#xgWg2

Ogólnie jestem uprzejma i staram się pomagać innym.
Kiedyś do mojego sklepu przyszła pani w widocznej ciąży, która poprosiła o przypilnowanie jej zakupów. Na początku zasugerowałam jej zostawienie toreb w szafkach przy wejściu do centrum handlowego. Ale stwierdziła, że wszystkie są zajęte i bardzo prosi. Zgodziłam się, bo była w ciąży, a dwie torby wyglądały na ciężkie.
Pani nigdy (było to 4 lata temu) po torby się nie zgłosiła... Szkoda tylko, że zapomniała wspomnieć, że w torbach są szczeniaki, bo biedaki były tam zamknięte przez jakiś czas i dopiero kiedy usłyszałam ich skomlenie, wyciągnęłam je na powietrze.
Stąd też mój apel: Ludzie, sterylizujcie zwierzęta, bo skazywanie maluszków na śmierć w męczarniach (przez uduszenie, utopienie itp.) jest okrutne i nieludzkie.

#NkcUe

Moja historia zaczęła się, gdy miałem 25 wiosen. 7 lat temu.

Poznałem dziewczynę. Ideał. Tak mi się zdawało. Zakochałem się bez pamięci. Pierwszą randkę mieliśmy w szpitalu, miała wycinane kamienie nerkowe. I tak mijały miesiące, a "nasza" miłość kwitła. Po roku oświadczyłem się, a po następnych dwunastu byliśmy już "szczęśliwym" małżeństwem.
Dzisiaj wszystkie fakty dotyczące naszego związku ułożone są już w jedną całość. Niestety, w tamtym czasie byłem zaślepiony.

Przed ślubem moja jeszcze wtedy narzeczona wymusiła na mnie budowę domu. Moim pomysłem było kupno mieszkania, tak aby od samego początku mieszkać bez rodziców. Niestety budowa równała się temu, że jednak musieliśmy mieszkać z nimi.
W tamtym czasie byłem kierowcą ciężarówki. Pracowałem w bardzo dobrej firmie i moje wypłaty sięgały 7-8 tys. zł. Jako że w domu bywałem raz na 2-3 tygodnie, zamieszkaliśmy u niej.
Z jej ojcem się nie lubiliśmy. Co każde 29 dni jednak byłem fajny dla niego.
Budowa ruszyła, ściany rosły, dach postawiony. Wykończeniówka. I zbliżała się rocznica, ja wtedy byłem w trasie.

Dostałem świetny prezent od mojej połówki. Wyznała mi, że ma przyjaciela... i kochanka - dwie różne osoby (i kilku innych).
Do dzisiaj mam ślady na nadgarstku, które przypominają mi o tej całej pomyłce. Próba ratowania małżeństwa była nieskuteczna, tylko jedna osoba chciała to ciągnąć dalej.
W "naszym" wspólnym domu, który stał na działce, która miała być wspólnym prezentem, mieszkałem tylko tydzień. 200 tys. kredytu na głowie, widmo rozwodu, wyprowadzka.

Miesiąc później siedziałem już w samolocie do UK. Rzuciłem wszystko. Miałem tylko 20 kg bagaż plus laptopa. Całej reszty się pozbyłem.
Zacząłem życie od nowa.

Podczas rozwodu wyszło, że jej rodzice zrobili wszystko, abym do ziemi nie miał żadnych praw... czyli do domu też nie. Udało im się to. Chcieli udowodnić, że zdradzałem, że rozpad to moja wina. Jej ojciec stwierdził nawet, że ją gwałciłem.
Nie wspomniałem tylko o tym, że nasze pożycie było "spełnieniem jej obowiązku małżeńskiego" przy równoczesnym oglądaniu "Sexu w wielkim mieście" I dodatkowo wyznała mi, że nigdy nic nie czuła.
Załamanie nerwowe, utrata wiary w siebie, próba samobójcza. Rozwód też ciężko przeżyłem. Ale wiecie co?
Wygrałem sprawę i apelację z orzeczeniem jej winy. Chociaż coś. Oni u siebie na wiosce rozpowiedzieli swoją wersję, gdzie ja byłem tym złym.

