Był rok 2002, sylwester. Mała 5-letnia ja poszłam z tatą na imprezę organizowaną przez sąsiadów. Było tam dużo znajomych moich rodziców, a także ich dzieci, więc biegałam sobie z koleżankami czekając na północ i fajerwerki, mój tata oczywiście zagadany, jednak co chwilę patrzył czy jestem gdzieś niedaleko niego.
Pamiętam z tego dnia tylko to, że w pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta, nie znałam jej. Pani wzięła mnie na ręce i powiedziała mi, że teraz to ona będzie moją mamą, po czym najzwyczajniej w świecie ze mną odeszła. Na całe szczęście tata od razu zorientował się, że mnie nie ma, zaczął mnie szukać- i znalazł.
Rodzice opowiadali, że kobieta nie potrafiła tego wytłumaczyć, a mało tego - nie chciała mnie oddać mojemu tacie, mówiąc mu, że teraz jestem jej. Skończyło się na tym, że tata musiał dosłownie wyrwać mnie tej kobiecie z rąk. Nie wezwał policji.
Później okazało się, że kobieta mieszkała na ulicy wyżej i jakiś czas przed tym zdarzeniem umarło jej dziecko.
Dziękuję Bogu za reakcję taty, bo nie wiadomo, jak by ta sytuacja się skończyła.
Będąc piętnastolatkiem, pod nieobecność rodziców zabrałem się za męczenie drąga. Wszystko idzie ładnie, pięknie. Tak się wczułem, że ręka mi się ześlizgnęła i pięknie sobie w jajo przyfasoliłem. Ból okropny, prawie zwymiotowałem.
Rodzice wracają, ja im tu gadkę szmatkę pociskam. Prędziutko jedziemy na SOR. Diagnoza? Skręcone jajka.
Kurna, w życiu więcej wstydu się nie najadłem niż wtedy, gdy próbowałem wytłumaczyć moim gimnazjalnym kolegom (i koleżankom) ponad 2-tygodniową nieobecność w szkole.
Długo zastanawiałam się, czy dodać to wyznanie. Postanowiłam w końcu to z siebie wyrzucić.
Gdy miałam 19 lat, postanowiłam zacząć zarabiać na siebie, gdyż w moim domu się nie przelewało. Wyjechałam za granicę. Pracę miałam świetną, a pragnienie pieniędzy było takie wielkie, że przez 2 lata nie było mnie w Polsce. Co miesiąc wysyłałam rodzicom pieniądze, bo wiedziałam, że im bardziej się przydadzą.
Gdy po 2 latach dostałam upragniony urlop, postanowiłam na tydzień pojechać do wymarzonej Hiszpanii, a resztę urlopu spędzić z rodziną.
Do Hiszpanii wybrałam się z dwiema przyjaciółkami z pracy. Typowymi imprezowiczkami. Od rana leniuchowanie na plaży, a wieczorami imprezy. Na jednej z nich zobaczyłam jego. Ideał. Wysoki, przystojny brunet (mój typ). Jestem bardzo cichą dziewczyną, dlatego też wstydziłam się do niego podejść. W końcu po kilku głębszych udało się. Zaczęliśmy tańczyć, po czym zaprosił mnie na drinka. Od słowa do słowa okazało się, że jest Polakiem. Wiem. Ciężkie do uwierzenia, ale w końcu miasto w którym się znajdowaliśmy było słynne z Polsatu ;)
Długo rozmawialiśmy i nawet nie wiem kiedy wyszliśmy z klubu i poszliśmy na plażę. Odprowadził mnie pod hotel, gdy zaczęło wchodzić słońce. Przez kilka dni spotykaliśmy się codziennie i liczyłam na coś więcej. Dzień przed powrotem do Polski spotkaliśmy się wieczorem i powiedziałam mu co do niego czuję. Był w szoku. Powiedział, że czuje to samo, ale nic z tego nie będzie. Pocałował mnie i pożegnał się. Byłam zrozpaczona. Płakałam całą noc. Cieszyła mnie tylko myśl, że jutro zobaczę swoich ukochanych rodziców.
