#k6vbH

Historia, która mi się przydarzyła miała miejsce rok temu.
Mama szła na poranną zmianę do pracy i poprosiła mnie, abym posprzątała w domu i umyła piec.

No dobra, męczę się dwie godziny. Na koniec zadowolona z efektów, piec błyszczy.

Mama wraca z pracy, jest zła, że nie umyłam pieca od kuchenki... Ja sobie myślę jakiej kurde kuchenki?

Tak, umyłam piec w kotłowni razem z podajnikiem.

#JbVk1

Kończąc podstawówkę byłam podekscytowana perspektywą nowego miejsca, nauczycieli, znajomych. Mama kupiła mi pachnące nowością książki, ja idealnie wyprasowałam białą bluzkę, a na lekcję organizacyjną szłam z wielkim przejęciem. W mojej klasie połowa to znajomi z podstawówki, jednak nikim szczególnie się nie trzymałam, uczyłam się bardzo dobrze, często wygrywałam konkursy..
I tak chciałabym pamiętać okres gimnazjum.

Niestety, już na początku zostałam wybrana przez starsze dziewczyny jako ich kozioł ofiarny. Szturchanie, popychanie, głupie komentarze. Nie miałam słabego charakteru, walczyłam z tym, rzucałam groźne spojrzenia i z dumą szłam dalej. Do czasu. Dziewczyny wyciągnęły cięższą broń. Zaczęły buntować innych uczniów, dosięgała mnie agresja również ze strony chłopców. Pamiętam sytuację, gdy starszy chłopak nazwał mnie dziwką i rzucił we mnie groszakami, śmiejąc się przy tym głośno. Pamiętam, gdy puszczono plotkę, że jestem w ciąży i widziano mnie, gdy zarabiałam na ulicy, mimo że byłam dziewicą. Każda moja próba zawarcia znajomości kończyła się szybko, bo potencjalny znajomy dostawał anonimowe wiadomości z niecenzuralną treścią i obelgami na mój temat.

Stałam się cieniem samej siebie. Nie byłam przyzwyczajona, żeby mówić o swoich problemach. W domu próbowałam zachowywać się normalnie, uśmiechałam się i nadal przynosiłam dobre oceny. W końcu jednak pękłam. Zakochałam się a te zołzy zniszczyły moją miłość. Mama zgłosiła sprawę do szkoły, ja byłam umówiona na wizytę u psychologa. Szkoła nic z tym nie zrobiła, żadna osoba, która wyrządziła mi krzywdę nie została w żaden sposób ukarana. Od dyrektora usłyszałam tylko, że nie obniży im nawet zachowania, bo to koniec roku i może im to utrudnić dostanie się do wymarzonych szkół średnich. Tak więc siedziałam w jego gabinecie wycierając łzy szarym papierem toaletowym i zastanawiając się gdzie tu sprawiedliwość.

Wiecie po co to piszę?
Bo aktualnie skończyłam szkołę średnią najbardziej oddaloną od tego popieprzonego miasteczka, gdzie uczniowie oceniani są przez pryzmat "znam twoją mamę, masz 5", przeglądam facebooka i widzę dziewczynę, która cholernie mnie poniżała, zaglądam na jej profil i widzę kilkuletnie dziecko. Z ciekawości wyszukuję pozostałe zołzy i co widzę? Zdjęcia i wpisy, które aż krzyczą: ojciec dziecka nieznany, szybki ślub, bo wpadka, gdzie moja godność, rzucam szkołę i oczywiście - szlachta nie pracuje.

A ja? Odzyskałam jego - moją miłość, skończyłam szkołę, zaczęłam pracę, mam dobrą opinię, przyjaciółkę. A gdy mijam ich na ulicy... cóż, wysoko podnoszę głowę, bo chociaż gdzieś po drodze zgubiłam pewność siebie, to nigdy nie straciłam szacunku do swojego ciała.

#mXcIP

Na początku gimnazjum w mojej klasie utworzyła się grupka znajomych - osób słuchających metalu i ogółem "ciężkiej" muzyki. Sytuacja, którą opiszę miała miejsce kilka miesięcy temu.

