Kiedy miałam siedem lat, w moim życiu miała miejsce prawdziwa tragedia.
Amelka była moją o jedenaście lat starszą siostrą. Mimo że dzieliło nas całkiem sporo lat, to świetnie się dogadywałyśmy i spędzałyśmy razem mnóstwo czasu. Amelka miała wielu przyjaciół i znajomych oraz bardzo dobry kontakt z całą rodziną. Zawsze była ciepłą i serdeczną osobą. Dlatego wiadomość, którą moja siostra usłyszała w wieku czternastu lat była wyjątkowo wstrząsająca - białaczka.
Jak wiadomo, ja wtedy jeszcze nie rozumiałam co się dzieje, ale widziałam, że wszyscy są przybici, a siostra całymi dniami siedzi w swoim pokoju i wygania mnie z krzykiem, kiedy tylko tam zaglądam. Słyszałam jej płacz każdego dnia. Ale tylko do pewnego czasu. Nie pamiętam ile dokładnie trwało jej załamanie, ale pamiętam dzień, w którym się całkiem otrząsnęła - dzień jej piętnastych urodzin. Zaczęła od zapełnienia całej ściany w swoim pokoju zdjęciami z przyjaciółmi, rodziną. Potem zaczęła prowadzić pamiętnik, co wieczór siadała na kanapie i notowała każdy szczegół minionego dnia. Następnie skróciła swoje sięgające bioder włosy i z ciemnego blondu przefarbowała je na swój ulubiony kolor - fioletowy. Przestała chodzić do szkoły, siedziała w domu i uczyła się gotować, sprzątać, szyć itd.
Kiedy nadeszły wakacje, zwiedziłyśmy z mamą i tatą wiele miejsc. Ogółem zaczęliśmy ciągle gdzieś wyjeżdżać. Zawsze kochała podróżować (chyba mam to po niej). Spędzała też dużo czasu z przyjaciółmi. Próbowała chyba wszystkiego. Rodzice to rozumieli i dawali jej pełna swobodę.
Pamiętam dzień, w którym musiała zostać na dłużej w szpitalu. Rok. Pewnego dnia wraz z mamą zastałyśmy ją w szpitalu bez włosów. Głowę zakryła chustką w kwiatki. Leżała na łóżku z worami pod oczami. Schudła przeraźliwie szybko i widać było po niej zmęczenie. Ale nadal się uśmiechała. Miała wtedy prawie siedemnaście lat. A ja mimo tego, że nadal byłam mała, rozumiałam już na co Amelka choruje i dlaczego przez ostatnie lata robiła tyle nowych rzeczy.
Moja siostra zmarła rok po tym, jak straciła wszystkie włosy. Do końca swojego życia była uśmiechnięta, pełna optymizmu, wierzyła w to, że pokona chorobę i otaczała nas wszystkich ogromną miłością. Zostawiła nam listy pożegnalne, w których opisała najpiękniejsze i najgorsze momenty swojego życia, dziękowała nam i przepraszała, dawała nam rady, przestrogi, przypominała o czymś ważnym.
Dziś mam piętnaście lat. List od siostry trzymam co noc pod poduszką i czytam przed zaśnięciem. Staram się żyć tak jak ona w trakcie choroby - żyć każdą chwilą. Stosuję się do jej rad i wskazówek. Może to nieco dziwne, ale czuję, że Amelka jest przy mnie i czuwa nade mną. Nadal strasznie ją kocham i na pewno nigdy nie zapomnę tak wspaniałego człowieka, jak moja starsza siostra. Korzystająca z życia.
Ja i mój chłopak byliśmy parą 2,5 roku. Nierozłączni, zakochani, para idealna. To miała być taka miłość wiecie... do grobowej deski.
Jakiś czas temu moje życie nie należało do najłatwiejszych. Podłapałam poważnego doła. Poprosiłam, więc mojego chłopaka o pomoc w zamknięciu paru spraw, które nie dawały mi spokoju. Obiecał, że pomoże, jednak wtedy pochłonęła go jego nowa praca i znajomi. Powoli zaczęliśmy oddalać się od siebie. Sporo się kłóciliśmy, po jednej awanturze wyszedł na miasto. Później wyznał, że mnie zdradził. Przepraszał, błagał. Jednak dla mnie tego było za wiele. Zerwałam z nim.
