#Rcs8k

Pamiętam dokładnie, gdy kilka tygodni temu jechałam z moją mamą na zakupy. Wszystko cudownie, rozmawiamy sobie i się śmiejemy. Bardzo istotne w tej sytuacji jest, że jechałyśmy pasem przy barierkach. Jedyne co pamiętam, to krzyk mojej mamy i to, jak ostro zakręciła. Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, dopóki centymetry przed naszą maską nie pojawiła się naczepa od tira. Co robił kierowca?

Gadał przez telefon i przez to nie zauważył naszego auta. Gdyby nie natychmiastowa reakcja mojej mamy i szczęście, bo dzięki niemu nie uderzył w nas tir. Prawdopodobnie gdyby nie to, nie mogłabym tego napisać bo moja rodzicielka dostałaby w swój bok naczepą, a ja bym wylądowała na barierkach... Od tego czasu panicznie boję się jeździć tą drogą. Ba! Boję się jeździć z przodu, bądź przy barierkach.

Błagam was, nie rozmawiajcie przez telefon czy to kierujecie tirem, autem czy rowerem. Przez waszą nieuwagę ktoś może zginąć...

Mam nadzieję, że dotrze to do chociaż ułamka takich ludzi. Liczę na to, że ktoś weźmie to sobie do serca i przyjmie do wiadomości, że nie jest sam na drodze...

Pozdrawiam serdecznie.

#RYPEH

Tak na wstępie, by można było dostrzec ironię zaznaczę, że urodziłam się w UK, tu mieszkałam cale życie, mój tata jest rodowitym Anglikiem, mama to pół na pół (mama Angielka, ojciec Polak). Swojego męża poznałam w Polsce podczas jednych z wielu spędzanych tam wakacji.

A teraz do sedna.

Polskie portale huczą o jawnych przejawach nienawiści "angoli" do "polaczków", nie dowierzałam... Aż do wczoraj.
Wracamy z mężem zadowoleni z udanego pobytu w Polsce, wszystko pięknie, wysiadamy z auta i tu się zaczyna. Pod domem na murku siedzi grupka (znamy ich dobrze z wieczornych wrzasków i rzutów butelkami pod oknem, takie uroki mieszkania blisko boiska), wyłapali, jak mąż do syna mówił po polsku. Butelki i obelgi poleciały w naszą stronę. Policja wezwana, pojawili się bardzo szybko, ale to tyle z ich strony, tłumaczenie: skoro pani jest Angielką, maż posiada obywatelstwo, to to nie jest rasizm, to zwykle wygłupy nastolatków.

Teraz dowierzam, dochodzę do siebie i zastanawiam się, czy jednak ten "zacofany, rasistowski i nietolerancyjny kraj" (jakim jest Polska wg wielu - bez obrazy) nie będzie bezpieczniejszym miejscem dla mojej rodziny niż tolerancyjna zielona wyspa...

#s6b18

Parę lat temu w jednym z miejsc zatrudnienia poznałam pewną młodą kobietę. Specyficzną, ale dającą się lubić. Z racji swojego dosyć... ekscentrycznego usposobienia czasem stawała się przedmiotem kpin kolegów - na szczęście nie złośliwych, raczej dobrodusznych docinek, jak to w zgranym zespole bywa.
Niemniej jednak czasem żal mi jej było, bo emocjonalnie reagowała na zaczepki - czasem może za bardzo. Koledzy z pracy prywatnie sądzili, że "coś jest z nią nie tak". Postanowiłam się do niej zbliżyć, poznać ją lepiej. Po jakimś czasie zaprosiłam X do siebie do domu na kawę i babskie ploty.

Po jej wyjściu zauważyłam brak naszyjnika - nie szczególnie cennego, ale mającego dla mnie wielką wartość sentymentalną - przypominał mi o pewnym ważnym wydarzeniu w moim życiu. Tuż przed jej przyjściem zdjęłam go i odłożyłam na toaletkę. Wsiąkł. Miałam brzydkie podejrzenia, ale nie chcąc nikogo fałszywie oskarżać, przetrząsnęłam całe mieszkanie. Nie ma.

Minęło parę tygodni. Pewnego dnia zauważyłam swój naszyjnik na szyi X. Nie było mowy o pomyłce - był bardzo charakterystyczny, przywieziony przeze mnie z Norwegii wiele lat temu. Zdybałam X po pracy, wprost pytając, skąd go ma. Patrząc mi prosto w oczy, wcisnęła jakąś bajeczkę - a ja również prosto w oczy odpowiedziałam jej, że łże jak z nut i ma mi go zwrócić. Zaczęła krzyczeć, szarpać mnie, a potem uciekła. Następnego dnia dostałam wypowiedzenie. Później dowiedziałam się, że X ciężko "pracowała" po godzinach z szefem, więc gdy tylko mu się poskarżyła, wywalił mnie w trybie nagłym.

