Słowem wstępu:
Mieszkałam na wsi, więc przeniosłam się do większego miasta, aby studiować. Rok temu moja siostra zamieszkała ze mną, aby zacząć szkołę ponadgimnazjalną, w końcu lepsza szkoła niż na wiosce.
Jako że w ostatnim czasie mój chłopak, z którym jestem 4 lata, miał krucho z kasą, to na jego pytanie, czy może jakiś czas u mnie mieszkać, zgodziłam się.
Zaraz po obronie kupiłam szampana, aby uczcić swój sukces z najbliższymi.
Weszłam do mieszkania i spostrzegłam, że moja siostra z chłopakiem już świętują...
W łóżku.
Moja siostra i mój chłopak.
Nikomu nie życzę takiego rozczarowania i uczucia towarzyszącego zdradzie przez najbliższe nam osoby, zarówno zdrady ze strony rodzeństwa, jak i swojej miłości.
Nie, moja siostra już nie mieszka ze mną.
Tak, w trzecim zdaniu zrobiłam błąd, nie chłopak, lecz były chłopak.
Mam starszego brata. Mieszka sam, w dodatku daleko od rodzinnej miejscowości. Często jest tak, że rozmawiamy po kilka godzin przez telefon, codziennie. Sama nie wyobrażam sobie o czym można tyle rozmawiać, jednak brat to typowy śmieszek. Zawsze coś ciekawego opowie, a tu coś śmiesznego w pracy, a tu koleżanka opowiadała o swojej mamie... Wszystkie starsze panie i ciotki były jego, czy to w sklepie, czy na spotkaniach rodzinnych. No i tak mijały miesiące .
Pewnego dnia trafiłam na Anonimowe. Po przeczytaniu kilkuset wyznań coś mi nie pasowało... Gdzieś to czytałam już, słyszałam.
Po pewnym czasie już wiedziałam skąd. To były "historie" mojego brata.
Bracie, wiem, że to przeczytasz. Więc wiedz, że ja wiem. I cała rodzina też.
Czy wy też nie lubicie dzieciaków typu rozwydrzone, rozpieszczone, bezczelne, chamskie bachory, których mamusie sądzą, że ich dzieciątka są najgrzeczniejsze i to wszyscy wokoło są głupimi dziadami i przez nich ich gamonie mają problemy? Bo ja nienawidzę.
Wyobraźcie sobie, że mam takich sąsiadów. Dwóch. Oboje chłopcy. Codziennie przyłażą, bo mojej siostrze się wiecznie nudzi, a tu ma akurat "kumpli" pod nosem.
Wiedziałam, że są bezczelni, bo nieraz widziałam jak rzucali w koty kamieniami oraz szarpali je (a czasem to sobie takiego mojego Rozelka kopną), a to się biją, drą pysk na pół wsi, ale to co robi jeden z nich to przesada.
U niego normalnie jest podejście do kogoś, oplucie w twarz, a następnie pokazanie środkowego palca, wspomnę, że delikwent ma lat 6.
Pewnego razu zaczął psuć i deptać mojej siostrze zabawki w piaskownicy, więc moja przyjaciółka poprosiła, aby przestał, bo inaczej pójdzie do domu. Co on na to? Wziął rakietkę tenisową i walnął ją z całej siły w twarz. Strumień krwi i spuchnięty, siny nos - tego już za wiele. Wzięłyśmy go siłą do jego matki i co ona na to? Miała pretensję, że my jej synka siłą do domu przyprowadzamy, bo to WBREW JEGO WOLI! Masakra. Na szczęście koleżance po paru godzinach leżenia z lodem na twarzy przeszło. To wszystko? Nie.
Teraz krótko. Stanął na szczycie domku do zabaw, nad piaskownicą, i obsikał go. Po prostu.
Siostra z kolegą zdążyli uciec zanim ogarnął ich wodospad. Jego wytłumaczenie? "A bo mi się nie chciało iść do kibelka".
BRAK SŁÓW.
Pierwsza klasa podstawówki.
Moja szkoła była dość duża, nie dało się znać wszystkich.
Zakończenie roku szkolnego, rozdawanie nagród za dobre oceny itd. Nagle słyszę swoje imię i nazwisko... Zdziwiona, siedzę dalej, bo może to jakaś pomyłka - przecież moje oceny raczej były przeciętne...
Ale słyszę, że dyrektor po raz kolejny wyczytuje moje nazwisko, bo nikt nie wyszedł.