Mój kolega z wyżej wymienionej grupki przyniósł do szkoły gitarę, żeby coś zagrać i dostać dodatkową ocenę z muzyki. Na przerwie przed muzyką siedzieliśmy w swoim gronie na korytarzu, śmiejąc się jak zwykle, kiedy podeszła do nas inna dziewczyna z klasy - Kasia (imię zmienione), taka stereotypowa dziunia tap madl, zabiegająca o uwagę wszystkich chłopaków. Zapytała, czy będzie mogła pożyczyć gitarę, bo też chciałaby coś zaliczyć. Śmiechem żartem, no ale kolega się zgodził. Przez resztę przerwy się brechtaliśmy z tej sytuacji i zastanawialiśmy, co też koleżanka nam zagra.

Kiedy wreszcie nadeszła lekcja, a kolega dostał ocenę, przyszła kolej na naszą bohaterkę. Po chwili wszyscy zbierali szczęki z ziemi, ponieważ Kaśka zaprezentowała nam wręcz nienaganne solo z utworu "The Trooper".
Jeszcze tego dnia Kasia zyskała 6 z muzyki i nowych znajomych, a my koleżankę i nauczkę - nigdy nie oceniaj po pozorach ;)

#DElhO

Byłem nastolatkiem. Problem z trądzikiem nie był u mnie największy, ale raz na jakiś czas pojawiał się syfol gigant. Taka zmutowana bestia, która niszczy całokształt twarzy.

W przypadku, o którym chcę powiedzieć syfek się pojawił, ale na lewym pośladku.
Ignorowałem to, bo nie było go widać. Szybko się jednak okazało, że jest uciążliwy, bo nie mogę się dobrze rozsiąść. Bolało, gdy się wierciłem, poprawiałem, zsuwałem z krzesła. Generalnie syfek typu bolok, boli w cholerę i nie chce się wycisnąć. Po dwóch dniach męki podjąłem wieczorną próbę.

Łazienka mała, nijak tyłka w lustrze nie widzę. Postanowiłem stanąć na krawędzi wanny, wypiąć dupsko w kierunku lustra i spojrzeć między nogami jak się ma sytuacja. I jest, duży i paskudny, wydawało mi się, że zadowolony z bólu, który mi zadaje.

Skupiłem się, nastala absolutna cisza, palce zaciskają się ile sił i już widać, że coś się dzieje...

- Wszystko w porządku? Jakoś cicho tam u ciebie - to była mama. WYSTRASZYŁA MNIE. Reszta toczyła się w parę sekund.

Wystraszony zacisnąłem palce mocniej, straciłem równowagę i poleciałem na ryja do przodu. Matka wystraszona wparowała do łazienki, a ja świecę wypiętą dupą. Księżyc w pełni, dyndające klejnoty i on, pięknie wyciśnięty syf-mutant.

Złamałem nos uderzając o wannę, najadłem się wstydu przed matką, a na ostrym dyżurze powiedziałem krótko "Poślizgnąłem się".

#rhn1i

Historia sprzed chwili:

Mój chłopak jest biegaczem, a trasa jego treningów w dni robocze przebiega wzdłuż mojego bloku tak, że przez chwilkę patrzę na niego, siedząc przy otwartym oknie.

Również dziś wypatrywałam ukochanego. Nagle poczułam uderzenie w twarz. Zanim przeanalizowałam, co się stało, sprawca całego zajścia zdążył jeszcze kilka razy pojawić mi się przed oczami.
Chyba niecodziennie dostaje się "z liścia", siedząc w otwartym oknie na ósmym piętrze... od nietoperza.
Na pomoc Batmana też chyba nie mam co liczyć.

#fLwoz

Powiada się, że powinno się pomagać ludziom i w ogóle...

W drodze do mojej byłej z Wrocławia do Środy Śląskiej, jechałem drogą krajową nr 94, gdzie szła jakaś kobieta. Gdy nagle wyrżnęła takiego orła, że się nawet nie ruszała. Zjechałem na pobocze, bo oczywiście pewnie nikt by się nie zatrzymał, nawet jak ja stałem, to nawet nikt nie raczył się zapytać co się stało.
Kobieta średniego wieku, miała rozwaloną głowę, a co najdziwniejsze, zapomniała dużo rzeczy... Co tutaj robi, gdzie mieszka i w ogóle. Ja nie wiem, czy da się dodzwonić w miarę szybko na jakąś służbę zdrowia, kobiecie coraz słabiej widzę, więc zabrałem ją ze sobą samochodem do szpitala we Wrocławiu. No ale co w tym dziwnego.

