Miałam 14 lat, a moja siostra 16. Ku uciesze rodziców zaczęłyśmy udzielać się w kuchni, bo kto to widział? Córki szanowanych kucharzy nie umiejące zrobić naleśników. Pomimo że nasze pierwsze dania były za słone, za ostre albo w ogóle nie doprawione, jedli je ze smakiem. To budowało nam pewność siebie i sięgałyśmy po coraz to trudniejsze przepisy.
Pamiętnego dnia Aśka przerwała senną, leniwą, wakacyjną ciszę, zrywając się z huśtawki i krzycząc "jestem genialna". Upał okropny, więc domowe lody byłby idealnym rozwiązaniem. Przygotowałyśmy potrzebne składniki i do dzieła.
Ubijałam białka, kiedy zadzwonił telefon. Odwróciłam się do siostry, chcąc powiedzieć, żeby odebrała. Wielki błąd. Mój długaśny kucyk znalazł się w pianie, powoli wkręcany przez wiertła zagłady. Darłam się z bólu i próbowałam wyłączyć mikser. Siostra wyciągnęła kabel z gniazdka, ale i tak kilka pasemek mi wyrwało. Niektóre włosy dało się odplątać, ale większość trzeba było obciąć. Płacz, niedowierzanie. Małe, gołe placki i nierówno obcięte, poszarpane kołtuny. Ale trzeba było złapać oddech i coś zrobić. W ruch poszła maszynka, żegnałam resztki moich długich włosów. Dowodów zbrodni się pozbyłyśmy, udając, że nie próbowałyśmy zrobić żadnych lodów.
Kiedy rodzicie wrócili do domu, padło pytanie "Dziecko, co ci strzeliło do głowy?". Miałam już ułożoną historię: "Ciocia Krysia ma raka, prawda? No to ja ją chciałam pocieszyć i jakoś tak wyszło".
Duma ich rozpierała, a ciocia Krysia płakała ze szczęścia pół godziny na moim ramieniu.
Po cichu liczę, że ktoś z mojej rodziny to przeczyta i w końcu wszyscy poznają prawdę o moim "cudownym" geście. A jak nie, to kiedyś się przyznam. Może.
Mój chłopak ma ptasznika o imieniu Wacek, bo jak mówi, przynajmniej ten jest duży. Ale wyobraźcie sobie miny moich znajomych, gdy usłyszeli "Ola nie lubi mojego Wacka, a przecież to taki piękny okaz". Tak że ten...
Idę sobie chodnikiem, gdy nagle pojawia się przede mną jakiś facet, zdejmuje spodnie i machając wiadomo czym wykrzykuje "POTĘGA PTASIORA!", po czym zakłada spodnie i idzie dalej w swoją stronę jak gdyby nigdy nic.
Wystawiłam swój samochód na sprzedaż. Zadzwonił do mnie potencjalny kupujący, wypytał o wszystkie szczegóły dotyczące auta i umówiliśmy się na spotkanie za parę dni. Po skończonej rozmowie dostałam od niego SMS z pytaniem, czy jestem może w wolnym stanie, bo bardzo miło mu się ze mną rozmawiało i chciałby mnie bliżej poznać. Ponieważ wydało mi się to trochę dziwne, skłamałam, że mam kogoś i myślałam, że na tym koniec. Nawet spodziewałam się że odwoła spotkanie dotyczące obejrzenia samochodu, ale tak się nie stało. Przyjechał, zobaczył samochód i mnie przy okazji. Samochodu nie kupił.
Nie, nie jesteśmy dzisiaj razem. Okazał się psychopatą, który przyjeżdżał przez parę dni 50 km pod mój dom, potrafił stać tak całą noc, aż zgłosiłam to na policję i zamknięto go w zakładzie psychiatrycznym.
Otóż jestem dumnym posiadaczem dużego akwarium, z którego wymaganiami radzę sobie bardzo dobrze. ;)
Jednakże na mojej drodze do "profesjonalnej" (xD) akwarystyki stanęło wiele przeszkód, a ta historia właśnie o jednej z nich.