Gdy wróciłam do domu, zapomniałam na chwilę o nim. Cieszyłam się, że w końcu widzę rodzinę, za którą tak tęskniłam. Wybrałam się z mamą do hipermarketu i zza półek widzę mężczyznę. Nie wierzę. Tak, to był on. Byłam w szoku..
Gdy przechodziłam z mamą obok niego, mama się odezwała:
- Szczęść Boże, księże Michale.
On z uśmiechem odpowiedział, lecz gdy mnie zobaczył był w szoku.
Po wieczornej mszy poszłam do niego i wszystko sobie wyjaśniliśmy.
Czekacie na happy end? Oczywiście!
W czerwcu biorę ślub z ukochanym mężczyzną. A mój przyjaciel, ksiądz Michał, nam go udzieli.
Moja mama zawsze mówiła, że wszystkie młodzieńcze fanaberie szybko mijają. Nie wierzyłam jej, ale cóż... Z czasem zaczęłam nawet to rozumieć. Rozumiałam, że moda przemija, że zespoły, które są teraz TOP, za rok mogą być wspomnieniem... Ale nie o tym.
Mając 16 lat wyznałam mojej matuli, że podoba mi się dziewczyna z mojej klasy, matka jak to matka, wyśmiała mnie i uznała, że to też jest mój wymysł i że na pewno znajdę sobie faceta. Tak więc zaczęłam szukać. Pierwszy kandydat po pół roku związku okazał się być alkoholikiem, który ma chore serce. Drugi kandydat był sadystą, który po dwóch miesiącach związku zaczął mnie szykanować i ograniczać kontakty ze światem... Trzeci kandydat okazał się być maminsynkiem, którego sama musiałam bronić przed pijanym Sebkiem...
Wtedy zaczynałam się zastanawiać, czy coś ze mną jest nie tak, czy po prostu trafiam na tych niewłaściwych. W końcu jednak trafił się mężczyzna idealny. Był to syn koleżanki mojej mamy. Kulturalny, ułożony, bez nałogów, z pracą. Z własnym mieszkaniem. Moja rodzina była ze mnie dumna, że w końcu znalazłam sobie kogoś takiego... Jednak niestety po naszej pierwszej wspólnej nocy, doszłam do wniosku, że chyba jestem popsuta, bo... Nic nie czułam. To było jak wlewanie mleka do kawy, nic nadzwyczajnego. Przez dobry miesiąc zastanawiałam się, co może być ze mną nie tak i w końcu zebrałam się w sobie, by powiedzieć o tym swojemu partnerowi, który ku mojemu zdziwieniu zrozumiał mnie.
Koniec końców... Mieszkamy pod jednym dachem, ale nie sypiamy ze sobą... Łączy nas tylko pierścionek zaręczynowy i wspólna kuchnia, w której ostatnio często siedzimy we czworo. Tak, we czworo. Ja i moja dziewczyna, i on ze swoim chłopakiem. Oboje mamy ten sam problem. Nasze rodziny są po prostu homofobiczne, a my nie chcemy ich stracić.
Nasz pierwszy raz.
W sumie 5 podejść do pierwszego razu.
Próba 1: Po niezwykłej grze wstępnej, przyszedł czas na rozpakowanie z folii małego, niebieskiego pudełeczka, jako że emocje rozpierały nas od środka, nie daliśmy rady. Tak, nie daliśmy rady zdjąć tej przeklętej folii, w czasie żałosnych prób pozbycia się zabezpieczenia, członek mojego partnera postanowił się położyć i zasnąć już do końca dnia.
Próba 2: Wspólny prysznic, wycieranie mokrych ciał ręcznikiem, ja siedząca na pralce, on gotowy do zbliżenia, ja pełna nadziei i oczekiwań...TELEFON - dzwoni jeden raz, dzwoni drugi raz, my już milimetry od tej wiekopomnej chwili, i telefon dzwoni trzeci raz. Mój lekko podenerwowany partner odbiera, a tam mama i półgodzinna rozmowa: Jak mija dzień, co na obiad zjedliśmy, czy wpadniemy na kolacje. Członek znowu zasnął.
