Moja POLONISTKA napisała na tablicy tak:
"WŁONCZAMY się w akcję... bla bla bla"
WłONczamy!! POLONISTKA! I jeszcze jak moja kumpela zwróciła jej uwagę, to powiedziała tak:
- Taka mądra jesteś? To sobie w słowniku zobacz!
I jak ja mam nie robić błędów ortograficznych, jeśli ktoś TAKI mnie uczy?!
Ludzie święci!! Z kim ja żyję?!
Dzisiaj po wielu badaniach dowiedziałam się, co mi dolegało cały czas. Diagnoza lekarza sprawiła, że cały świat mi się zawalił... Rak przełyku w nieuleczalnym stadium. Kiedy to piszę, jest godzina 9, wyszłam od lekarza o 7, a już mam zaplanowany lot do Hiszpanii za tydzień, do Japonii za dwa. Planuję też wiele innych rzeczy, na które do tej pory bym się nie odważyła. Nie mam pojęcia tylko, jak oznajmić mojemu chłopakowi, że jestem chora. Wiem od jego przyjaciela, że chciał mi się oświadczyć...
Sytuacja miała miejsce, gdy byłam jeszcze małą, niewinną dziewczynka, niestety też bardzo ciekawską...
Pewnej nocy bardzo męczyłam się z zaśnięciem, postanowiłam, że pójdę spać do rodziców. Podchodząc pod drzwi usłyszałam dziwne jęki (wiadomo o co chodzi). Jako dziecko, pierwszym scenariuszem, który ukazał się w mojej głowie, był zły potwór, który zjada moich opiekunów. Zaczęłam odwracać się, aby zacząć uciekać, lecz w ostatnim momencie postanowiłam uratować rodziców. Skradam się do drzwi, cicho uchylam i zaglądam. Ku mojemu zdziwieniu żadnego potwora nie było. Nie uspokoiłam się jednak, ujrzałam moją mamę skaczącą po siusiaku taty. Szybko wycofałam się do swojego pokoju, zastanawiając się co oni robią.
O incydencie szybko zapomniałam...
Po paru miesiącach pojechaliśmy na działkę, gdzie przechowywana była moja zabawka - piłka do skakania (piłka fitnesowa z takimi dwoma gumowymi uchwytami...) Szybko przypomniałam sobie o tym co zobaczyłam w sypialni rodziców. Wzięłam piłkę na podwórko w miejsce, gdzie nikt mnie nie zauważy i próbowałam (nieświadomie oczywiście) stracić swoją niewinność z piłką.
Stety/niestety nie udało się, uchwyt był za gruby.
Pewnego razu robiłam ciasto. Ciasto takie, najprostsze z tych, co to wrzuca się do miski kilka składników, mikserem miesza, wylewa na blachę i piecze. Wyjęłam okrągłą miskę, przygotowałam składniki, żeby były na miejscu. W końcu już nie raz to piekłam, więc się czułam jak wielce doświadczona kucharka. Mikser miałam ręczny, to go prawą dłonią włączonego trzymałam, a lewą wrzucałam. Wszystko szło po prostu genialnie. Tak genialnie, jak tylko może wychodzić pieczenie ciasta.
I już wszystko miałam wrzucone, wymieszane, został mi tylko cynamon. Pół łyżeczki wsypałam, gdyż chciałam osiągnąć cudowny lekki aromat. I myślę sobie wtedy, po tym wsypaniu: ''hm, ciekawe, czy tyle wystarczy, ciekawe, czy pachnie''. Więc nachylam się, by powąchać to idealne dzieło. Z tego co pamiętam, jakoś drugą dłonią zabrałam wtedy krótsze włosy, wypadające z warkocza, ale widocznie nie wszystkie. Wystarczyła sekunda, by moja głowa szarpnięciem znalazła się tuż przy mikserze. W tym szoku w ogóle nie czułam bólu, mieszadła owinięte moimi kudłami całkiem się zatrzymały, a to dziadostwo zaczęło tak brzęczeć, że bałam się, że się spali. Jakoś tą prawą ręką zdołałam go wyłączyć, a potem ciągle z łbem przy mikserze wycisnęłam z dziurek te mieszadła. Zaczęłam czuć mrowienie i ból. Myślę sobie ''świetnie, wyrwałam trochę włosów''.
Poszłam do łazienki, z głową przystrojoną elementami miksera (trzymały się same jak wałki), stanęłam przed lustrem, w oczach łzy, bo już naprawdę boli. Wytarłam twarz z ciasta, bo wyglądałam jakby mnie gołąb ze sraczką zaatakował...
I odwijałam.