Wszystko mi się posypało. Moje życie wtedy składało się głównie z płakania i spania. Jednak któregoś wieczoru postanowiłam ruszyć dupę i iść na miasto. Sama. Jestem introwertykiem, więc pomysł zupełnie od czapy. Usiadłam w modnym miejscu, popijałam drinka. Wszystko by było dobrze, gdyby ludzie nie patrzyli się na mnie jak na zjawisko nadprzyrodzone. Paru facetów postanowiło mnie "uratować" z ostrzału tych spojrzeń i próbowało się przysiąść. Po którymś razie uznałam, że nie mam na to więcej siły i zwinęłam się. W międzyczasie rozpadło się i przemokłam do suchej nitki. Szukałam miejsca, gdzie mogłabym się schować, padło na burgerownię. Tam nie było lepiej, znowu dopadły mnie te spojrzenia i podśmiechujki ludzi. W sumie to się im nie dziwię, wyglądałam jak 7 nieszczęść. Przemoknięta, z rozmazanym makijażem, płacząca, do tego samotna.
Wyszłam stamtąd, przespacerowałam się trochę, ale że było już dosyć późno, postanowiłam wrócić taksówką. Czekam na taryfę. Centrum miasta, pusta ulica. Nagle gdzieś w tle wyłonił się pies. Uciekał przed czymś. Za nim pojawiło się trzech typowych Sebixów. Krzyczeli coś do siebie, byli chyba naćpani, dopadli psa i zaczęli się nad nim pastwić. Strasznie mnie to wkurzyło i miałam ochotę im dokopać, ale zdrowy rozsądek nie pozwolił mi zrobić ani jednego kroku. Wtedy z zza rogu wyjechała policja. Nie szukali Sebixów, ale już sam ich widok wystraszył "moich" dresów. Schowali się gdzieś dalej w bramie. Pomyślałam "teraz albo nigdy". Przebiegłam przez ulicę i wzięłam psa na ręce. To był szczeniak, miał może z 4-5 miesięcy. Chwilę później dresy dostrzegły mnie, zaczęli gonić, krzyczeli, że mnie pobiją, zgwałcą etc. Szczęśliwie przyjechała taksówka. Wsiadłam ze szczeniakiem i pojechaliśmy do weterynarza.
Magnus, bo tak mu dałam na imię, miał złamaną przednią łapę i parę żeber, rany na głowie. Wyrósł na pięknego malinoisa. Jest inteligentny, radosny, kochany i nie odstępuje mnie na krok. Ja uratowałam mu życie, a on mnie. Od kiedy go mam uporałam się ze swoimi sprawami, mam fajną pracę i przyjaciół. Bez niego pewnie popadłabym w depresję, siedziała sama w domu, w najlepszym przypadku tyła, w najgorszym... Cóż, wolę nie myśleć.
Słowem wstępu - mój rysopis (chyba ważne). 2 m wzrostu, przypakowany. Punk, wszędzie łazi w skórze i glanach. Długie włosy, jak jest okazja, to stawiam je na pióropusz. I ta szrama na i tak już ohydnym pysku (zgoła inna historia, może kiedyś o tym :D). O tatuażu na całą rękę już nie wspomnę. Skrótem, jakbym sam siebie na ulicy zobaczył, to bym zwiał. A, i wcale nie pomaga fakt, że jestem miłośnikiem noży, trenuję wszystkie sztuki walki jakie istnieją i jestem stałym bywalcem na strzelnicy.
W środku to ja jestem aniołek, w życiu nikogo nawet mocniej nie klepnąłem po plecach poza ringiem. Nawet głosu nie podniosłem w całym swoim życiu, taki staram się być spokojny. W domu zawsze leci muzyka, ale na tyle cicho, że czasem, jak kuzyn z 6-miesięcznym brzdącem w odwiedziny przyjadą, to brzdąc nie ma problemu ze spaniem.