A dzisiaj? 4 lata po rozwodzie, po 5 latach w UK, jestem w szczęśliwym związku z dziewczyną, którą kocham i ona kocha mnie. Mieszkamy razem od ponad 3 lat i jesteśmy szczęśliwi. A praca? Nie jestem już kierowcą, w ciągu tych 5 lat spędzonych w jednej firmie awansowałem. Jestem w kadrze zarządzającej i dalej chcę iść w górę.
A była? Płaci kredyt z pensji nauczyciela, a dom dalej nie jest wykończony z zewnątrz. Karma.

#Ov6q1

Kiedy byłam w czwartej klasie, przeprowadziłam się do większego miasta, ponieważ tata dostał tam lepszą pracę. Z tej racji musiałam zmienić szkołę, a co za tym idzie, nastąpiła zmiana koleżanek i kolegów.

Szybko przystosowałam się do nowego środowiska, nawet nawiązałam przyjaźnie. Jednak był jeden problem. Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu pani od przyrody bardzo mnie nie lubiła. Gdy tylko usłyszała jakieś szepty, od razu skierowywała swój wzrok Severusa Snape'a na mnie. Ale kiedy postawiła mi jedynkę za "przeszkadzanie nauczycielowi w prowadzeniu lekcji i buntowanie innych uczniów przeciwko niej", powiedziałam sobie: "Miarka się przebrała". I tak zaplanowałam moją zemstę idealną.


Ponieważ oglądałam mnóstwo odcinków Scooby Doo, wiedziałam, że mój plan nie obejdzie się bez sznurka i wyobraźni. Nad drzwiami klasy wisiał zegarek, który zdjęłam. Przymocowałam tam balonik z mieszaniną octu i wody. Balonika nie zawiązywałam, tylko z pomocą zaufanej przyjaciółki balonik przytrzasnęłam drzwiami. Wystarczyło tylko otworzyć drzwi, a z balonika "wybuchnie" mieszanka.

Nadszedł czas lekcji. Grzecznie ustawiliśmy się przed klasą i czekaliśmy na panią. Gdy tylko wiedźma pojawiła się na horyzoncie, wystraszyłam się, że może źle zrobiłam.

Zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam ją całą mokrą i śmierdzącą od octu.

#U8hCE

Było to jakieś pół roku temu. Wracałem z Wiednia prywatnym  busem. Wyjeżdżałem około godziny 23. Jako, że wsiadałem ostatni, to nie było dużo miejsc do wyboru. Zapytałem kierowcy, czy mogę usiąść obok niego z przodu. Zgodził się bez problemu. Wyruszyliśmy... Gadka szmatka i nastała cisza. Ludzie z tyłu spali, a ja, jako, że nie lubię spać podczas jazdy, podziwiałem to co się dzieje na drodze. Gdy wjechaliśmy na autostradę, która leci przez Czechy, zauważyłem, że kierowca jedzie szlaczkiem od jednego pasa do drugiego. Kątem oka zauważyłem, że był zmęczony. Chwila namysłu i zapytałem:

- Ile godzin pan już jedzie?
- Wracałem z Wiednia do Rzeszowa około 10 godzin. Pozbierałem ludzi i wróciłem do Wiednia. To też jakieś 10 godzin. Przesiadłem się na drugiego busa, no i wracam do Rzeszowa.

Wtedy pomyślałem sobie... Gość jedzie już 20 godzin, a tyle przed nim jeszcze... Zaświeciła mi się czerwona lampka w głowie. 
Poprosiłem go, aby zjechał na jakiś CPN, ponieważ chce mi się do WC. Kierowca obudził ludzi i ku mojemu zdziwieniu wszyscy wyszli do WC, bądź coś sobie kupić. 
Ja zostałem i zdziwiony kierowca pyta:

- A pan nie idzie do WC?
- Nie potrzebuję, ale ja z inną sprawą do pana. Nie chciałem tego mówić przy wszystkich, ale widzę, że jest pan zmęczony i jest panu potrzebny sen. Teraz pan decyduje... Odpoczywa pan tutaj, albo ja wsiadam za kierownicę, ponieważ jestem wypoczęty...
- Ma pan prawo jazdy?
- Tak, jestem zawodowym kierowcą.

Kierowca ku mojemu zdziwieniu pozwolił mi kontynuować jazdę w moje rodzinne strony.