Ulga mnie ogarnęła, że to moje biedne kudły tak łatwo dawały się odplątać i nawet się cieszyłam, że mogło być gorzej. ''Troszkę tam wypadło, a ból to pewnie od szarpnięcia''. – Wszystko to do momentu, kiedy palcami przeciągnęłam po obolałej części głowy. Włosy zeszły mi razem z dłonią, a moim oczom ukazało się potężne czerwone zakole nad czołem. Zaniemówiłam, szczęka mi opadła i w bek. Rety, jak sobie przypomnę tę rozpacz, którą wtedy czułam...
Nie dość, że miałam podłużne limo na czole od metalu, tu musiałam zaczesywać włosy z tyłu głowy, żeby nie było widać jak się mikserem oskalpowałam. Chodziłam tak może ze trzy miesiące, bo wyrwane włosy porobiły rany... Bałam się, że to nie odrośnie, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Chce ktoś przepis na ciasto z włosami? Potrzeba tylko odrobinę cynamonu...
Od zawsze biegałam i brałam udział w zawodach w szkole i na studiach. Jedną sztafetę będę pamiętać do końca życia.
Biegłam pierwsza w szwedzkiej, zaczynałam od 400 m. Wieczór wcześniej dostałam jednak takiego skrętu kiszek, że poważnie zastanawiałam się nad zrezygnowaniem, ale nie byłoby za mnie zastępstwa. Rano sytuacja wydawała się opanowana, dopóki na bieżni nie ruszyłam z kopyta. Przekazywałam pałeczkę z pełnymi gaciami i z taką samą prędkością poleciałam do kibla.
Puchar za zajęcie pierwszego miejsca odebrała reszta zawodniczek, bez mojej obecności.
Mojemu bratu wypadł dziś ząb. Zostawił go na stole, a mama go zjadła. Myślała, że to ser. Nie wiem, nie pytajcie jak, sama nie ogarniam...
Kilka lat temu wystąpiłem w pewnym teleturnieju, podczas którego (głównie ze stresu), zrobiłem z siebie kretyna. Jeśli kiedykolwiek oglądałeś, np. na Youtube filmiki w stylu: "najwięksi idioci" czy "najlepsze wpadki w teleturniejach", to możesz mieć prawie 100% pewność, że widziałeś moją osobę, nieźle uśmiałeś i załamałeś się moją głupotą.
Możecie sobie tylko wyobrazić, jak zareagowała moja rodzina bliższa i dalsza, znajomi, sąsiedzi; byłem rozpoznawany na ulicy, ludzie się śmiali i komentowali.
Powszechnie wiadomo, że jeżeli coś raz trafi do internetu, to już z niego nie zniknie. Filmik ciągle krąży w nowych kompilacjach, moi znajomi i rodzina śledzą to na bieżąco i nigdy nie omieszkają mnie poinformować, że znów się gdzieś pojawiłem oraz podesłać link.
Od kilku lat wszyscy mają ze mnie niezły ubaw, do teraz teksty z mojej wypowiedzi są cytowane na spotkaniach rodzinnych i towarzyskich. Mimo iż się przyzwyczaiłem, ciągle odczuwam zażenowanie, o którym nie dane jest mi, niestety, zapomnieć.
Niech to będzie przestroga dla wszystkich - uważajcie na to, co mówicie, zwłaszcza jeśli ogląda Was cała Polska!
A znajomków pozdrawiam :)
Historia #RdoHE przypomniała mi moje własne perypetie sprzed prawie dwudziestu lat. Dzieckiem będąc około pięcioletnim, dorobiłam się na podwórku prześladowcy - dziewczyny dobre 10-12 lat starszej ode mnie. "Wspaniała" sąsiadka uprzykrzała mi życie na różne sposoby: a to przezywała, a to naśmiewała się przy innych dzieciach, wytykając mnie palcem, a to pociągnęła za włosy, opluła czy skopała. Obrywało się też mojemu dwa lata starszemu bratu.
Nasi rodzice wielokrotnie zwracali jej uwagę, rozmawiali z jej rodzicami. Bez skutku. W końcu doszło do tego, że ze strachu nie chciałam wychodzić na podwórko. Jednak pewnego dnia czara goryczy się przelała.
Wróciłam do domu zapłakana, bo znów dostałam kopa w krocze. Mojemu tacie w tym momencie wybiły bezpieczniki. Zawołał mojego brata i popędził z nim na dwór. Tam złapał naszego prześladowcę, przytrzymał i w te słowa odezwał się do syna: kopnij ją! Mój brat posłusznie polecenie wykonał, lekko kopiąc sąsiadkę w kostkę. Na to mój ojciec: kopnij ją jeszcze raz! Mocniej. Tak, żeby poczuła. Braciszek wykonał polecenie, tato puścił młodą, a ta z płaczem poleciała do rodziców.