Próba 3: Nie przedłużając, jak zwykle uniesieni swoją miłością mieliśmy ochotę na małe co nieco, psychicznie gotowi na wielkie wydarzenie odpakowaliśmy niebieskie pudełeczko (udało się) i zabraliśmy się do działania, tyle, że właśnie brat wrócił do domu.
Próba 4: Członek zasnął, zakładając na niego zawartość wyżej wspomnianego małego pudełeczka.
Próba 5: Szło nam wyjątkowo dobrze, sami w mieszkaniu, rodzina na spacerku, członek ubrany i wyspany, wygodne łóżko i Dżem lecący w głośnikach. Koniec gry wstępnej, czas na deser, on nade mną, ja pod nim, wszystko pięknie, tyle że... Okazało się, że oboje mamy najsłabszego cela na świecie. Tak, nie mogliśmy trafić. My bardziej w górę, on leci na dół, ja unoszę biodra, on postanawia sprawdzić co jest dokoła miejsca docelowego, i tak przez 10 minut, w końcu się udało, tyle że... zadzwoniła mama, że będzie za minutę.
Jesteśmy prawie 2 lata razem, a ja nadal jestem dziewicą.
Choruję na schizofrenie paranoidalną. Nie jest to łatwa choroba. Jest wiele utartych stereotypów na temat chorych psychicznie... Niewielu wie, że prędzej chory psychicznie skrzywdzi siebie niż drugą osobę, a nagłaśniane w mediach wykroczenia z udziałem chorych psychicznie to margines i statystycznie niższy odsetek niż wśród normalnych osób...
Mało kto wie też, jak osoby chore psychiczne są wykluczane na rynku pracy (wśród chorych na schizofrenie odsetek zatrudnienia waha się około 2 %), a śmiertelność wśród nich jest najwyższa spośród wszystkich znanych chorób (nawet średnia wieku niższa niż AIDS). Osoby chore psychicznie żyją statystycznie 25 lat krócej niż "normalne". Częściej popełniając samobójstwa, częściej chorując na raka, cukrzycę, choroby układu krążenia itd.
Na dodatek w Polsce długoterminowe leki najnowszej generacji powodujące, że nie ma tylu efektów ubocznych, są dostępne tylko wówczas, gdy nie godzimy się na terapię, a i to niepewne. Ich wprowadzenie spowodowałoby mniejszy odsetek hospitalizacji, a przy tym horrendalne oszczędności dla budżetu państwa. Ba! Dzięki tym lekom można normalnie żyć i pracować...
Skąd to ostatnie wiem? Opowiem Wam tragikomiczną historię...
Na choroby psychiczne najczęściej się zapada w młodym wieku, gdy dopiero startujemy do dorosłego życia. Wśród mężczyzn jest to najczęściej wiek studenckim i ja też w tym wieku zachorowałem. Leczę się dobre ileś lat, kilka razy będąc w szpitalu psychiatrycznym. Chorobę poznałem od podszewki, jednak i ona mnie zaskoczyła kilka lat temu ponownie... Trafiłem do szpitala w innym miejscu niż zwykle, nie chciałem tym razem być hospitalizowany. Gdy było już ciężko, chciałem ciężkie chwile przezwyciężyć ambulatoryjnie. Rodzina mnie namówiła bym postąpił inaczej.
Pobyt w takim szpitalu nie jest łatwy. W społeczeństwie jest to swego rodzaju temat tabu. Ja zwykle znoszę pobyt dobrze, ale tym razem coś poszło nie tak...
Standardowo próbowano "tradycyjnych" metod, ale urojenia zamiast ustać się nasiliły... Gdy już nie mogłem wytrzymać, wpadłem na pewien pomysł...
Po przybyciu do szpitala standardowo trafia się na tzw. odział zamknięty, jest tam do dyspozycji tylko budka telefoniczna, na którą może dzwonić rodzina... Pomysł w mojej nafaszerowanej nadprodukcją neuroprzekaźników głowie polegał na tym, że zadzwonię na jedyny możliwy numer: 112 i powiem, że na moim oddziale jest bomba, co spowoduje ewakuację budynku szpitala psychiatrycznego i upragnione wyjście na wolność. W "normalnym" stanie na takie coś bym się nie porwał, lecz wtedy chciałem wreszcie wyjść i wmówiłem sobie, że to mała szkodliwość... Zadzwoniłem.
