Możecie mi nie wierzyć, ale takie wyobrażenie powstawania dzieci miałem w wieku 8 lat.
Znajoma mojej mamy zaszła w ciążę, a że był to dla mnie ciekawy temat to zacząłem filozofować jakim cudem to mogło się stać. Doszedłem do wniosku, że to dzieję się w nocy, gdy zasypiamy, tak po prostu bez żadnego kontaktu fizycznego... W ten sposób zawsze u kuzynki spałem na podłodze, bo mój mózg uroił sobie, że gdy będę w stanie wypoczynku mogę przez przypadek stać się ojcem małego dzidziusia.
Do dziś czuję się większym debilem niż jestem, gdy o tym myślę.
Kojarzycie dziewczyny z instagrama, wszystkie niemalże identyczne, duże usta, brwi ala kopiuj-wklej, włosy stylizowane godzinami na "właśnie się obudziłam", skąpe ubrania, wielki biust i tyłek, z nienaturalnie wąską i jakże atrakcyjną talią? Mężczyźni śliniący się na ich widok i kobiety z pięćdziesięcioma nowymi kompleksami...Cóż, moja siostra jest właśnie takim "fejmem", jak to ona nazywa. A teraz posłuchajcie.
Mieszkam z nią i znam aż za dobrze. Doklejane rzęsy, koloryzujące szkła kontaktowe, godziny spędzone na robieniu idealnego makijażu. Dwa push-upy na biuście, push-up w spodniach, skąpy ubiór. Sprayowanie i tak już strasznie zniszczonych włosów i w końcu zdjęcie. Teraz tylko obróbka tu i tam, usunięcie w photoshopie kilku żeber i jest! Seksowna laska, o której każdy marzy.
Co z tego, że ma cerę tak zniszczoną, że bez makijażu przypomina pomidora, oczy jak u kreta i musi zasłaniać się dłońmi, by nikt w domu tego nie zauważył. Co z tego, że z kiedyś grubych i pięknych włosów zostało siano? Co z tego, że codziennie budzi się w środku nocy by rzygać/ srać po tabletkach przeczyszczających, które zażywa zdecydowanie w zbyt wielkich ilościach.
Potrafi (wybaczcie, ale to najlepsze określenie) obsrać podłogę w łazience, wytrzeć tyłek w firankę i ma wszystko gdzieś. Nie posprząta po sobie, nie ma szans. W domu może później śmierdzieć godzinami, bo nawet nie wpadnie na to, by po sobie wywietrzyć. W pokoju istny syf, ubrania w jedzeniu, jedzenie w ubraniach... Ale przecież jak się wypsika cały pokój dezodorantem, to nikt się nie zorientuje. Nie ma sensu się uczyć, w końcu taka piękna znajdzie bogatego frajera i wyjedzie do Miami.
Charakter tragiczny, klnie, wyzywa rodziców, nauczycieli,obgaduje "koleżanki" i "kolegów". Poza tym kradnie. Nowe bluzki, kosmetyki, torby.
I gdy już myślicie, że jak to, a gdzie rodzice, spieszę wam z odpowiedzią. Rodzice próbowali już wszystkiego. Rozmów, kar, zrozumienia, pomocy, wizyt u psychologów, psychiatrów, interwencji policji i sądów. Dostała wyrok, za demoralizowanie rodziny.
A teraz spójrzcie jeszcze raz na instagramową piękność... Wszystko ma drugie dno. Gdy czytam, jak mężczyźni podniecają się zdjęciami z internetu, uśmiecham się pod nosem i kręcę głową. Narzekacie na zwykłe dziewczyny? Powodzenia z taką ;)
Kiedy nie najlepiej zdałam maturę, mój ojciec mnie skreślił. Wydzierał się na mnie i zarzucał, że nic w życiu nie osiągnę. Mam dwójkę starszego rodzeństwa, więc standardowo zaczął mnie porównywać z siostrą kończącą prawo i bratem na ekonomii. Nikt mnie nie bronił. Zarówno mama, jak i młodsze rodzeństwo bało się postawić ojcu, który zawsze ma władzę w domu. Tak więc zdecydowałam, że nie będę dłużej znosić jego krzyków, obelg i awantur, które u nas były normą. Ojciec zawsze był bardzo wymagający w stosunku do mnie i całego mojego rodzeństwa.
Wyprowadziłam się do koleżanki, która miała własne mieszkanie w mieście. Warto tutaj dodać, że mniej więcej od 12 roku życia moją wielką pasją jest fotografia. Rozwijałam się w tym kierunku uczęszczając na różne zajęcia, kursy i spotkania, co zaowocowało tym, że byłam i jestem całkiem niezła. Pod koniec roku wygrałam ogólnopolski konkurs fotograficzny. Nagrodą było stypendium na wybraną uczelnię w kraju z jedynym warunkiem: wybrania kierunku związanego ze sztuką. Kiedy pochwaliłam się tym ojcu, on stwierdził, że i tak nic mi to nie da i dalej mówił, że go zawiodłam. Wiele osób w takiej chwili by się załamało, ale nie ja.