Kilka tygodni temu, przeglądając CV, które przyszły do firmy mojego męża (pomagam mu w rekrutacji), natknęłam się na papiery X i jej list motywacyjny. Oprócz standardowych formułek pisała, że utraciła tymczasowe źródło dochodu, a ma na utrzymaniu czteroletnią córeczkę (policzyłam sobie i chyba wiem, kto jest tatusiem...), więc bardzo potrzebuje tej pracy...
Nie muszę chyba mówić, że nawet nie została wzięta pod uwagę. Nie jestem aż tak szlachetna.

#7xHkl

Moja anonimowa historia wydarzyła się wczoraj. Broniłam pracę magisterską o tematyce paleobiologicznej. Nie będę was zanudzać wyjaśnieniami, ale dodam, że razem ze mną broniła się dziewczyna, która miała pracę o dinozaurach, a konkretnie o epoce, w której żyły - Jurze. Zdawała tuż przede mną, a gdy wyszła z sali po egzaminie zanosiła się śmiechem. Spytaliśmy ją dlaczego się śmieje. Ona opowiedziała nam, że kazano jej scharakteryzować epokę, o której pisała. Gdy doszła do momentu, w którym omawiała rośliny okrytonasienne (liściaste), profesor zwrócił jej uwagę, że wtedy roślin okrytonasiennych jeszcze nie było. Na co drugi naukowiec począł go przekonywać, że jednak były. W końcu zaczęli się kłócić, a przewodniczący komisji próbując zatuszować niewiedzę swoich podwładnych wyprosił studentkę.

Gdy ja weszłam do sali kłócili się nadal. Trochę było mi na rękę, bo nawet nie słuchali tego co mówię. Zdałam bez problemu.
Na końcu jeszcze dodam, że obaj mieli za sobą ok 50 lat pracy na Uniwersytecie i przez ten okres obaj zajmowali się tą samą tematyką. Powinni być geniuszami w swojej dziedzinie, a jednak ... .

#mWwoE

Pracuję w miejscu, gdzie właścicielką jest moja mama.

Pracowałam kiedyś z dziewczyną (nazwijmy ją Magda), która była niezwykle wygadana, roześmiana i miła. Dogadywałyśmy się naprawdę dobrze, dopóki moja mama nie zaczęła zauważać braku utargu w kasie pod koniec dnia. Z wykonywanych usług powinno się tam znajdować jakieś 400 - 600 zł, a zdarzało się, że było 80 - 200.
Na początku jej podejrzenia były skierowane na mnie. Zmieniło się to, gdy zachorowałam i nie było mnie w pracy - pieniędzy nadal brakowało. Mama postanowiła zainwestować w monitoring. Wszystko było idealnie, utarg się zgadzał itd. Po pewnym czasie zaczęło brakować wielu kosmetyków, farby się szybciej kończyły. Okazało się, że to wina Magdy, sprytna dziewczyna wynosiła to na zaplecze, gdzie odlewała sobie farbę do pojemników. Nie przewidziała, że tam też jest kamera, tyle że po prostu jej nie widać, bo jest tak umiejscowiona (nie był to zamierzony efekt). Magda została zwolniona dyscyplinarnie i dostała odpowiednie referencje.

Gdy jeszcze razem pracowałyśmy, Magda opowiadała mi bardzo dużo o swoim życiu. Miała chłopaka, który się jej oświadczył, ustalili datę ślubu i odkładali na wesele. Szkoda tylko, że ta w międzyczasie go zdradzała, i to nie z jednym, a wieloma (do czego sama mi się przyznała). Z drugiej strony zabraniała swojemu lubemu jakichkolwiek kontaktów z płcią przeciwną.
O zdradach Magdy chciałam powiedzieć jej chłopakowi, tym bardziej gdy dotarła do mnie wiadomość o zaręczynach, ale nie mogłam go nigdzie złapać.

Wiecie co zobaczyłam kilka dni temu?
Chłopaka Magdy z inną dziewczyną, trzymali się za ręce i całowali.
Nadal jest zaręczony z Magdą, dobrali się idealnie, a wesele za miesiąc :)

#gYNk6

Historia wydarzyła się, kiedy miałam 7, może 8 lat.
Były ferie zimowe. Przyszła do mnie wnuczka mojej sąsiadki i mówi, że u jej babci jest lodowisko. Mówię rodzicom, że idę się pobawić, no i lecim! Przychodzimy na podwórko, a tam jakaś dziwna, brudna zamarznięta kałuża przy betonowej płycie, której funkcja na podwórku sąsiadki zawsze mnie zastanawiała. No ale jest lód? Jest.
No to zaczynamy się ślizgać jak wściekłe, szorujemy tyłkami po tym "lodowisku", rzucamy się śniegiem. Z półtorej godziny tarzałyśmy się na tym lodzie, aż w końcu zrobiło się ciemno. Pożegnałam się z koleżanką i poszłam do domu.
Mama od razu kazała mi iść do łazienki, umyć ręce i przebrać się w piżamę. Kiedy się przebrałam, poszłam do kuchni, gdzie była moja mama. Wywiązał się między nami mniej więcej taki dialog:
- W co się bawiłaś z koleżanką?
- Ślizgałyśmy się na lodowisku.
- A gdzie tam jest lodowisko?
- O tam! - podeszłam do okna i wskazałam na miejsce, w którym się ślizgałam.
- Dziecko drogie! To ty się u sąsiadów na szambie ślizgałaś?!
*kurtyna*