Wiec wstałam, uśmiechnięta idę, staję na środku sali, tuż obok dyrektora, wyciągam ręce po nagrodę, on zdziwiony, moja wychowawczyni coś do mnie szepcze...
Hm... Niestety nie chodziło o mnie... W szkole była jeszcze jedna dziewczyna o tym samym imieniu i nazwisku... Cala sala wybuchła śmiechem, a ja myślałam, że zapadnę się pod ziemię...
Jakieś 3 lata temu, mając 13 lat, zaczęłam przez jakiś czas w sklepie kupować tymbarka jabłko-miętę. Zawsze kupowałam 1 butelkę na dzień i trzymałam ją koło własnego łóżka.
Zauważyłam, że rano nie było części zawartości, jaka była zanim poszłam spać. Jestem osobą bardzo nerwową, więc z tego powodu zrobiłam aferę na cały dom ''kto pije mi tymbarka?!''. Oczywiście nikt się nie przyznał, a picia cały czas mi ubywało... Wstając wcześniej z łóżka za potrzebą poszłam do łazienki, po czym już mi się nie chciało spać, więc sobie leżałam. Po 30 minutach zaczęła się do mojego pokoju skradać moja starsza siostra, która szykowała się do szkoły, i po cichu zaczęła pić mojego tymbarka. Byłam tak wkurzona, że myślałam, że zaraz wybuchnę, bo nawet się nie przyznała, że mi bierze picie. Jednakże udawałam, że nadal śpię i w mojej główce pojawił się ''sprytny'' plan.
Tego samego dnia, wieczorem, zanim poszłam spać, wypiłam całą zawartość mojej butelki, po czym nalałam do tego moje siki. Rano specjalnie nie spałam, bo chciałam zobaczyć jej reakcję, jak będzie piła ten ''jabłkowo-miętowy napój bogów'' :D
Cóż tu dużo mówić...
Przyszła.
Wzięła ogromne 3 łyki, po czym wykrzywiła się i zwymiotowała wszystko...
...na moją pościel i twarz...;///
Czytałam ostatnio historię chłopaka, który cierpi na ciągły wzwód
W ramach wsparcia opiszę wam historię mojego chłopaka.
Nie ma on problemów ze swoim instrumentem, poza sporadycznym niekontrolowanym "baczność!", czasami.
Cała historia zdarzyła się w paryskim metrze. Otóż luby mój po pracy wracał grzecznie do domu. A metro jak to metro - pełne po brzegi.
Wepchnął się zatem w tłum i stoi zadowolony że udało się wsiąść. Razem z nim wcisnęła się także skąpo ubrana pani. Pech chciał, że ta stanęła akurat tyłem do niego.
Pierwsza stacja - nikt nie wysiadł, ale za to kilka osób wsiadło. Pani więc znalazła się stanowczo bliżej, a że była w wysokich butach, to jej tyłek znalazł się na interesie mojego lubego, no i biedny nie wytrzymał...
Pani oczywiście poczuła jak się sprawa ma, ale nijak sytuacji uratować nie mogła, więc tylko się uśmiechnęła. Wytrwał mój luby 2 stacje i wysiadł, a pani pomachała mu na pożegnanie.
Do domu wrócił czerwony jak cegła i wystraszony jak pies w klatce. Zapytany co się stało z rozbrajającym strachem i przepraszaniem opowiedział mi tę historię.
Nie, nie byłam zła, ale popłakałam się ze śmiechu.
Uważajcie, drogie panie, komu na co napieracie, bo biedne chłopy też wstyd mają!
Kiedy byłem nastolatkiem podniecało mnie rozbieranie lalek mojej młodszej siostry.
Raz nawet masturbowałem się, a drugą ręką rozbierałem lalkę.
Studiowałem w UK. Kraju, gdzie w studenckich mieścinach łatwiej kupić torebkę maryśki, niż znaleźć pokój na wynajem.
Miałem ja znajomego, Jaśka powiedzmy, który to w pewnym momencie zaoferował się, że znajdzie mnie i kilku znajomym dom na wynajem. Niestety, oszukał nas (wcale nawet nie zaczął szukać!), do czego przyznał się po pijaku, dosłownie kilka dni przed nowym rokiem akademickim, co stawiało nas w realnym zagrożeniu bezdomnością.