Poszłam na studia do Warszawy, gdzie jak się okazało byłam jednym z najlepszych fotografów, jakich do tej pory kształcili. Wyjechałam w ramach projektu do Neapolu. Zostałam tu. Znalazłam dodatkową pracę w studiu fotograficznym i bardzo dobrze sobie radzę. Wygrywam masę konkursów, dzięki czemu jeżdżę po świecie na koszt uczelni, biorąc udział w kolejnych.
Kochany tato! Serdecznie pozdrawiam Cię prosto z Dubaju, gdzie właśnie kończę realizować światowy projekt! Niedługo wrócę do Neapolu, a potem znów wyjadę gdzieś w świat. Dziękuję, że zawsze we mnie wierzyłeś ;) Dzięki Twojemu niezawodnemu wsparciu osiągnęłam sukces, o jakim nawet Ci się nie śniło.
Zdarzyło się to około 4 lat temu. W sobotę 28 kwietnia, mieliśmy zaproszenie na ślub oraz wesele mojego kuzyna. Nigdy nie lubiłam tego typu imprez, gdyż jak wiadomo leją się tak hektolitry alkoholu, którego mój ojciec nie umiał sobie odmówić. Pamiętam, że modliłam się wtedy, żeby to wesele jednak się nie odbyło.
Rano oczywiście przygotowania, aż tu nagle dzwonek do drzwi, patrzymy - wujek. No ok, mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc zaprosiliśmy go do domu. Oczywiście jak to kochany wujek, kupił nam cukierki. Usiadł w kuchni i rozmawiał z tatą. Poszłam do kuchni spędzić z wujkiem trochę czasu. Wujek wręczył mi 10 zł (w wieku 12 lat było to dla mnie dużo). Po czym się pożegnał i wyszedł. Pojechaliśmy do kościoła. Po ceremonii do mamy zadzwonił telefon, ja jak to Male dziecko niczym się nie przejęłam i zbierałam cukierki rzucone na nowożeńców. Z radością wróciłam z całą garścią słodkości do mamy, aby ją poczęstować. Patrzę, a wszyscy zapłakani tata, mama, bracia. Pytam: „co się stało?” - wujek Staszek nie żyje.
W tym momencie poczułam się okropnie. Na wesele nie poszliśmy, bo jak tu się bawić jak brat taty, nie żyje.
Dowiedziałam się później, że wujek się powiesił. Tak ten wujek, który był u nas rano i dał mi 10 zł. Po powrocie nikt nawet nie spróbował tych cukierków. A te 10 zł nadal mam w skarbonce i chyba nigdy ich nie wydam.
Mimo, że nic nie zrobiłam, to czuje się winna, że wujek zrobił to co zrobił.
Przeraża mnie fakt, że przyszedł do nas aby się pożegnać.
Ale jego pytanie nie daje mi spokoju.
Dlaczego?
Kilka lat temu byłam z pewnym chłopakiem, który był bardzo religijny. Któregoś weekendu pojechał na jakieś rekolekcje, żeby przemyśleć wszystko, bo rozważał wstąpienie do seminarium. Jednak wybrał mnie.
Ale po dwóch tygodniach ze mną zerwał.
Dlatego, że nie chciałam mu dać "dowodu miłości". Czyli po prostu chciał, żebym się z nim przespała.
Ot, paradoks.
Mieszkam w miejscu, gdzie opady deszczu są bardzo małe. W dodatku mój dom otacza spora ilość pól i lasów, które rosną przy często uczęszczanych drogach. Tak tytułem wstępu.
Sierpień. Deszcz nie padał od miesiąca. Wszędzie gorąco i sucho. Siedzimy z rodziną na dworze, gdy po raz kolejny czujemy zapach dymu. Ja już wiem - pożar. Biegnę z łopatą w kierunku ognia, żeby go jakoś powstrzymać przed przyjazdem straży. Pożar robi się coraz większy. Oprócz palącego się rowu zajmują się zboże i las. Przyjeżdża straż, jedna, druga, trzecia, czwarta i piąta. Ogień trwa nadal. Zaczyna brakować wody, straż nie może wjechać dalej, bo mają za krótkie węże, ale walka trwa... Po dwóch godzinach zmagań z żywiołem tym razem wygrywamy. Zmęczeni strażacy dogaszają pozostałość resztką wody...
Ja wracam do domu z płaczem, bo to już piąty raz w tym miesiącu...