No to jedziemy, nie posądzajcie mnie! :P
Pewnego pięknego niedzielnego popołudnia pojechałem z rodzicami do sklepu ogrodniczego, w którym bardzo chętnie przebywali. Po obwąchaniu wszystkich kwiatków przeszedłem do działu zoologicznego. Zobaczyłem tam między innymi bardzo fajne produkty do akwarium.
Miałem wtedy lekkie problemy z mętnością wody, dlatego jak zobaczyłem preparat rozwiązujący ten problem byłem wniebowzięty.
Po przeczytaniu dokładnie etykiety, postanowiłem wrzucić ów przedmiot do koszyka rodziców.
Zapłaciliśmy, pojechaliśmy do domu, podszedłem do mojego akwarium (było w nim malutko ryb - 5, 6) przeczytałem instrukcję, i zgodnie z nią wlałem część zawartości buteleczki do akwarium.
Efekt miał być widoczny po jednym, dwóch dniach.
Budzę się następnego dnia, patrzę, a akwarium jest czyściuteńkie!
Naprawdę, nie było w nim ani jednej żywej rybki... ;_____;
Ta historia będzie nietypowa, bo o... DRABINIE! Muszę zaznaczyć, iż jest naprawdę długa, gdy jest cała "rozwinięta" sięga na oko 15- 17 metrów.
Historia rozpoczyna się... Dziś ? Godzinę temu ? Nie - przed chwilą !
Stałam na szczycie owej drabiny smacznie zajadając czereśnie, gdy zobaczyłam chłopaka cud, idącego drogą przy moim domu (mieszkam na wsi). Wysoki brunet zbliżał się mężnym krokiem. Zajadając ujrzałam jakoby chłopak ten skręcał na ścieżkę prowadzącą do mojego domu. Szybka kalkulacja i niczym strzała schodzę z drabiny, by go przywitać (wspomniałam, że byłam sama w domu? Nie, więc wspominam :P), niestety strzała, a raczej stopa mi się poślizgnęła. Dzięki bogu byłam już kilka metrów od ziemi. Czoło z niezłym impetem rąbnęło o szczebel drabiny, ręka zahaczyła się o coś w rodzaju haka na wiaderka, koszyki itp., otwierając sporą ranę. Na koniec spadłam na właśnie tę rękę.
Skąd to wiem? Chłopak to widział i natychmiast przybiegł mi pomóc.
Przed chwilą zabandażował mi ranę w ręce i załatwił dojazd na SOR.
Chyba się zakochałam.
Sytuacja miała miejsce jakieś sześć lat temu, kiedy przeniosłam się z mojego wygwizdowa do Warszawy, do liceum.
Wyobrażałam sobie stolicę jako miejsce, gdzie ludzie są kulturalni, inteligentni, światowi i w ogóle och i ach. Niestety, codziennie tylko utrzymuję się w przekonaniu, że ludzie, choć nie wszyscy, to świnie i często zachowują się gorzej od zwierząt.
Mój ówczesny przyjaciel miał poważną kontuzję nogi. Wcześniej jeszcze miał wypadek i poza stabilizatorem na kolanie i kulami w rękach, nosił również pancerz utrzymujący jego chory kręgosłup. Coś jak żółwik na snowboard.
Z tym kolegą wracałam z Centrum na Kabaty, co jest dość istotne, bo taka podróż trwa ponad 30 minut - fajnie sobie wtedy usiąść. Niestety wolne miejsce było tylko jedno. Kolega przeprosił, że nie zaoferuje miejsca mi, ale sam ledwo stoi na nogach. Zrozumiałam - człowiek chodzi o kulach i mam mu jeszcze miejsce w komunikacji miejskiej zabierać? Dodatkowo z racji, że był on wtedy w klasie plastycznej, miał tą charakterystyczną tubę oraz teczkę na rysunki. Tym bardziej wolałam, żeby on sobie usiadł.
Na następnej stacji wsiada pani. Pani w stylu babcia, w stylu wredny, acz niepozorny moher z laseczką. Pani babcia rozgląda się po metrze i widzi nas: najmłodszych pasażerów w jej najbliższym otoczeniu. Pani babcia rozpoczyna więc szturm na mojego kumpla, jednak zaczęła miło i łagodnie standardowym zapytaniem, czy młody mężczyzna ustąpi miejsca schorowanej staruszce.