Poprzysięgliśmy sobie, że zemścimy się za to i już wkrótce nadarzyła się ku temu okazja. Otóż Jasiek, o ile maryśkę lubił palić, to nikt mu nie chciał jej sprzedawać, bo uważano go za osobę podstawioną przez policję, toteż gdy chciał zapalić, musiał prosić innych o kupno. Gdy przyszedł do nas z prośbą w tej kwestii, znajomi chcieli mu odmówić, ale uciszyłem ich, kazałem Jaśkowi dać pieniądze i przyjść wieczorem. Ochrzanili mnie mocno, że chcę człowiekowi, który doprowadził nas do widma bezdomności jeszcze wyświadczać przysługę.
Nie chciałem.
Zawartość torebki podzieliłem (po uprzednim zmieleniu) tak, by pozostała mu co najwyżej 1/3. By ilość się zgadzała, dosypałem ziół, głównie suszonej natki pietruszki.
Gdy przyszedł po torebkę, nie mógł się nachwalić, że szybko, porządnie i w dodatku gotowe niemal do użycia! Poprosiłem go tylko, żeby wpadł następnego dnia powiedzieć jak było.
Jak pojawił się następnego dnia, przez parę minut opowiadał z niesamowitym przejęciem w głosie, że nigdy w życiu nie palił lepszej marychy. Nigdy. Ledwo zamknął za sobą drzwi, wybuchnęliśmy śmiechem – wszak nie każda zemsta musi smakować najlepiej na zimno.
Ale to jeszcze nie koniec.
Godzinę później wpadł do nas wspólny znajomy. Mocno zdegustowany od razu mówi, żebyśmy zmienili dilera, bo to co ostatnio kupiliśmy to takie marne, że miał poczucie jakby pietruszkę palił. Zgadnijcie z kim poprzedniego wieczora się spotkał i w jakim celu ;)
Czytam już jakiś czas Anonimowych, lecz dopiero teraz przydarzyła mi się historia godna (myślę) uwagi, z zakończeniem dla jednych pozytywnym, dla innych nie.
Jestem po szkole zawodowej, żadnego innego wykształcenia nie posiadam. Nieraz ludzie z wyższym wykształceniem ze mnie szydzili, bo robol, do łopaty. Nie przeszkodziło mi to jednak w założeniu własnej firmy. Aktualnie jestem pracodawcą dla 53 i pół osoby. Pół, bo też w chwili wolnej od papierów coś porobię :')
Tak było tego dnia. Roboty w bród, trzeba chłopakom pomóc, bo się nie wyrobimy! Lecz nagle sekretarka przebiega i co ja tu robię, za chwilę mam badania (zwykłe, okresowe). Zrywam się, przebrać się nie ma czasu i w te pędy w roboczych ciuchach do lekarza.
Parkuję, już mam wchodzić do środka, ale mnie coś trąciło, rzuciło wymownym spojrzeniem i wlazło do środka. Wchodzę do poczekalni, pytam się kto ma jaki numerek i okazuje się, że jestem następny w kolejce, miodzio! Już mam wchodzić do gabinetu, ale to samo stworzenie wpycha się przede mnie.
- Ja idę pierwsza! Potrzebuję na badania, mam za chwilę rozmowę o pracę! A ty (spojrzała na mnie), robolu, i tak ci się do łopaty nie śpieszy, bo wszyscy jesteście gówno warci.
Szczena do ziemi, nie zdążyłem nic odpowiedzieć, a ta już zniknęła za drzwiami gabinetu.
Po badaniach, jeszcze w lekkim szoku, wracam do firmy. Sekretarka podchodzi i mówi, że księgowa, która była dzisiaj umówiona na rozmowę już czeka. Tak, dobrze się domyślacie :) Ta sama. Przenigdy nie zapomnę jej wyrazu twarzy, gdy wszedłem do biura. Teraz to jej szczena była na podłodze. Mimo wszystko przeprowadziłem rozmowę i możecie mnie znienawidzić, ale zatrudniłem ją. Miała naprawdę świetne kwalifikacje, a charakter... No cóż, postawiłem warunek. Zmieni się albo wylatuje. I udało się, nie wiem, czy udaje czy naprawdę, ale świetnie się nam wszystkim z nią pracuje. Może miała gorszy dzień, problemy, ale pomyślałem, że może dam jej szansę i było warto :)
Na koniec: wiem, że stereotypy nie biorą się znikąd. Ze szkołą zawodową jest tak samo. Ale nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka, a nóż widelec przydarzy Wam się podobna historia.
W przedszkolu nie potrafiłam powiedzieć litery "R". Na przedstawieniu na zakończenie roku dostałam do powiedzenia wierszyk "R rozmowne jak robaczek"...
Dodaj anonimowe wyznanie