Dobra, meritum. Otóż moja sąsiadka bardzo nie lubi, jak kogoś na noc do domu przyprowadzę, nawet jak jesteśmy cicho. Nawet, jak nikogo nie ma, to potrafi się zirytować. Przeszkadza jej wszystko, co się dzieje w moim domu, do tego stopnia, że służby porządkowe u mnie średnio co tydzień się pojawiają. Jaja z nią jak berety, mówię. Kilka akcji:
- Straż pożarna, razem z policją, bo "ten satanista podpalacz pożar w domu wznieca". Kurczak się przypalił, okno otwarte, i poczuła lekką nutkę spalenizny.
- Nalot pogotowia energetycznego, policji i spółdzielni mieszkaniowej, bo "ten satanista dzikie harce uprawia w domu i go demoluje". Elektrownia prąd odcięła na 2 godziny. Pech chciał, że używałem w międzyczasie dość mocnej wkrętarki, a jedno z drugim wcale nietrudno połączyć.
- Nalot policyjny, bo "ten satanista czarne msze w domu uprawia i głośno jest tak, że spać się nie da". Nie było mnie nawet w domu, sąsiadka słyszała imprezę kogoś zza przecznicy.
Tu się zatrzymam, bo ta sytuacja dość komiczna wyszła. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy po koncercie Kabanosa (zespół punkrockowy) wracam zapocony i leciutko wstawiony do domu, a jeszcze na klatce wita mnie wkurzony komitet powitalny złożony z dzielnicowego i jego zastępcy. Swoją drogą, wyobraźcie sobie miny policmajstrów, którzy dobijają się przez dobrą godzinę do mieszkania, do którego jest zgłoszenie, po czym właściciel mieszkania jakby nigdy nic przechodzi obok nich i otwiera drzwi.
Jeszcze jedno:
- Nalot policyjny x2, bo "ten satanista orgie urządza i ludzi torturuje". Tak, dobrze myślicie - luba przyszła. Tylko jeden szkopuł, mianowicie niczego nie robiliśmy, poza oglądaniem "The Ring" i okazjonalnym piszczeniem ze strachu :D
Powiem tylko tyle: nawet nie wiecie, jak się cieszę, że się skończyło. Świeć Panie nad jej duszą, szkoda żywota człowieczego, ale ja w piekle i tak mam swoje miejsce, a ona akurat krwi mi napsuła dość dużo.
Za każdym razem, gdy czytam coś o gwałcicielach itp. i widzę komentarz, co by JEMU kto nie zrobił zbiera mnie irytacja. Nie, nie popieram ich. Ba - jestem po drugiej stronie barykady. Skąd więc irytacja? Bo mnie 20 lat temu, gdy byłem małym dzieckiem zgwałciła młoda kobieta... DA SIĘ! Wielu się pewnie wyda, że powinienem się cieszyć, że to przygoda... NIE! Niewyedukowany o pszczółkach parolatek siłą rozebrany, mający cudzy język w gardle i gdy pani robiła "dziwne rzeczy mu tam ręką", a potem jeszcze dziwniejsze ze sobą, a potem ze sobą i nim, nie czuł się zbytnio szczęśliwy.... Gdy dziewczyna zostaje zgwałcona często jest niezwykle wspierana przez wszystkich, żyje pod właściwie płaszczem ochronnym. Co dostaje zgwałcony chłopak? ŚMIECH I POGARDĘ. Nikt mnie nigdy nie wspierał. Rodzice słabo zauważyli, że nagle stałem się dziwny. Dowiedzieli się jak byłem w liceum i mi zwyczajnie nie uwierzyli.
Ludzie w szkole w ogóle nie zauważyli, bo to był początek mojej przygody z edukacją, więc nikt nie zdążył się jeszcze zbytnio poznać. Byłem zawsze (i jestem) z tym sam. Długotrwała depresja, 2 próby samobójcze (jak "na złość" zawsze odratowali). Dekadę mi zajęło, bym przestał się brzydzić kobiet i zaczął być z jedną, która "ciągle się na mnie lampi i nie daje mi spokoju". Nie wytrzymała jednak "rewelacji" jakie usłyszała. Odbiło się to na mnie, ale 1,5 roku później jako 21-latek w końcu "sam" się zadurzyłem. Udało się, było dobrze - zdążyłem już sobie poradzić z moim problemem. Nie na długo... Zdradziła mnie z kasiastym typem, bo mnie nie było stać na duże prezenty, a zbierane kwiatki polne były "lamerskie".