W końcu w szpitalu dowiedzieli się co i jak i zadzwonili po jej siostrę. Nawet nie usłyszałem słowa "Dziękuję"... Ale w zamian tego przyjechała policja i zostałem osądzony o potrącenie, przez siostrę.
Rzeczywiście jestem bardzo młodym kierowcą i mam na prawym zderzaku małe wgniecenie, które niby jest od uderzenia. Oczywiście spędziłem pół dnia na komendzie, przesłuchiwania itp... I w sumie ta kobieta dalej nic nie pamięta, a ja mam kłopoty i zatrzymane prawo jazdy. A chciałem tylko pomóc.

Jeśli czyta to pani, która mnie posądziła... Karma istnieje. I życzę pani podobnej sytuacji.

I jak tu pomagać, jak nawet za pomoc można mieć duże kłopoty?

#BGhHN

Zacznę od tego, że jestem dziewczyną, ale odkąd pamiętam, zawsze bawiłam się z chłopakami, a oni traktowali mnie jak równego sobie kumpla. Z jednym z nich bardzo się zaprzyjaźniłam i tworzyliśmy nierozdzielną paczkę.
Będąc razem gdzieś na imprezie rzucił, że to ja w naszym związku będę nosić spodnie, a on natomiast sukienkę. Skubany prawie dotrzymał słowa. Ja noszę spodnie, bo jest mi tak wygodnie, natomiast on nosi sukienkę, bo jest księdzem.

#zo7Xk

Pewnego dnia zaczęła mnie swędzieć głowa. Bałam się, że może zaraziłam się wszami, więc udałam się do lekarza rodzinnego. Nie spoglądając w moją głowę przepisał jakieś leki, teraz już nawet nie pamiętam na co. Nie pomogło.

Poszłam do innego lekarza. On również nawet na mnie nie spojrzał i kazał tylko zmienić szampon. Zmieniałam chyba na wszystkie możliwe, również nie pomogło. Wybrałam się w końcu do dermatologa. Pani dermatolog spojrzała na moje włosy związane w kucyk i od razu zdiagnozowała: głowa mnie swędzi ze stresu. Było to dla mnie śmieszne, ale w końcu to lekarz, zna się lepiej. Zaczęłam chodzić do psychologa, starałam się zmniejszyć ilość stresu. Głowa nadal swędziała, ale już o tym zapomniałam, przyzwyczaiłam się.

Postanowiłam zmienić fryzurę. Poszłam do fryzjera. Przeczesał kilka pasm, po czym stwierdził, że mam gnidy. Powiedział, że mam kila wszy, ale więcej jest tych białych obrzydliwców.

Nigdy w życiu nie czułam takiego wstydu. Zapłakana poszłam do domu, kupując po drodze preparat na wszy. Stosowałam kilka razy, pomogło, głowa nie swędzi.
Jedyne co mnie zastanawia to to, dlaczego nikt z rodziny się tym nie zaraził i dlaczego trzech lekarzy nie potrafiło stwierdzić co mi jest.

#LZ0QY

Byłam gruba. Nadwagi nie spowodowała choroba, po prostu dużo jadłam, a żadna dieta nie dawała rezultatów. Ze smutku jadłam jeszcze więcej. W związku z moim wyglądem nie miałam zbyt wielu znajomych, o chłopaku mogłam tylko pomarzyć. Z zaniżonym poczuciem własnej wartości wybrałam się na studia do innego miasta.

Tam poznałam Magdę. Wynajmowałyśmy wspólnie mieszkanie. Mimo moich obaw, Magda okazała się być osobą, której nie przeszkadzała moja tusza i mogłam na niej polegać. To ona zachęciła mnie do wspólnego biegania i diety. Pilnowała, żebym nie jadła słodyczy i unikała tłustych potraw. Dała mi bardzo wiele i dzięki niej schudłam kilka kilo.