Chcecie wiedzieć, co jest powodem takiej liczby pożarów w tak krótkim czasie?
Odpowiedź jest prosta - wyrzucony papieros z okna samochodu. Skąd to wiem? Każdy pożar zaczynał się od pobocza, rowu.
Schemat jest ten sam: palacz jedzie paląc fajkę, gdy ta się kończy, wyrzuca ją przez okno. Nie ogląda się za siebie. Jedzie dalej. Niedogaszony papieros upada na suchą jak wiór trawę. Ta się zaczyna palić. Najmniejszy podmuch podsyca płomyk, który rośnie z każdą chwilą - oto przepis na pożar według uzależnionych od nikotyny ludzi.
Wnioski wyciągnijcie sami.
Na deser dodam, że gardzę takimi ludźmi bez wyobraźni!
Ty "tylko" wyrzucisz papierosa, a później ja i straż "tylko" walczymy, o to, żeby domy, które stoją ponad kilometr od każdego lasu, nie spaliły się... To samo z polami, na których w tym czasie rośnie jeszcze zboże lub stoją baliki ze słomą gotowe do posprzątania - cały rok ciężkiej pracy rolnika.
PS Dziękuję każdej jednostce OSP za tę walkę z ogniem. Jesteście wielcy!
PS 2 Dziękuję im za każdym razem, gdy przyjeżdżają, nie tylko na Anonimowych :)
Jestem jedynakiem, więc jako dziecko często dostawałem wypasione zabawki. Ja jednak od bajeranckich ciężarówek superbohaterów wolałem bawić się patykiem i udawać, że jestem rycerzem, wymachując wspomnianym wyżej patykiem. Byłem dość błyskotliwym dzieckiem, ale o tym potem.
Jako, że mieszkamy na wsi, swoją drogą na niezłym zadupiu, miejsca do zabawy miałem aż nad to. Znalazłem stare wiadro, nalałem do niego wody, z drzew nazrywałem liści, które razem z kilkoma kamykami wrzuciłem do roztworu. Wszystko dokładnie wymieszałem. Czynność powtarzałem systematycznie przez kilka dni. Po jakimś czasie, gdy byłem zajęty mieszaniem zawartości wiadra, podeszła do mnie 85-letnia ciocia, mieszkająca w starym domku na tym samym podwórku co my. Zaciekawiona tym co robię podeszła i zapytała się co robię. Ja z pełną pasją spojrzałem jej w oczy i z zawziętością odpowiedziałem:
- Miksturę na stare baby.
Minęło kilkanaście lat, a rodzina przypomina mi o tym do dziś. Na szczęście ś.p. staruszka nie miała mi tego za złe. Opowiadała o tym rozbawiona całej rodzinie :)
Kiedy byłam mała moja mama mroziła truskawki na zimę. Zawsze lubiłam chwalić się w szkole jak to w zimie je jem, a nigdzie nie można ich dostać. Pewnego razu szukając w zamrażarce ukochanych truskawek natknęłam się na zamarznięty kawałek lodu o kolorze czerwonym, pomyślałam, że może to być sok z nich.
Bez dalszych przemyśleń zjadłam to - jak się okazało, nie był to żaden sok, była to krew z kaczki, którą mama wsadziła do zamrażarki dzień wcześniej, tego smaku nie zapomnę do końca życia, od tamtej pory nie jem truskawek, a patrząc na nie bierze mnie na wymioty.
Siedzę w salonie z chrześniakiem oglądamy jak zwykle bajki. Nagle dochodzą mnie dziwne odgłosy, więc jak to ciekawska ja idę w stronę skąd dochodzą dźwięki i co widzę.... nie, nie widzę masowego zabijania kotów czy nagrywania ruskiego porno drodzy anonimowi.
A więc co widzę... Jak moja babcia (70 lat ) rzuca piłeczkami dla dzieci do prababcia (96 lat). Obie śmieją się przy tym i wygłupiają jakby miały po 3 lata.
Może to nic niewarte wyznanie i zaśmiecać tylko anonimowe. Ale szczerze... To co zobaczyłam poprawiło mi humor i utwierdziło, że mam super rodzinę i bez względu na wiek można się bawić.
Pozdrawiam wszystkich maniaków anonimowych i starsze osoby. Też chce taką być 😂
Egzamin ustny z bezpieczeństwa państwowego. Profesor każe mi wymienić służby specjalne. Ja nie wymienię, ja? Wymieniłam, ale na tym się nie skończyło, miałam też rozszyfrować tajemnicze skróty. Z ABW poszło gładko, gorzej z CBA, które przetłumaczyłam jako Centralne Biuro Antykoncepcyjne. Na szczęście zdałam :)
Dodaj anonimowe wyznanie