Mój mąż kilka lat temu brał udział w tragicznym wydarzeniu. Zginęła w nieszczęśliwym wypadku jedna osoba będąca pod jego opieką. Stanął przed sądem. Dostał wyrok w zawiasach, bo wypadek wydarzył się z przyczyn tzw losowych, no ale on odpowiadał jako opiekun za bezpieczeństwo.
Co przeczytałam w gazecie regionalnej? Otóż rodzina zmarłego w wypadku, stwierdziła iż wyrok jest śmiesznie niski, a "winny" będzie sobie dalej żyć normalnie. Tylko moje pytanie brzmi jakie normalnie?
Po wypadku mężowi całkowicie odbiło, najpierw nie spał po nocach i płakał siedząc na łóżku, kiwając się na boki, potem zaczął upijać się do nieprzytomności, a po miesiącu się spakował i porzucił mnie i córkę twierdząc, iż i tak wystarczająco życie nam sp...
Rozumiem ból rodziny, nawet nie jestem sobie w stanie go wyobrazić. Ale mam pytanie... Gdzie te nasze normalne życie, gdzie mój mąż i gdzie tatuś mojego dziecka?
W zeszłym roku przeżywaliśmy ze swoim mężem niewielki kryzys.
Pewnego dnia, a w sumie w środku nocy, wrócił do domu totalnie pijany. Padł na korytarzu, zrzucając przy okazji z komody nasze zdjęcie.
Oboje byliśmy wtedy poddenerwowani. Martwiłam się, nie spałam czekając na niego, a ten przylazł w takim stanie... W jednej chwili złapałam za coś co miałam pod ręką i natłukłam męża. Dosłownie go pobiłam.
Rano kiedy wreszcie obudził się i otrzeźwiał wiedziałam, że nie mogę się przyznać. Powiedziałam mu spokojnie, że się zawiodłam. Nie dość, że pije i szlaja się po nocy, to jeszcze się z kimś pobił. W dodatku kiedy zaczęliśmy się kłócić, to powiedział, że "żałuje, że się ze mną ożenił" i rozbił nasze zdjęcie.
Mężulek tak się tym przejął, że przez miesiąc codziennie przepraszał mnie i przynosił kwiaty.
Nigdy się nie przyznam.
To wyznanie jest dla mnie dosyć traumatyczne... Gdy miałam jakieś 12 lat przyłapałam mamę na seksie z... kobietą. Co więcej, z moja ciocią, a tata się temu przyglądał.
W wieku 18 lat w wyniku ostrej kłótni z rodzicami uciekłem z domu i pojechałem do pracy za granicę. Przez 3 lata nie miałem kontaktu z rodziną, jednak w końcu się przełamałem i postanowiłem odwiedzić rodziców. Po wejściu do mieszkania byłem zdziwiony nie mniej niż moja mama - rozeszli się z ojcem, a ona mieszka z nowym facetem.
Pogodziłem się z mamą, faceta polubiłem i korzystając z pobytu w Polsce zaprosiłem swoją dawną miłość do mieszkania. Byliśmy sami więc przeszliśmy do rzeczy... Nagle usłyszałem krzyki i przekręcanie klucza. Byliśmy z koleżanka kompletnie nadzy więc nie chciałem się w takim stanie pokazywać. Nie myśląc wiele wskoczyliśmy do szafy, tak do szafy.
Siedząc w tym uroczym miejscu zacząłem podsłuchiwać rozmowę. Atmosfera była napięta, jednak słowa, które padały budziły we mnie niepokój, oprócz licznych przekleństw można było wyciągnąć mniej więcej taki dialog:
- Mam dość tych siniaków i tego że ciągle mnie bijesz. Pora z tym skończyć!
- Nie dramatyzuj kobieto, to ci wyjdzie na dobre.
I oczywiście nie wytrzymałem.
Wyobraźcie sobie sytuację - wyskakuje nagi syn twojej kobiety z szafy, rzuca się na ciebie, sprowadza do parteru i zaczyna przyduszać, a ty próbujesz wytłumaczyć, że trenujecie judo…
Tak jest mi głupio przy każdej wizycie.