Tym razem już się nie brzydziłem kobiet - nienawidziłem ich. Po jakimś czasie jednak mi przeszła ta złość, wiadomo - to, że ja miałem pecha nie znaczy, że cała płeć jest zła. Skończyłem studia, zacząłem pracować na całkiem "ciepłej posadce", próbowałem kogoś poznawać, ale znów nie umiałem zaufać. A nawet jak się w końcu udawało, to tak: Jedna mnie zostawiła, bo wyszedł jej "ukochany" z więzienia (nie wiedziałem, że istnieje), a ja tylko byłem wypełniaczem wolnego czasu. Druga po prostu "zachciała się tylko trochę zabawić, ale żal jej było mi powiedzieć o tym, gdy widziała mnie tak szczęśliwego i planującego", a trzecia potrafiła tylko brać - najchętniej z mojego portfela...
Niepisane mi chyba bycie szczęśliwym ojcem i mężem ;)
Puenty tej opowieści brak - chciałem się tylko wygadać. Żyję normalnie, nie mam depresji, zostały mi aby drobne ciągoty do nihilizmu. Zgwałcone dziewczyny! Wiem jak to boli i jestem z wami. Chciałem tylko naiwnie pocieszyć pospolitym sposobem "inni mieli gorzej". Jeśli ja jeszcze żyję, wy też przeżyjecie :)
Mam 30 lat, wywodzę się z "gatunku" typowego dresa (glaca na głowie do dziś ;])
Od 16 roku życia melanżowałem "codziennie" Nie jestem jakiś super przystojny, ale na powodzenie nigdy nie narzekałem... zawsze miałem LUŹNE związki. Stało się... zakochałem się od pierwszego wejrzenia, była nową kelnerką w pizzerii, do której przychodziłem z kumplami pobalować.
Czarne lekko falowane włosy, drobna, niska... cera jak u Królewny Śnieżki... no kurde MEGA :) Nigdy nie chciała obsługiwać naszego stolika (nie dziwię się jej, bo zachowywaliśmy się jak bydło). Zagadałem do znanej nam kelnerki, przeprowadziłem wywiad środowiskowy KIM JEST, SKĄD jest. Nie zdobyłem jej numeru telefonu, sam nie zagadałem... ale dowiedziała się, że wpadła mi w oko. Po jakimś miesiącu nie miała wyboru, musiała nas obsłużyć...
Wszystko pięknie cacy, koledzy składają zamówienie, przyszła kolej na mnie, nie wiem co mi odbiło, ale palnąłem tak:
- Poproszę ciebie z rożna.
A ta oburzona, zła, wściekła... łzy w oczach i pyta się mnie, czy uważam, że ona jest za blada?!?! Uciekła i nie wróciła...
Koledzy drą łacha na całą pizzerię, mi było głupio, przykro... Kazałem im się uspokoić... Byłem tak zły na siebie, może to zabrzmi dziwnie, ale całe moje życie przeleciało mi przed oczami i stało się... Nie wiem czemu zacząłem ryczeć jak bóbr... Koledzy myśleli, że robię bekę, ale zorientowali się, że ja beczę jak małe dziecko naprawdę. Przez kolejne 3 dni nie pokazywałem się w pizzerii, nie było mi wstyd, że płakałem, że widzieli to wszyscy goście... Po prostu nie chciałem, żeby Śnieżce było przykro widząc mnie znowu.
Uwierzcie mi, ja tak tęskniłem, tak pragnąłem ją zobaczyć... choćby ukradkiem. Nie wiem co we mnie wstąpiło, zebrałem się na odwagę i poszedłem w celu przeproszenia jej (wiem, po tylu dniach i czemu nie od razu).
Wbiłem jakby nigdy nic i mówię: Słuchaj, pani z rożna, chciałbym cię przeprosić, pogadać, wyjaśnić... O której kończysz?
Odpowiedziała, że o 23, ale nie ma zamiaru na mnie czekać po pracy i że daje mi 5 minut.
I takim sposobem poznałem matkę naszych dzieci, 2 wspaniałych maluchów... Nasz początek znajomości (oprócz tej akcji z rożna) wyglądał jak z bajki, nie umieliśmy bez siebie żyć, spędzaliśmy każdą sekundę, każdy oddech, każde bicie serca RAZEM.