Kumpel z rozbrajającym uśmiechem przeprasza panią, że normalnie by ustąpił, ale pancerz, kule, stabilizator, to wszystko - no nie ma chłopak siły i nie ustąpi. Pani babcia się zapowietrzyła, zapytała tylko, która noga jest w stabilizatorze. Kumpel wskazał na kolano, jakby to był dowód w sprawie poważnego przestępstwa. Oczywiście zdążyliśmy skupić na sobie niemałe zainteresowanie współpasażerów. Pani babcia chwyciła mocno za swoją laskę i... ZACZĘŁA OKŁADAĆ LASKĄ kumpla po chorej nodze. Dopiero wtedy ktoś z innego miejsca zerwał się na nogi i wręcz kazał pani babci zasiąść na wygrzanym i wygodnym siedzisku pociągu. Pozostali ludzie jedynie rzucali dziwne spojrzenia w naszą stronę.
Jak można być takim człowiekiem? JAK?! I jeszcze wrzeszczeć każdemu w twarz, że on jest stary i schorowany, jemu się wszystko należy, a młodzież jest niewychowana.
Z całym szacunkiem, ale ja się kieruję w życiu inną zasadą: jesteś w porządku dla mnie - ja jestem dla ciebie. I wiek, rasa, religia, to wszystko nie ma znaczenia. Szkoda, że u niektórych starszych osób taki sposób myślenia najwyraźniej jest już niemożliwy.
A pani babcia? Ach, wysiadła dwie stacje dalej.
Opowiem wam historię, która wydarzyła się jakieś 48 lat temu i ciągnęła się dwa lata. :) Znam ją z opowieści rodzinnych. :)
Mam dwie wspaniałe ciocie, Amelię urodzoną w 1946 r. i Aleksandrę urodzoną w 1948 r. Rodzone siostry mojego taty. Obie są kobietami z klasą. Same o sobie tak nie mówią, ale ja je tak postrzegam. Uwielbiam ich sposób bycia, tęsknią za dawnymi czasami więc starają się jakąś namiastkę dawnych lat wprowadzać w życie codzienne. Wyprowadziły się ze wsi do miasta, lecz tak aby nie były za daleko od siebie, więc odległość jaka je dzieli to tylko trzy bloki.
Kiedy były jeszcze pannami, we wsi nie mogły opędzić się od adoratorów. W końcu jedna i druga znalazły swoją miłość. Amelia była z Ryszardem, a Aleksandra z Henrykiem. Ryszard kochał matematyką i kształcił się w tym kierunku, a do Amelii przyjeżdżał motorem i zabierał na przejażdżki po wsi. Henryk za to kochał fizykę i choć dużo czasu poświęcał nauce, to grywał dla Aleksandry na pianinie. Tak o to te dwie pary wychodziły razem na spacery, jeździły na pikniki, pomagały sobie nawzajem, układając życie z dnia na dzień.
W końcu moi dziadkowie postanowili, że trzeba zaplanować ślub, bo ile to mogą ich kochane dziewczynki czekać na wspaniały dzień.
Wyobraźcie sobie miny moich dziadków, gdy Amelia i Aleksandra oznajmiły, że zamieniły się partnerami. Obie w tajemnicy przed sobą spotykały się nie z tymi parterami co powinny. Amelia wymykała się do Henryka, a Aleksandra do Ryszarda, aż w końcu wyznały sobie prawdę, że zakochały się nie w tych mężczyznach, z którymi były. :)
Co było dalej? Amelia wzięła ślub z Henrykiem, urodziła mu dwójkę dzieci i pokochała momenty gdy Henryk zasiadał do pianina i grał tylko dla niej. Aleksandra wzięła ślub z Ryszardem, pokochała szybką jazdę motorem i również urodziła mu dwójkę dzieci. Nadal tworzą wspaniałe małżeństwa, mimo iż związki małżeńskie zostały zawarte w 1968 r., to patrząc na nich nadal można dostrzec przepiękną miłość. :)
Coś wam opowiem.