Kilka lat temu, gdy uczęszczałam jeszcze do szkoły średniej, a była ona oddalona o ok. 30 km od miejscowości, w której mieszkam, więc jedynym wyjściem było dojeżdżanie autobusem. Wiosna, lato, jesień i zima. Nic tak nie męczyło człowieka jak wstawanie o wczesnej porze. Szybkie śniadanie i bieg na autobus, który podstawiał się o 6.40. Przechodząc do rzeczy... była to ostatnia klasa. Zima, - 20C za oknem. Koniec semestru i zarywanie nocek aby poprawić oceny.
Przygotowywałam się pilnie do jednego z ważnych dla mnie sprawdzianów, że aż jednej nocy ze zmęczenia zasnęłam. Sen był piękny i błogi do momentu aż przebudziłam się. Zerwałam się z łóżka! SZKOŁA! AUTOBUS! BUDZIK NIE ZADZWONIŁ! Zaczęłam ubierać się. Nie spojrzałam nawet na telefon! Wzięłam torbę i pobiegłam do przedpokoju, nie zdziwiła mnie nawet panująca cisza w domu (godzina 6 zazwyczaj moi podopieczni byli już na nogach), założyłam kurtkę, buty i wybiegłam z domu ile sił. No zima! Ciemno to ciemno!
Biegnę na ten autobus, nogi się plączą w śniegu ale dam radę, nie ucieknie mi! Czapka spada z głowy! Zdyszana ciągle pędzę... dzwoni telefon. Patrzę na wyświetlacz "MAMA", odbieram i toczy się dialog.
- MARYŚKA, CHOLERA GDZIE TY JESTEŚ?
- No jak to gdzie? BIEGNĘ NA AUTOBUS MAMO!
- K##rwa jest 2.30 dzieciaku! Wracaj do domu!
Spojrzałam na zegar, który mieści się w centrum miejscowości. Rzeczywiście 2.30, wróciłam do domu, a podopieczni mieli ze mnie ubaw, a nawet mają do dzisiaj wspominając moją akcję.
Mój pradziadek zawsze miał ogromne poczucie humoru. Na dodatek dość specyficzne.Za młodu nieźle dawał się sąsiadom we znaki. A to sąsiadki kurom ogony na zielono pomalował, innym razem pozamieniał krowy na sąsiednich pastwiskach. To znowu kukłę na pobliskim drzewie powiesił, tak wysoko, że z dołu nie sposób było się zorientować, że to wypchane szmaty. Pół wsi się zbiegło identyfikować wisielca. Zanim go strażacy zdjęli, wszyscy zdążyli już opłakać "wozaka" Romana, który niejednokrotnie po pijaku groził, że "obwiesi się" w lesie na najwyższej sośnie...
Najdziwniejsze, że nikt, poza najbliższą rodziną nie domyślał się, kto za tymi wszystkimi hecami stoi...
W końcu jednak sprawiedliwość dopadła dziadka. Zakpiła z niego sama Matka Natura.
Dziadek do domu z pracy wracał zawsze przez las. Akurat była zima, wszystko w śniegu. Dziadek idzie, pogwizduje, bo choć to wieczór, to pełnia akurat. W lesie widno i przyjemnie nawet. Nagle słyszy za plecami "szszszurrr, szszszurrr...". Stanął. Szuranie ucichło. Rusza dalej, a tu znowu "szszurrr, szszurrr...". Znowu stanął. I znów cisza. Dziadek rusza, coraz prędzej idzie, im szybciej idzie, tym szuranie mocniejsze...
Do domu wpadł w stanie niemal przedzawałowym. Blady, spocony, w kółko powtarzał tylko: "O Jezusie, coś mnie goni! O mateńko, to kara boska, za moje grzechy diabli do piekła mnie chcą zabrać!"
Owymi diabłami okazał się okazały pęd jeżynowego krzaka, który przyczepił się dziadkowi do nogawki. Ten przejęty nieznanym hałasem, nawet nie zorientował się, że mu coś u portek wisi.
Cała rodzina jeszcze przez długi czas się z dziadka śmiała, że niby taki kozak, a przez zwykłą jeżynę prawie ze strachu umarł.
Ciężko mi stwierdzić, jaki typ wyznania Wam zafunduję. Dla części będzie to karuzela śmiechu, ale powiem Wam szczerze, że ja, po fali irytacji poczułam się zwyczajnie źle...