#qY2Xn

Cała historia dzieje się 3 lata temu, w moje 17 urodziny, w miejscu zwanym szkołą.


Miałam w tym czasie w klasie dwie przyjaciółki, bardzo śmiechowe, nieco zboczone dziewuszki, które postanowiły odśpiewać mi "sto lat, sto lat" przed całą klasą w środku lekcji.

Po odśpiewaniu urodzinowego hymnu nauczycielka woła mnie pod tablicę, składa życzonka i daje buziaki w me zburaczałe lico. Dwie moje kochane przyjaciółki podchodzą do mnie i wręczają mi różową torebeczkę z prezentem w środku (znałam je, więc spodziewałam się co mi mogły kupić).
I tutaj słyszę panią nauczycielkę:
- Pochwal się kochana co dostałaś.
- (nie wiem jak odmówić, więc cicho mamroczę) Nie, nie...

Pani nalega, tłumaczę, że lepiej będzie, jak prezent zostanie w torebce.
Ale niestety, przetłumaczyć pani się nie dało. Więc stojąc na środku klasy, pod tablicą, z różowej torebeczki wyciągam... WIBRATOR. Pani lekko niedowidząca wyrywa mi go z ręki i klika guziczek, dopiero gdy urządzonko zaczyna wibrować ogarnęła co trzyma w ręce, cała klasa oczywiście beka, pani rzuciła we mnie bzyczącym wibratorem, tak jakby ją coś oparzyło. W sumie nie wiem czego tak się przestraszyła, przecież był nieużywany...

#oLD08

Dawno, dawno temu, za lasami, za górami, w chatce przy podziurawionej drodze byłam sobie ja. I moja młodsza siostra, oczywiście. Nie było prądu, więc grałyśmy w warcaby wydobyte z czeluści szafki z zabawkami. Gra była coraz bardziej emocjonująca... Wtem półmrok rozdarła światłość - była to sprawka nagle zapalonej żarówki.

- O, jest już światło - mówi młodsza siostra.
- Co ty nie powiesz? - odpowiada kpiąco tajemniczy, nieznany głos.

Wszystkich miłośników historii kryminalnych i paranormalnych muszę rozczarować.
Włączył się prąd, włączył się i telewizor :)

#UdtJF

Mój tato pracuje w bardzo szanowanym i cenionym w Polsce zawodzie policjanta. Zawsze byłem niesamowicie dumny z tego faktu. Trochę przykro było słuchać, jak wszyscy moi rówieśnicy (i w sumie nie tylko) najeżdżają na policjantów. Kiedy ktoś się dowiedział, że i mój tata pracuje jako jeden z nich, często słyszałem nieprzychylne komentarze, a że mój tato jest zdecydowanie lubianym człowiekiem nawet przez moich znajomych, to największy komplement, jaki udało mi się usłyszeć to "no ale jak na psa to jest całkiem spoko".

Ale nie o tym. Jakiś czas temu przechadzałem się z tatą po mieście. Powód nieistotny. W pewnym momencie dostrzegłem, że przygląda nam się jakiś typ. I to nie byle jaki typ. Dwa metry, łysa głowa, szeroki w barach, no ogólnie to potężny bysiek. Wyglądał jak z jakiejś mafii. Oczy miałem jak spodki, kiedy spostrzegłem, że mr Dwa Metry dziarskim krokiem zbliża się do nas. Złapał mojego tatę za ręce i... niemal na kolanach i całując dłonie, prawie ze łzami w oczach, dziękował dobre kilka minut. Żadne konkrety nie padły, więc nie wiedziałem o co chodzi. Facet odszedł, a my jak gdyby nigdy nic poszliśmy dalej. Ciągle w szoku zapytałem kto to był i za co mu dziękował. Spojrzał na mnie i spokojnie powiedział :
- Nie mogę ci powiedzieć, młody, ale pamiętaj, że w życiu trzeba być też człowiekiem.

Do dzisiaj nie wiem o co chodziło i pewnie nigdy się nie dowiem, udało mi się jedynie dowiedzieć, że miało to związek z jego pracą. Tak czy siak facet najwyraźniej dostał od mojego taty szansę i mam wrażenie, że ją wykorzystał. :)
Dodaj anonimowe wyznanie