Dziś jest, byłaby nasza 8 rocznica ślubu. Niestety jesteśmy w trakcie rozwodu od ponad 3 miesięcy... A o przyczynach następnym razem. Ale wierzcie lub nie... nadal się kochamy i nie umiemy bez siebie żyć!
Czytuję anonimowe początku strony, widziałam sporo paranormalnych opowieści, więc chciałabym przedstawić swoją. Zaczęło się około półtora roku temu.
Mieszkam w miejscu, gdzie poprzedni właściciel powiesił się, a jego żona po zażyciu leków zmarła w szpitalu. Pierwszy mój kontakt z duchem był w łazience, gdy podczas prysznica siedząc i śpiewając do słuchawki prysznicowej zobaczyłam za sobą przechodzący cień. Potem było gorzej.
Czułam dotyk, gdy leżałam na łóżku, oddech, chuchnięcie do ucha, wzdychanie. Raz w nocy obudziłam się i poczułam zapadający się za mną materac, dokładnie tak jakby ktoś się obok kładł. Sparaliżowało mnie. Najdziwniejszą sytuacja nastąpiła, gdy wracając z mamą z zakupów zadzwoniłyśmy na domofon sprawdzić, czy jest już prąd (sąsiadka mówiła, że nie było) i okazało się, że nie ma (brak dźwięku) ale po chwili usłyszałyśmy z domofonu damski głos mówiący "słucham". Obie oczy jak pięć złotych ale trudno, straszy.
Często słyszałam, będąc sama w domu, jak mnie ktoś woła. Po pewnym czasie nie umiałam już zasypiać, bałam się. Poszłam na cmentarz zapalić znicz byłym właścicielom, powoli zaczęło ustawać, a skończyło się na dobre po pokropieniu mieszkania przez księdza.
Przykre jest to, że ludzie podchodzą do takiego tematu z niewiarą (ci z mojego otoczenia). Długo zwlekałam z napisaniem wyznania tutaj, ale przełamałam się. Mam nadzieję, że ciepło mnie przyjmiecie :)
Zawsze chciałam mieć dziarę, a moja mama zawsze mówiła, że jeżeli jakąś sobie zrobię, to mnie wyrzuci z domu. Myślałam, że rodzicielka żartuje.
Teraz tak nie myślę, właśnie siedzę na przystanku autobusowym z małą walizką, po tym, jak mama zobaczyła jaki sobie zrobiłam prezent na osiemnastkę. Dała mi godzinę na opuszczenie mieszkania.
Mam nadzieję, że mój chłopak nie zdziwi się, że jednak nie przyjechałam tylko na jedną noc.
Moje rodzinne miasto jest oddalone o lekko ponad 100 km od tego, w którym obecnie mieszkam. Postanowiłam, że pojadę odwiedzić rodziców, by trochę odpocząć. Pech chciał, że wybrałam akurat ten czas, gdy szalały okropne burze.
Jadę sobie, jadę - im bliżej mojej rodzinnej miejscowości, tym niebo zaczyna być coraz bardziej ciemne. Myślę sobie - spokojnie, na pewno zdążę.
Jak na złość okropny ruch w przeciwną stronę, przede mną samochody wleką się niemiłosiernie, nie da rady nikogo wyprzedzić, bo po prostu boję się wyprzedzać. W końcu wyprzedzam jakiś autobus, za kilka minut tira, później tico, dwa inne samochody. Aż napotykam jakiegoś faceta i jego limuzynę - golfa III. Ja spokojnie próbuję go wyprzedzić przy 130 km/h, a ten zajeżdża mi drogę! Podniósł mi ciśnienie niesamowicie, ale wyprzedziłam go, klnąc przy tym jak szewc, gestykulując itp.