Do rzeczy. Stoję sobie wczoraj grzecznie w znanym i (mniej lub bardziej) lubianym Auchan, wybieram sobie mleko sojowe do kawusi, a że sezon na kiecki rozpoczęty, przyjemnie chłodzi od lodówek, to sobie stoję i dumam. I może owszem niedowidzę, ale za to słuch mam wyjątkowo dobry. Słyszę więc za plecami ten charakterystyczny dźwięk włączanej kamerki w Samsungu (taaak, właśnie ten klikający :D). Obok mnie wyrasta osobnik płci męskiej, na oko typowy pizduś plastuś, jakieś 35 lat, żona mu nie daje, w pracy się nie powodzi. Kamerka skierowana bezczelnie na moje udźce. Ja już dooobrze wiem co jest grane, chociaż pewnie gdybym nie słyszała, uznałabym, że nie tylko dla mnie - sojowe zwykłe czy z dodatkiem wapnia - to zagwozdka na 15 minut.
Ale ale, co tam jest interesującego na dolnej półce pod roślinnymi mlekami, że szanowny pan przykuca i szuka, a telefon w czarnym lateksiku, kamerą do góry wędruje jeszcze bliżej mojej raciczki? Ano pewnie moje gacie pod kiecką. Już za dużo tego dobrego, kieca obwinięta niczym boa dusiciel, to zwracam panu mniej lub bardziej kulturalnie uwagę, żeby mi pantalonów do cholery telefonem nie nagrywał. To się wykręca, że nie nagrywa, ale oddala się w tempie Roberta Korzeniowskiego, pędzącego po złoty medal. Myślę sobie, no w ryj dać mogę dać, ale już go nie ma...
Zawsze chciałam być sławna, ale nie od dupy strony!
Także tego, jak gdzieś w czeluściach internetu odnajdziecie kawałek moich granatowych gaci, to możecie je pozdrowić...
Panowie, czy w Was też sojowa śmietana wzbudza aż takie dzikie żądze?
Drogie Panie, pilnujcie gaci! Sezon na Podsukienników oficjalnie uważam za otwarty.
Opowiem wam historię którą usłyszałem od mojego taty.
Mianowicie kiedyś mój tata razem z kolegą wybrali się na mecz. Jechali sobie spokojnie przez jakieś pola i lasy. Kierowcą był kolega, który jest strasznie nerwowy za kierownicą. Nagle minęło ich auto w którym siedziało 3 nastolatków. Co jakiś czas hamowali gwałtownie przed autem taty i kolegi. Mogli przez to nie raz spowodować wypadek. Po około 5 kilometrach takiej jazdy było jakieś skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną. Wtedy kolega mojego taty nie wytrzymał.
Wyszedł z auta podszedł do tych śmieszków otworzył im drzwi. Wyciągną im kluczyki z stacyjki i wyrzucił w pole krzycząc do niech, że „Teraz to sobie chu** możecie hamować” po czym wrócił do auta i jak gdyby nigdy nic wyminął ich i pojechał sobie dalej na mecz.
Tak wiec nie denerwujcie osób, które jeżdżą spokojnie, bo możecie potem kluczyków szukać w polu lub Bóg wie gdzie jeszcze ;)
Ps. Nie wiem czy znaleźli kluczyki.
Opowiem wam historię, która miała miejsce parę lat temu, gdy byłem jeszcze gimbusem.
Wszystko zaczęło się, gdy moi rodzice pojechali do Norwegii na feriach, by odpocząć od swoich obowiązków (byłem pod opieką pełnoletniego rodzeństwa). Tego feralnego dnia powiedziałem mojemu bratu, że idę z kolegami do pobliskiej restauracji na przysłowiowego "kebaba" i wrócę nieco później (rodziców nie było, więc spokojnie mogłem wrócić o 12).
Lecz miałem inne plany: w tym dniu moja koleżanka miała urodziny, więc wraz z kolegami pieniądze, które mieliśmy wydać na jedzenie wydaliśmy na alkohol dla naszej solenizantki. Po imprezie i spożyciu (jak na tamten wiek dużej dawki alkoholu), postanowiłem wrócić do domu (chodziłem w miarę prosto, trochę kręciło mi się w głowie, lecz najgorszym problemem był zapach wódki, którą można było ode mnie wyczuć).