Gdy wszyscy wrócili, zacząłem jazdę, a kierowca obok poszedł spać. Zatrzymałem się na stacji BP zaraz za Krakowem, około godziny 6 rano. I wiecie co? Nie mogłem dobudzić kierowcy... Po chwili szarpania go za koszulę, ocknął się i wymieniliśmy się miejscami. Jako, że również wysiadałem ostatni, bo w Łańcucie, to kierowca podczas wyciągania moich walizek wręczył mi 50 zł. Odmówiłem mu. Powiedziałem tylko, aby jeździł wypoczęty, bo przewozi ludzi... A ludzie to nie towar... Podziękował mi, uścisnął mocno moją dłoń i odjechał. 

Teraz apel do wszystkich podróżujących...
Człowiek to nie maszyna. Widzicie, że coś jest nie tak? Reagujcie!!! A kierowcom życzę szerokości.

#k7asQ

Od kiedy pamiętam, byłam przekonana, że każdy widzi liczby, cyfry, litery czy całe słowa w jakimś kolorze. Dopiero jakiś czas temu dowiedziałam się, że tak wcale nie jest, a zjawisko, którego doświadczam, to synestezja typu grafem-kolor. Zaczęłam sporo o tym czytać, dowiadywać się, robić specjalne testy. Ogółem chciałam, by moja "przypadłość" mogła jakkolwiek przydać mi się w życiu, skoro już ją mam :)

Czytając, dowiedziałam się, że niektórym ludziom doświadczającym synestezji często nasila się to np. podczas orgazmu. Rozbawiło mnie to niezmiernie, no bo jak to, widzieć rozbłyski kolorów lub widzieć litery, cyfry lub inne rzeczy w czasie zabaw?

Przechodząc do sedna: po zakrapianej imprezie poszłam z moim chłopakiem do łóżka. Najwidoczniej alkohol dodał coś od siebie. Wyobraźcie sobie jego minę, kiedy w pewnym momencie przerwałam i powiedziałam, że musimy przestać, bo nie mogę się skupić, ponieważ przed oczami mam jedynie żółte dwójki i zielone czwórki.

#gOVQc

Niedawno widziałam tu wyznanie o tym jak to dziewczynie rozpiął się biustonosz, który miał zapięcie z przodu. Przypomniało mi ono moją historię ze stanikiem w roli głównej.

Gdy byłam w gimnazjum, byłam dosyć pulchna, co wiązało się z bardzo dużym biustem. Miałam swój ukochany stanik, którego jedyna wada było to, że miseczki łączyły się jedynie materiałowym paseczkiem. No i jak to bywa, po dłuższym czasie używania, owy paseczek zaczął się przecierać. Katastrofa nastąpiła na zajęciach z WF-u. 

Pomimo swojej tuszy byłam jedną z najsprawniejszych dziewczyn i bardzo chciałam się tym pochwalić przed fajnymi praktykantami. A żeby nie myśleli, że grubasek sobie nie poradzi. Zadanie - skok przez kozła. No to lecimy. Biorę rozbieg, wybijam się, z triumfem na twarzy lecę przez kozła i w momencie gdy mocniej wypięłam klatkę piersiową, paseczek nie wytrzymał. Stanik strzelił, cycki na wolności (co było widać pod koszulką). 

Praktykanci w śmiech, ja tak samo. I nie, nie zapadłam się pod ziemię, a sytuację uratowała agrafka, która do końca dnia zastępowała mi owy paseczek ;)

#iAeNv

Mieszkam w 3-piętrowym, wielopokoleniowym domu. Na parterze mieszka mój dziadek, wyżej ja, mój młodszy brat (wtedy 8-letni) i nasi rodzice, na samej górze mieszka kuzyn i jego dziewczyna. Historia wydarzyła się w zeszłe wakacje.

Pewnego dnia wpadł do nas zmieszany kuzyn i spytał, czy może wyjść na balkon, bo jego dziewczyna wieszała bieliznę na suszarce na balkonie i jej wypadła. No okej, niech szuka. Nie znalazł.

Następnego dnia, kiedy całą rodzinką siedzieliśmy w salonie, przyszedł do mojego brata dziadek. Daje mu małe, fioletowe, lekko zaokrąglone coś... "Antoś, pilnuj zabawek. Leżała przed domem". Antoś bierze, ogląda i mówi, że to nie jego. Naciska przycisk i "zabawka" zaczyna... wibrować. Tak... To był wibrator. Nasze "rozdziawione" miny - bezcenne. Już wiemy, czego tak nerwowo szukał kuzyn.

"Antek, idź oddaj Markowi, to chyba jego zabawka". Mina mojego kuzyna na widok 8-letniego dziecka oddającego mu wibrator? Zdecydowanie warta zapamiętania. Szczególnie kiedy mój ciekawski świata braciszek zapytał, czy może się z nim tym pobawić.