Nagle zaczyna padać. Ja już cała w nerwach, że jednak burza mnie spotka, a należę do tych ludzi, którzy panicznie boją się burzy, gdy są poza domem. Zapieprzam najszybciej jak dam radę, przede mną samochody również jadą bardzo szybko. Do domu zostały mi tylko 3 km. Niestety, znienacka zaczyna potwornie grzmieć, błyskać się bez przerwy. Od deszczu zrobiło się wręcz biało, wszystkie samochody się zatrzymały na awaryjnych, ja tak samo. I to w zajebistym miejscu tak wszyscy staliśmy, bo przy drzewach. Z mojej strony zaczęła się panika. Oglądałam tylko się dookoła, czy wszystkie drzewa stoją i czy żadna z latających gałęzi nie leci w moją stronę. Jak usilnie upierałam się, że nie ma kogoś, kto ma władzę nad wszystkim, tak w tym momencie równie mocno błagałam tego kogoś na górze, by ten koszmar się skończył.
Na szczęście trwało to z 5 minut, wszyscy powoli ruszają, ja wyłączam awaryjne, a tu nagle z tyłu czuję jedno wielkie pieprznięcie. Mój samochód mimowolnie jedzie kawałek do przodu i uderza w stojące przed nim auto. Na początku nie wiedziałam, co się dzieje. Wysiadam i patrzę, a tu wspomniany wcześniej golf III jest dosłownie w dupie mojego samochodu. Przód mojego samochodu był w niewiele lepszym stanie.
Przez szok nie mogłam nic powiedzieć. Stałam tak 10 minut, z oczu leciały mi łzy, patrząc na jeden z gorszych widoków jakie widziałam w swoim życiu.
Przez ponad 5 lat odkładałam prawie całą moją pensję, by kupić sobie moje wymarzone auto z salonu z czterema kółkami w swoim logo. Ja, nazwana przez znajomych ''przegrywem życiowym'', który studia skończył w 7 lat (no bo ktoś, kto kończy studia w więcej niż 5 lat jest kimś gorszym, oczywista oczywistość), który pracuje jako ''jakiś błahy kierownik projektu'' w firmie budowlanej, stoję wręcz krzycząc, czemu tak mi zmasakrował samochód?!
I co mi ten zadowolony z siebie facet odpowiedział?
''To była nauczka dla ciebie, że z takimi jak ja się nie zadziera. Nie pozwolę, by baba mnie wyprzedzała."
Moi rodzice zawsze byli bardzo nowocześni. Od momentu skończenia przez mojego brata a później przeze mnie 15 lat, mogliśmy chodzić gdzie tylko chcieliśmy, na imprezy, pozwalali nam pić, czasem zapalić. Mama kupowała mi nawet tabletki antykoncepcyjne. Są po prostu zdania, że każdy powinien się w młodości wyszaleć, żeby nabrać życiowego doświadczenia. Ale na pewno mają rację, bo brat kończy architekturę, już pracuje itd. Ja studiuję i pracuję i też chyba wyszłam na ludzi. Ale nie o tym.
Ostatnio zadzwonił do mnie brat, bardzo podekscytowany i powiedział, że ma świetnego niusa i że muszę do niego przyjść. No więc ruszyłam tyłek i gdy ledwo zapukałam, on już otworzył drzwi i wciągnął mnie do środka. Posadził mnie na kanapie, przede mną postawił laptopa i odpalił jakiegoś pornola. Popatrzyłam na niego zdezorientowana, o co mu chodzi. Kazał mi się porządnie przyjrzeć. No to patrzę i patrzę i poza tym, że film ewidentnie ma już swoje lata i parka robi różne nietypowe rzeczy, nic jakoś nie przyciągnęło nadzwyczajnie mej uwagi. No więc brat pauzuje w momencie bliskiego i w miarę wyraźnego zoomu na twarze naszych bohaterów, a ja doznaję szoku. Toż to przecież nasi rodzice! Bez dwóch zdań. Pomrugałam chwilę przed ekranem, ale ewidentnie to oni. Patrzę na brata i pytam skąd on to wziął do cholery, a on mi odpowiada, że jakiś jego kumpel mu podesłał, nie wiedząc oczywiście o pokrewieństwie brata z aktorami... No tego się nie spodziewałam. Ale pomyśleliśmy, że zapytamy o to rodziców.