Odebrał dyspozytor. Powiedziałem, że wydaje mi się, że "tu i tu" jest bomba, po czym on spytał skąd dzwonię. A ja szczerze odpowiedziałem, że ze szpitala psychiatrycznego.
Wtedy dostałem nowe leki...
Chciałbym opisać historię, która przytrafiła mi się w ostatnie wakacje. Mianowicie wraz ze znajomymi wybraliśmy się do małej miejscowości nad morzem, a wiadomo, że jak wakacje, to duża ilość napojów wysokoprocentowych. Pewnego razu przedawkowałem ten magiczny trunek i urwał mi się film.
Obudziłem się w południe, w toi-toi-u, w środku innego miasta, bez butów i bez portfela, z mandatem w kieszeni.
Syn mojej koleżanki, który chodzi do 1 klasy podstawówki, zostając z dziadkiem i oglądając TV, spytał się dziadka podczas oglądania reklamy Braveranu czy magicznego specyfiku innego - czym jest seks ? Dziadek odpowiedział najlepiej jak mógł, czyli że seks to taka miłość.
Kilka dni później Dzień Babci, wnuczek składa życzenia:
- Babciu, życzę ci dużo zdrowia i oczywiście dużo seksu ;D
Na wstępie warto zaznaczyć, że przez jakiś okres mojego życia uczęszczałem na Krav Magę. Dla niewtajemniczonych: jest to system walki opierający się głównie na odruchach samoobronnych człowieka, jest również dość brutalny, ale to już swoją drogą.
Dzisiejszej nocy miałem sen, że jakiś zabójca z pistoletem wchodzi do pokoju i przykłada mi lufę do pleców. Lekko się rozbudzam, nadal czuję tę "lufę". Jako iż na zajęciach miałem szantaż bronią, wiedziałem jak z owej opresji wyjść. Stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie próba ataku. Czyli szybkie odepchnięcie i złapanie broni. Cała akcja trwała może 6 sekund. Wspomniałem, że mam dwa koty, które kochają wchodzić na plecy w momencie gdy właściciel śpi?
Przepraszam, Nikodem :(
Kiedy byłam we wczesnej podstawówce, pierwszy raz usłyszałam słowo "seks", więc oczywiście ja jak i moje koleżanki byłyśmy bardzo zainteresowane tematem.
Pewnego pięknego dnia jedna z nas organizowała piżama party, więc niczym ninja zwinęłyśmy laptopa jej taty i weszłyśmy na chat erotyczny (do dziś się zastanawiam, co my miałyśmy w głowach). Prawie od razu napisał do nas gościu z propozycją cyber seksu, zapewne kompletnie nieświadomego, że właśnie rozmawia z czwórką roześmianych drugoklasistek.
Co ważne, ja byłam osobą, która pisała na klawiaturze, a reszta dziewczyn dyktowała mi seksiaste flirty.
Chłopak zaczął pisać jak to zdejmuje tam rajstopy, powolutku, trzeba przyznać, że się starał, a my po drugiej stronie ekranu umierałyśmy ze śmiechu i napisałyśmy coś w stylu, że "liżemy go do czerwoności".
Trochę popisałyśmy, a potem znudzone poszłyśmy pewnie oglądać dobranockę.
Parę dni później doszła do mnie szokująca prawda - uprawiałam seks, bo to w końcu ja pisałam na klawiaturze. Straciłam dziewictwo przez internet. Przez parę dni byłam kompletnie zdruzgotana, że tak właśnie utraciłam ten ważny moment w życiu. Pamiętam, że nawet szukałam odpowiedzi na słynnym wtedy "zapytaj.com.pl", a inne dzieciaki z podstawówki potwierdzały moje obawy.
Na szczęście teraz już jestem uświadomiona, że dziewictwo traci się troszkę inaczej.
Dodaj anonimowe wyznanie