Wszystko zmieniło się, kiedy poznałam Pawła. Spotkałam go w bibliotece. Przysiadł się do mnie i zagadał. Byłam zszokowana, gdy zaprosił mnie na spacer. Z początku myślałam, że założył się z kumplami, że poderwie grubą, ale w końcu mnie przekonał. Spacer był cudowny. Zastanawiałam się, dlaczego zainteresował się dziewczyną z nadwagą. Powiedział, że mu to wcale nie przeszkadza, liczy się wnętrze. Po miesiącu spotkań postanowiłam się do niego wprowadzić.

Przeciwna przeprowadzce była Magda. Uważała, że to błąd i powinnam z nim zerwać. Uważałam, że jest zazdrosna, bo właśnie straciła chłopaka. W tym czasie zaniechałam ćwiczeń i znowu przytyłam.

Początki naszego wspólnego mieszkania były wspaniałe. Z czasem jednak Paweł zaczął zmuszać mnie do jedzenia. Mówił, że wspaniale się czuje, kiedy jem. Kiedy protestowałam, groził, że się rozstaniemy. Co miałam zrobić? Robiłam to, co mi kazał. Był szczęśliwy, a ja w krótkim czasie przytyłam ponad 30 kilogramów.

Nie wiedziałam, co zrobić. Postanowiłam zadzwonić do Magdy. Przyjechała natychmiast. Wtedy zrozumiałam, jak ważną jest dla mnie osobą. W skrócie opowiedziałam Magdzie o moich problemach. Nie zastanawiała się długo, tylko zaczęła mnie pakować. Nie chciałam odchodzić od Pawła, ale Magda dała mi do zrozumienia, że to może źle się skończyć dla mojego zdrowia. Wychodząc, natknęłyśmy się na Pawła. Płakał i krzyczał, że popełni samobójstwo, jeśli go zostawię. Gdyby nie Magda, pewnie zostałabym tam.

Teraz... dalej jestem gruba. Ale zaczynam o siebie dbać. Zrzuciłam już to, co "zyskałam" u Pawła. Wróciłam na studia i chodzę do psychologa. Psycholog wytłumaczył mi, że Paweł to typ feedersa, czyli wielbiciela grubych kobiet. Przyjemność sprawia mu tuczenie kobiet. To by się zgadzało, bo do teraz Paweł przysyła mi czekoladki z miłosnymi liścikami.

Madziu, wiem, że czytasz anonimowe. Chciałabym ci podziękować za to wszystko, co dla mnie robisz. Jesteś prawdziwą przyjaciółką! ;*

A wam życzę, żebyście trafiali na takie wspaniałe i wartościowe osoby jak Magda i nigdy nie mieli do czynienia z takimi psycholami jak Paweł!

A ja chudnę... Trzymajcie kciuki! :)

#eSgkb

Z byłym chłopakiem (raczej mężczyzną, był starszy o 9 lat) spotykałam się przez rok.
Było październikowe popołudnie, wróciłam z pracy do wynajmowanego przez niego mieszkania. Marcin miał dziwną minę, ni to uśmiechnięty, ni to wściekły, jak taki kundel, co tu merda ogonem, a tu chce ci odgryźć kostkę. Burczy pod nosem, czy dorzuciłabym się do czynszu i takie tam, bo w pracy kasy nie dostał... Mówię OK, masz 4 stówki, więcej przy sobie nie mam. Podziękował, zjedliśmy i wróciłam do domu.
Po godzinie dostałam SMS: Znalazłem Twój test ciążowy, wybacz, nie jestem gotowy na takie zobowiązanie.


Najpierw otrzymał wiadomość, że nie jestem w ciąży, a test to podpucha (żałuję, że nie widziałam jego miny).
Potem wysłałam mu fotkę z jego drugą dziewczyną (tak, spotykał się z nami obiema), zrobioną kilka dni wcześniej na ławce obok jego mieszkania, podczas gdy obie knułyśmy ten paskudny plan zemsty.
Kasa była fałszywa, o czym dowiedział się od znajomego ochroniarza z pobliskiej drogerii, w której kupował gumki...

I nie, nie jesteśmy po ślubie.
I nie, nie jestem wcale tego dumna.
Dodaj anonimowe wyznanie