Zanim ojciec z synem na nasze trzecie piętro dotarli, rodzice sąsiadki już dobijali się do nas domofonem. Z awanturą pt: "jakim prawem mój ojciec pobił ich córeczkę". Tato zatem spokojnie wyjaśnił im, że to nie on, tylko jego syn. I że gówniara oberwała, bo ani ona, ani jej rodzice na kulturalne zwrócenie uwagi nie reagowali. Więc młoda musiała na własnej skórze poczuć, że kopniaki bolą. Sąsiedzi zapowietrzyli się, latorośl zapłakaną zabrali ze sobą i z tego, co wiem, w końcu wyciągnęli jakieś konsekwencje z jej zachowania.
Pewnie niektórzy z Was w tej chwili potępiają metodę zastosowaną przez mojego tatę. Bo przecież "agresja rodzi agresję" itd. Ale wiecie co? Od tamtego dnia wszystkie prześladowania skończyły się jak ręką uciął. A sąsiadeczka na ulicy rodzicom do teraz prawie w pas się kłania, mówiąc dzień dobry. A i nam nie omieszkała ładnie "cześć" powiedzieć.
Witam wszystkich anonimowych, chciałabym wam przedstawić historię o wyjątkowych liczbach. Może się wydawać nierealna, ale zapewniam was, że to szczera prawda :D
Zacznę od tego, że mój tata oświadczył się mojej mamie w nietuzinkowy sposób, ale tu chodzi o datę, a dokładnie 20 września. Rok później 20 września wzięli ślub. Po upływie kolejnego roku 20 września, w ich pierwszą rocznicę ślubu urodziłam się ja :D (Wiecie tatko niby kwiatów zapomniał to dziecko sprawił :P ) Po upływie 24 lat kiedy poznałam mojego lubego, który poznał tę historię sprawił mi najpiękniejszy prezent na świecie. Na imprezie z okazji rocznicy ślubu moich rodziców i moich urodzin - 20 września klęknął przede mną i oświadczył mi się. Rok później wzięliśmy ślub oczywiście 20 września :) A teraz jestem w stanie błogosławionym i zgadnijcie kiedy mam termin porodu? 20 września? Nie...21 :D
Ps. Znając moją dzidzię pewnie urodzi się 20 września :D
Tego dnia nigdy nie zapomnę.
Październikowe, wczesne popołudnie, ja z moim najlepszym przyjacielem idziemy razem przez miasto. On cały "w skowronkach" bo umówił się z dziewczyną, według niego "miłością jego życia", na randkę. W międzyczasie kierujemy się do przejścia dla pieszych.
Jego randka miała się odbyć tego samego dnia, więc chciał jak najszybciej wrócić do domu by się odpicować. Doszliśmy do przejścia. Szeroka, czteropasmowa droga, o dziwo mały ruch, ale naciskamy guzik i czekamy na zielone.
Z lewej strony nic nie jechało, z prawej coś widać w oddali, niekoniecznie musiało jechać przez przejście. Kumpel mówi "Chodź, co będziemy czekać". Nie chciałem iść, powiedziałem mu, że jeśli poczeka chwilę, to nic mu się nie stanie. On uważał inaczej.
Wszedł na pierwszy pas, odwrócony w moją stronę i nawołując bym szedł z nim. Nagle kątem oka zauważam szybko jadący samochód z lewej strony, drugim pasem, na który wchodził mój przyjaciel. Nie widział go, w końcu był odwrócony do mnie. Zdążyłem tylko krzyknąć UWAŻ...
Ten widok będę miał przed oczami chyba do końca życia.
Zmarł w szpitalu, zbyt duże obrażenia głowy, czaszki, mózgu czy bóg wie czego.
19 lat. Całe życie przed nim.
Od 3 lat walczę z nawiedzającymi mnie demonami przeszłości. Cierpię m.in. na bezsenność. Gdy zamykam oczy, widzę tylko jego bezwładne ciało odrzucone siłą uderzenia i turlające się po asfalcie. Chodzę do lekarza, choć niezbyt mi to pomaga. Staram się siebie nie obwiniać, bo w sumie za co? To przecież przez jego lekkomyślność stało się to, co się stało. Jednak jeśli głębiej się zastanowić... mogłem go powstrzymać. Krzyknąć, podbiec do niego... cokolwiek, byleby nie wszedł na tę cholerną jezdnię.
Wyzwaniem jest dla mnie pisanie tego wyznania, bo nie chcę już do tego wracać, ja naprawdę nie chcę, ale coś mi nie pozwala zapomnieć.
Nie, nie zapomnieć, zaakceptować, pogodzić się i żyć.
Dodaj anonimowe wyznanie