O wspomnianej godzinie wróciłem do domu. Lecz gdy szedłem do drzwi, przez okno tarasowe zobaczyłem, że mój brat czeka na mnie w salonie, oglądając film. Więc pomyślałem, że jak zadzwonię do drzwi, mój brat mi odtworzy i będzie kazał mi chuchać (gdyby wyczuł ode mnie alkohol, nie pozwoliłby mi wychodzić do końca ferii, bo za mnie odpowiadał). No i gdy w końcu podszedłem do drzwi, myślałem jak by tu ukryć zapach wódki. W końcu dostrzegłem moje wybawienie - karma dla psa :D
Tak, zjadłem garść karmy dla psa, która była tak okropna, że mój pies nie chciał jej jeść. No i gdy zjadłem swoją niecodzienną kolację, zadzwoniłem do drzwi. I tak jak myślałem, mój brat mi otworzył drzwi i z progu powiedział:
- Chuchaj.
- Dobra - odpowiedziałem z uśmiechem na ustach.
Gdy mój brat poczuł przykry zapach z moich ust, zapytał z zakrzywioną miną:
- Gdzie ty kurna tego kebaba jadłeś?
I właśnie tak ratuje się z opresji.
PS. Przez 15 minut mycia zębów, nie mogłem usunąć zapachu psiej karmy :D
Jakiś czas temu pracowałam w pewnym dużym markecie, nie będę przytaczać nazwy. Zatrudniał mnie pośrednik, jednak musiałam wykonywać polecenia wydawane przez kierowników hipermarketu. Jednym z nich była dość dziwna, śmierdząca (tak, nie używała dezodorantu i waliła na odległość dobrych trzech metrów) kobieta, myśląca wyłącznie o zysku dla firmy, a nie o klientach.
Ja pracowałam wówczas między innymi na stoisku wagowym, obejmującym słodycze oraz bakalie. Od tamtej pory wolę wydać więcej i kupić coś paczkowanego niż na wagę... Ale do rzeczy:
1. Długie żelki z dosyć drogiej firmy (ok 30-35 zł/kg) spadły chłopakom na podłogę podczas transportu. Zważyłam je i zaniosłam na straty. Kierowniczka X po wysłuchaniu dlaczego żelki znalazły się na półce ze stratami, kazała je wrzucić z powrotem do "kuwet". FUJ.
2. W każdej "kuwecie" ze słodyczami wycięta była kartka z terminem przydatności do spożycia. Powiedziałam X, że bananki w czekoladzie (takie pianki) mają termin do końca miesiąca i zaczynają się pokrywać białym nalotem. Powiedziała "to zamówię jeden karton, żeby była dobra data. Zostaw je w kuwetach".
3. Podróby "delicji" miały termin do końca marca... W czerwcu X kazała mi je zapakować do małych, plastikowych pudełeczek, zważyć i dać na... wyprzedaż. Do dziś serce mi się kraje, gdy przypomnę sobie starszego pana, który wrócił do mnie z pretensjami "że te ciastka są tak twarde, że nawet gołębi nie mógł nimi nakarmić". Przepraszam pana...
4. Przyszedł przedstawiciel firmy XYZ i powiedział "nie produkujemy tych truskawkowych cukierków już od dawna. Muszą być przynajmniej pół roku po terminie". Zważyłam je i zaniosłam na straty. Jak tylko wyszedł, X kazała mi je z powrotem wrzucić do kuwet...
5. W kuwecie z ciastkami zalęgły się muszki owocówki. Prosiłam, aby X załatwiła jakiś środek odkażający, abym mogła je umyć... rezultat? Kuweta umyta zwykłą wodą, a ciastka, na których siedziały te muszki (i pewnie składały jajka) wróciły do kuwety...
Nie będę liczyć, ile przeterminowanych produktów tam było... I to po trzy miesiące, po pół roku... Czasem jak przychodził ktoś starszy lub ktoś z dzieckiem, mówiłam nieśmiało np. "tych wafelków nie polecam...". Niektórzy rozumieli i dziękowali mi za uprzedzenie ich, ale tym, którzy się oburzali, że "przecież mają prawo je kupić!" no niestety ważyłam i sprzedawałam...
Tak, źle mi z tym, choć nie uważam, że to moja wina.
Nie, nie mogłam tego nikomu zgłosić. Gdybym powiedziała dyrektorowi, X zadbałaby, aby mnie wyrzucono z pracy.
Tak, X dalej pracuje i dalej śmierdzi, ale ja pracuję już gdzie indziej i mogłam się podzielić z Wami tą historią.
I tak pewnie mnie zhejtujecie za "brak reakcji", ale cóż. Ot, anonimowe wyznanie.
Dodaj anonimowe wyznanie