cudownymi okolicznościami zaczęłam najzwyczajniej w świecie śpiewać na cały głos. Nie tam, że gdzieś nucenie pod nosem czy ciche pomrukiwanie... Kilka lat w chórze dało o sobie znać, więc bez skrępowania darłam się na całego.

Po prześpiewaniu całej piosenki kilka razy stwierdziłam, że może jednak wypadałoby skończyć występ i usiąść jak człowiek, bo zbliżamy się do stacji. No więc zamknęłam okno, odwracam się, a tam... drzwi do przedziału otwarte na oścież!

Widocznie konduktor przyszedł sprawdzić bilet, wszedł do przedziału i co zobaczył...? Do połowy wychyloną przez okno dziewczynę, która straciła kontakt ze światem i drze się na całe gardło "Widziałam orła cień", wymachując przy tym rękoma. Biedak najpewniej dał sobie spokój i postanowił mi nie przerywać.

Od tamtej pory nie śpiewam w pociągach... gdy jestem odwrócona tyłem do wejścia. :D

#uXXNZ

Jestem nauczycielką historii i WOS-u w gimnazjum.
W szkole dwa lata temu była dziewczynka, która potwornie bała się wychodzić przed klasę. Przy czytaniu wypracowania widziałam, że powstrzymuje się od płaczu, cały czas się jąkała i ręce trzęsły jej się jak przy początkach choroby Parkinsona.
Uwierzcie mi, że męczenie tego sympatycznego dzieciaka odpowiedzią przy tablicy było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, ale dziewczynka miała tylko 2 oceny na semestr, a do klasyfikacji wymagane są trzy.

Chcąc nie chcąc wywołałam dziecko do tablicy. Widzę, że na jej twarzy maluje się strach, zaczyna się trząść, ale podchodzi dzielnie i mimo jąkania i łez w oczach odpowiada na moje pytania. Po wszystkim była tak zdenerwowana, że prawie upadła na środku klasy w drodze do ławki, na szczęście inna uczennica szybko ją złapała i pomogła usiąść. Widziałam, że całą resztę lekcji lekko się trzęsła, ale zajęć przecież nie odwołam. Po prostu odpuściłam jej czytanie na głos.

Po lekcji stało się coś, co zapamiętam chyba do końca życia. Dziewczynka podeszła do mnie i, jeszcze lekko się trzęsąc i z resztkami łez w kącikach oczu, podziękowała, że wypytuję uczniów w taki sposób. Miała na myśli to, że nie naciskam i staram się podpowiadać. Przeprowadziłam z dziewczynką przyjemną i inteligentną rozmowę.
Po latach nauczania zapamiętałam wielu uczniów, ale to mnie uderzyło. Jakim cudem taki sympatyczny dzieciak tak bardzo boi się tablicy, nauczycieli i ludzi? Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Do szkoły dotarła wieść, że nasza uczennica jest przenoszona do rodziny zastępczej. Dlaczego? Bo jej rodzice znęcali się nad nią fizycznie i psychicznie z powodu słabych ocen z historii i fizyki.

Dostała się do świetnego technikum. W ten piątek odwiedziła starą szkołę i pierwszą osobą, do której podeszła byłam ja. Nie wychowawczyni. Nie dyrektor. Przyszła do mnie podziękować za tę jedną rozmowę, w której powiedziałam jej, że każdy zasługuje na dobre warunki do nauki i nie ma prawa, które mu tego zabrania.

Dowiedziałam się, że młoda właśnie dzięki mnie zdecydowała się zawalczyć o te właśnie prawa. Ach, jeszcze jedna rzecz. Powiedziała mi też, że tą rozmową wyciągnęłam ją z krańca depresji.
Powtórzę się: po latach nauczania zapamiętałam wielu uczniów. Ta dziewczynka mimo faktu, że nie była specjalnie uzdolniona z historii, zostanie w mojej pamięci bardzo długo i trzymam kciuki, że zostanie mechanikiem, którym tak chce być.

#dLsOh

Aby obalić nowy stereotyp "dobrych sebków" (ku uciesze wielkiego grona czytelników anonimowych wyznań), pragnę opowiedzieć krótką historię, a mianowicie:

Około dwa miesiące temu byłam wieczorem na przystanku, wracałam z pracy. Nie miałam zegarka. Widzę, stoi sobie dwóch sebków, a że czytuję anonimowe, pomyślałam "No dobra, może nie są tacy źli. Zapytam ich o godzinę". To był błąd.

Jeden złapał mnie za włosy, drugi wyszarpał torebkę, dostałam z liścia, później z pięści, a później nie pamiętam już nic. Obudziłam się ze wstrząsem mózgu, wieloma siniakami i złamanymi żebrami. Torebkę ukradli, podobno zostawili mnie na przystanku, a właściwie obok niego, nie pomogli, nie uratowali, zdecydowanie nie byli mili.

Tak więc nie radzę ryzykować i doceniać fakt, że ktoś spotyka tych miłych sebków.

#U4teF

Kiedy jeszcze mnie nie było na świecie, moi rodzice i ich znajomi uwielbiali grać w chińczyka, zawsze wieczorem była gra w chińczyka przy jakimś trunku. Nieraz nawet moja ciocia, gdy była w związku ze swoim przełożonym okłamywała go, że ją coś boli, on ją puszczał do domu, a ona przychodziła do moich rodziców na chińczyka.
W tamtym okresie mój tata lubił nosić skórzane kurtki i miał wąsa (swoją drogą, ma go do teraz), ogółem typowy badass jak na tamte czasy.

Pewnego dnia, gdy moi rodzice byli na typowym rynku, mój tata postanowił podejść do straganu z zabawkami, żeby kupić nowego chińczyka, podszedł do kobiety, która tam sprzedawała i powiedział:
- Dzień dobry, jest chińczyk?
Kobieta z przerażeniem odpowiada: - Nie, nie ma.
Na co mój tata spokojnie: - No to jak nie ma, to do widzenia! - I odszedł w stronę mojej mamy.

Nagle podbiegła do nich ta kobieta ze straganu i pyta się mojego taty ze strachem:
- Przepraszam pana, ale co pan chciał od Chińczyka?
- Nic, zagrać.
- Aaa, to panu chodziło o grę chińczyk!
- No tak, a co pani myślała?
- No bo wie pan, mój szef jest Chińczykiem i myślałam, że pan w jakichś interesach do niego.

W ten sposób mój tata został wzięty za jakiegoś mafiozę, a chciał tylko pograć w chińczyka.
Dodaj anonimowe wyznanie