#H4Ff3

Jestem dawcą krwi i szpiku. To, że się na to zdecydowałam, ma źródło w moim dzieciństwie.
Jako dziecko byłam pulchna, z tego powodu inne dzieci niespecjalnie mnie lubiły, ale to jeszcze inna kwestia. Mama wychowała mnie i trójkę rodzeństwa sama, ale to też nie do końca chodzi o to.

W podstawówce mieliśmy w klasie chłopca, który był w lekkim stopniu upośledzony, normalnie się z nim rozmawiało, bawiło, tyle że nie był aż tak bystry i zwinny jak reszta, czasem potrzebował pomocy. Dzieci się z niego śmiały, gdy płakał z powodu, że z czymś sobie nie radzi, nawet jego siostra cioteczna, która była z nami w klasie miała go gdzieś. Mama wychowała mnie tak, że trzeba takim ludziom pomagać.
Tak że jako jedyna z klasy pomagałam mu, siedziałam z nim w ławce, pomagałam nakładać buty, wiązać, nakładać kurtkę, bo zawsze wychodził ostatni z szatni. Lubiliśmy razem grać w świetlicy w warcaby. Byłam małą smarkulą, miałam z 10 lat, dopiero teraz mogę powiedzieć, że był dla mnie przyjacielem, bo wzajemnie się akceptowaliśmy tacy, jacy byliśmy.
W piątej klasie dopadła go białaczka. Walczył, ale przegrał.
Umarł.
Cała klasa nagle się nim przejęła. Fałszywce.

Dlatego jestem dawczynią kwi i szpiku, żeby pomagać takim dzieciom, ludziom, czyimś przyjaciołom, żeby przetrwali walkę o życie. By nikt nie stracił przyjaciela, tak jak zdarzyło się mi.

Teraz mam 19 lat, mam chłopaka, wczoraj byłam w mieście autem, czułam się świetnie, więc poszłam oddać krew. Powiedziałam chłopakowi dopiero po fakcie, jak już byłam w domu, bo wiedziałam, że będzie jakieś "ale", że nie mogę pójść, bo prowadzę samochód i jak będę wracać do domu, to coś mi się stanie.
Zerwał ze mną, bo mu nie powiedziałam, że idę oddać i że jestem głupia i samolubna.
Zapytałam go, czy wie dlaczego oddaję krew, czy wie jakie mam idee.
Odpowiedział, że nie i że mało go to obchodzi i że to niewiarygodne, żebym miała "jakieś idee".

Ale ja nigdy nie zapomnę o swoim przyjacielu, żałuję, że byłam wtedy taka mała i nie mogłam mu jakoś pomóc w walce o życie.
Nigdy nie zrezygnuję z krwiodawstwa.

#ZrIFF

Mam psa. Pieseczek został zabrany ludziom, którzy go bili i głodzili. Więc pierwsze miesiące, gdy był w domu, rzucał się na każdy kawałek jakiegokolwiek jedzenia. Wiadomo, biedactwo bało się, że jutro miska nie będzie pełna.
Mam tez młodszą siostrę. Siostrę Śpiącą Królewnę (teraz na szczęście się ogarnęła).

Historia miała miejsce przed imieninami dziadka. Lubi on bardzo moje rogaliki z nadzieniem. Więc postanowiłam na imprezę górę tych rogalików zrobić. Jest to pracochłonne zajęcie, z 3 kg mąki - roboty na parę godzin. Siostra obiecała pomóc. Obietnica obietnicą. Śpi. Budzę. Zaraz - odpowiada. Mija godzina. W międzyczasie obiad. Dalej śpi. Robię sama dalej.

Na stole, w misce, została dla niej surówka z obiadu. A tu nagle psisko na krzesło, na stół i wcina surówkę. Zanim go ściągnęłam, zdążył się już mocno poczęstować. Resztki w misce zostawiłam na stole z zamiarem późniejszego uprzątnięcia. Wracam do pracy.

A tu nagle wstaje Królewna, odgrzewa obiad i się awanturuje, że tak mało surówki jej zostawiliśmy. Stwierdziła, że mi nie pomoże, bo coś tam coś tam, więc z zemsty pozwoliłam jej dojeść tę nieszczęsną surówkę po psie.
Ot, mój mały sekret.
Dodaj anonimowe wyznanie