Wzięliśmy laptopa i pojechaliśmy do nich. Wchodzimy, kładziemy laptopa na stół, wołamy rodzicieli i odpalamy filmik, cały czas obserwując ich reakcję. Po chwili na twarzy taty pojawia się tajemniczy uśmiech, a mama lekko zdziwiona pyta ''och, to jeszcze można gdzieś znaleźć??''. No muszę przyznać ciekawa reakcja jak na sytuację, kiedy twoje dzieci znajdują twój film porno. Następnie tata wyłącza laptopa i z uśmiechem stwierdza, że jak byli z mamą młodzi, to to była ich mała pasja. Tak, robienie seks taśm. Aha. No i że nawet ze 3 nagrania sprzedali firmie rozprowadzającej takie materiały. Tata na chwilę znika, przynosi pudło kaset. Oczywiście domyśleliśmy się co to takiego. Całkiem sporo tego było.
Gdy z bratem już wychodziliśmy, usłyszeliśmy jeszcze jak mama mówi tacie, że powinni odnowić tradycję, żeby mieć co na starość oglądać.
Czegoż to można się dowiedzieć o własnej rodzince...
Coś ostatnio przerażająca moda na gwałty zapadła. Nie mówię o tej stronie, zbyt często słyszę w wiadomościach o kolejnej kobiecie z traumą do końca życia. Myślałem jednak, że to dość odległy temat, nie spotkał nikogo, kogo znam, i w gruncie rzeczy nie kojarzę, żebym rozmawiał z kimś pokrzywdzonym.
Oczywiście nie pisałbym tego, gdyby nie magiczne "do czasu".
Razu jednego, z kumplami Sebkami wpadliśmy na pomysł poszwendania się po klubach i powyrywaniu lasek (kulturalnie, ten wstęp nie tyczy się żadnego z nich). No więc idę z nimi. Metalowi takiemu jak ja raczej takie klimaty nie odpowiadają, więc się ulotniłem dość szybko. Dreptam sobie do domu, rozmyślając o wszystkim i o niczym,
AAAAAIAAIIIIIIIIIAAAA!!!
Co jest...? Idę tam, skąd ten pisk mnie dobiegł. Próbuję zidentyfikować źródło tego
AAAAIINGHHH.
Teraz już biegłem. Brzmiało jak dama w potrzebie, nie mogłem tak tego zostawić. Za zakrętem widzę - dziewczyna leży. Sukienka porwana, wszelkie krągłości widoczne. Wzrok pełen przerażenia, i kompletnej dezorientacji. Nad nią - dwóch śniadych knypów. Jakieś erazmusy. Wpatrzone w kobietę pod nimi, szarpiące się z jej odzieniem.
Jednego cios z zaskoczenia powalił od razu. Drugi tak łatwo się nie dał. Jak tylko zobaczył, co się dzieje, wyciągnął nóż. Nieciekawie. Patrzę w jego oczy - jeszcze gorzej. Naćpany tak, że było widać, jak serce mu palpituje. Rzuca się na mnie, macha tym nożem jak opętany. Pech chciał, że sam miałem spowolnione reakcje po tamtych piwach w klubie. Kosa prześlizgnęła mi się przez całą twarz, lewe oko zalało się krwią.
Chyba wystarczyło, żeby mnie obudzić - pięć sekund później nożownik leży z jedną ręką wybitą z barku, drugą w dźwigni. Co się działo potem, zamazuje mi adrenalina - pamiętam policję, zszywanie mojej twarzy, przesłuchania. I słowo od tej dziewczyny, "Dziękuję". Pojechała ze mną na OIOM, chciała sprawdzić, jak z moją twarzą źle (z początku myślałem, że gnój rozwalił mi oko).
Gdyby nie fakt, że byłem w pobliżu, to skończyłoby się gorzej. Gdyby nie fakt, że padł mi telefon i nie mogłem słuchać muzyki, nie usłyszałbym krzyku. Gdyby nie fakt, że dla mnie impreza była słaba, dla niej byłaby koszmarem. Minęły prawie 2 lata, a mi dalej ciężko się pozbierać.
Pomaga tylko fakt, że ta dziewczyna ma na imię Patrycja. Rok po tej historii zaczęliśmy chodzić ze sobą. Zaczynam na poważnie zastanawiać się, czy nie zacząć zbierać na pierścionek zaręczynowy. W planach taki z kamienia meteorytowego.
A oko całe, na twarzy blizna straszliwa, ale do reszty wizerunku nawet się komponuje :D
Dodaj anonimowe wyznanie