Spotykałem się z dziewczyną. Byłem na każde jej skinienie. Kochałem ją bezgranicznie. Pewnego razu zrobiłem jej mega prezent, który bardzo jej się spodobał. Taka ekstremalna atrakcja. Zadbałem o duży bukiet róż, oprawę muzyczną w naszą ulubioną piosenkę.
O wszystkim wiedziała. Jednak mówi, że przywiezie ją jej kolega. Niedziela. Czekam z bukietem róż. Przyjeżdża. Daję jej kwiaty, a ten koleś wielce zbulwersowany, co ja odpierda...am...heh Ona mówi, że to jej kolega, a on, że codziennie ją rżnie.
Laska była tak bezczelna, że skorzystała z prezentu, wyrzuciła przy mnie bukiet 40 róż. Stwierdziła, że jestem zerem i frajerem: ) Zabiłem ją śmiechem, a miłość minęła w mgnieniu oka.
Jako pokłosie ostrego trądziku w czasach gimnazjalnych męczyło mnie obecnie kilka mniejszych, utrudniających makijaż defektów skóry. W związku z tym postanowiłam wybrać się do kosmetyczki.
Długo przeszukiwałam oferty z mojego miasta, starając się wybrać w miarę ekonomiczną, ale też, w obawie przed kiepską jakością, nie najtańszą. W końcu trafiło na salon z naprawdę wysoką oceną i, o dziwo, wolnymi terminami.
Już potwornie stuningowany, stary samochód poobklejany kiczowatymi naklejkami o byciu księżniczką stojący na parkingu powinien być dla mnie przestrogą. Mimo to hardo przekroczyłam drzwi, przed którymi leżał gustowny dywanik z podeptanych petów.
Przywitała mnie pani kosmetyczka, nazwijmy ją losowo - Karyna. Skóra o barwie południowej pomarańczy, zamiast brwi - cienkie, łukowate kreski i napompowane usta. Włosy - pofarbowane na czarno, lśniące nieco jak peruka, z białym ombre wyglądającym jak odmierzone od linijki.
Pocieszając się w duchu, że szewc bez butów chodzi i pani może lepiej radzi klientkom niż samej sobie, usiadłam na fotelu i pełna nadziei czekałam na "diagnozę".
Po pierwsze Karyna załamana była stanem moich brwi (które akurat zawsze uznawałam za dosyć ładne, może odrobinę zbyt cienkie). Uznała, że są zdecydowanie zbyt szerokie, zbyt jasne, a łuk za mało wygięty i zaproponowała wygolenie ich niemal do zera i obrysowanie czarną henną. W zasadzie sama podjęła tę decyzję i była bardzo oburzona, kiedy po raz kolejny kategorycznie jej odmówiłam.
Po drugie uznała, że przyda mi się solarium. Argument, że przy dużej ilości znamion taki zabieg byłby niebezpieczny zbyła parsknięciem i wywracaniem oczami. Zamiast tego postanowiła zaprezentować mi o ile lepiej wyglądałabym w "odrobinę" ciemniejszym podkładzie. Po kilku minutach moja twarz, szyja, a nawet dekolt pokryte były kleistą, brązową mazią, silnie kontrastując z resztą ciała w odcieniu Świeży Trup #1.
Po trzecie, zaproponowała mi zrobienie paznokci. Akurat tutaj byłam skłonna się zgodzić, skoro porzuciłam już jakąkolwiek nadzieję na nauczenie się czegoś o pielęgnacji skóry. W ostatnim momencie zrezygnowałam, kiedy Karyna pokazała mi swoje poprzednie prace. W skrócie - krzywo doklejone tipsy w szpic, o długości przeciętnych szponów, poobklejane kryształkami i brokatem.
Na wyjściu zaproponowała mi jeszcze, że może pofarbować mi włosy. Wprawdzie nie ma żadnego doświadczenia ani wykształcenia w fryzjerstwie, ale szwagierka jest bardzo zadowolona z efektów.
Oczywiście w drodze powrotnej spotkałam grupkę znajomych z gimnazjum, którzy zawsze wyśmiewali mój trądzik. Teraz mogli z pełnymi szydery uśmiechami podziwiać moją pomarańczową twarzy i ohydne plamy na szyi.
Dodaj anonimowe wyznanie