Historia, którą opiszę, przydarzyła mi się parę lat temu, lecz dalej tkwi mi w pamięci jak cierń.
Sytuacja miała miejsce w chyba najgorszym okresie w moim dotychczasowym życiu. Po krótkiej i nierównej walce z chorobą nowotworową przegrał mój tata. Dzień pogrzebu został zaplanowany w dzień powszedni, w godzinie, w której wszyscy uczniowie są w szkołach. Postanowiłam przed uroczystością udać się do swojego liceum w celu oddania bibliografii maturalnej i uzyskania zaświadczenia potrzebnego do uzyskania renty. Moja polonistka nie stwarzała mi żadnych problemów i okazała mi wiele wsparcia. Niestety pracownica sekretariatu nie była taka miła. Do szkoły przyjechałam w czasie lekcji i chciałam wszystko w miarę szybko uzyskać. Udałam się do sekretariatu. Weszłam, grzecznie się ukłoniłam i wywiązał się taki oto dialog:
- Dzień dobry. Potrzebuję zaświadczenia stwierdzającego, że się uczę.
- Sprawy uczniów załatwiane są w czasie przerw.
- Ale mnie dziś nie ma w szkole. Przyjechałam specjalnie, żeby uzyskać zaświadczenie.
- To co ty do szkoły nie chodzisz?! (głosem wielce oburzonym, niczym pan na niefrasobliwego parobka.)
W tym momencie nie wytrzymałam. Na moje szczęście w tej chwili wszedł dyrektor szkoły.
- TAK, BO MAM DZIŚ POGRZEB WŁASNEGO OJCA!
Dyrektor aż się zapowietrzył, patrząc na sekretarkę ze złością. Nagle ton wypowiedzi sekretarki się diametralnie zmienił i wszyscy złożyli mi kondolencje.
Najlepsze jest to, że załatwienie mojej sprawy trwało 20 sekund, a kłótnia z miłą panią dobre 5 minut.
Warto uważać na słowa, bo nigdy nie wiadomo, jak bardzo można sobie popsuć opinię u dyrektora szkoły ;)
Ja rozumiem, że można być nieczułym na stojącego staruszka w tramwaju, kobietę w ciąży taszczącą wielkie wory z zakupami (a może tego też nie rozumiem...), ale na zagubione płaczące dziecko?!
Ta historia wydarzyła się, gdy miałam 17 lat, więc słowa "odpowiedzialność", "dorosłość", "dojrzałość" były dla mnie tak samo abstrakcyjne jak płacenie rachunków czy rozliczenie PIT-u. A jednak okazałam dużo więcej empatii niż stado spacerujących po deptaku w Ustce DOROSŁYCH.
Gdy zobaczyłam krzyczącą na całe zdarte już gardełko małą dziewczynkę, podeszłam do niej i zapytałam co się stało. Zgubiła się. Pozwoliła wziąć się za rączkę i razem czekałyśmy na jej rodziców, uspokajałam ją, pocieszałam, trochę to trwało. Gdy ich w końcu zobaczyła, wyrwała się do przodu i po sekundzie była już w objęciach zatroskanego ojca. Stałam chwilę i nie wiedziałam, czy mogę już iść, pokwitować odbiór czy jak... Może liczyłam na jakieś "Dziękuję" albo cień uśmiechu, gdy dziewczynka wskazała na mnie paluszkiem mówiąc, że "To ta pani mnie znalazła".
Czułam się z siebie dumna i urosłam do samego nieba, a jednak pozostał mi pewien niedosyt i niezrozumienie - pokazałam, że umiem zachować się jak dorosły człowiek, ale przecież wokół mnie i tej małej tamtego dnia byli ludzie NAPRAWDĘ DOROŚLI i nie zrobili nic...
Mój chłopak jest cudnym facetem, można powiedzieć, że nosi mnie na rękach. Zawsze ma dla mnie czas, średnio raz na dwa/trzy tygodnie przynosi mi kwiaty, poświęca mi całą swoją uwagę, w trakcie sesji przychodzi ugotować mi obiad, zaprasza mnie do restauracji, kina, teatru. Raz nawet byliśmy na gokartach. Płaci za mnie, kiedy tylko może. Brzmi jak ideał. Jednakże ma wadę, która przeszkadza nam w funkcjonowaniu jako para, nawet nie wiem do końca jak ją nazwać... Uzależnienie od gier? Bezradność? Zrezygnowanie? Brak motywacji? A może po prostu lęk przed wejściem w etap dorosłości?
Mój chłopak podchodził do studiów kilka razy, rezygnował od razu po pierwszym semestrze i absolutnie nie mam nic przeciwko temu, bo uważam, że nie od razu człowiek jest świadomy tego, co chce robić w życiu. Jednakże mój luby nie kwapi się do pracy (chociażby tymczasowej, żeby trochę zarobić na wakacje, przyjemności, cokolwiek), nie chce podejść do egzaminu na prawo jazdy, mimo że dawno temu zaliczył kurs, krótko mówiąc nie rozwija się w żaden sposób. Na każdą moją próbę rozmowy milczy, zmienia temat lub po prostu przyznaje mi rację, ale nic z tym nie robi. Próbowałam już wielu rzeczy.
Układałam z nim listę zadań do wykonania, namawiałam do założenia kalendarza, motywowałam go najlepiej jak potrafiłam, a nawet w ostateczności robiłam podchody z wizytą u psychologa. Kiedyś załatwiłam mu dorywczą pracę w restauracji na zmywaku, odmówił, ponieważ "nie czuł się najlepiej akurat tego dnia". Dodam jeszcze, że nigdy nie powiedział mi, że jego dotychczasowe życie mu się podoba, nie raz przyznawał mi rację i nawet wydawało mi się, że jakoś go podbudowałam i czułam, że będzie coraz lepiej.
Myliłam się... Nie mieszkamy razem, ale wiem mniej więcej jak wygląda jego dzień, kiedy jest beze mnie, budzi się po południu i większość dnia (oraz nocy!) spędza na graniu w gry. Z tego właśnie powodu zdarzają nam się kłótnie, nie raz nie miałam z nim kontaktu do godziny 17, bo dopiero o tej porze się obudził...
Jest mi go strasznie szkoda, bo naprawdę jest zdolnym, mądrym i komunikatywnym facetem, a w ten sposób tylko marnuje sobie życie. Pewnego dnia stwierdziłam, że tak dalej być nie może. Kocham go, ale martwię się też o naszą przyszłość. Uznałam, że może jak dostanie, za przeproszeniem, kopa w dupę to się wreszcie obudzi. Zatem dałam mu do zrozumienia, że nie chcę się z nim widzieć, dopóki nie wyrazi chęci zmiany swojego trybu życia.
Nadal czekam.
Sytuacja miała miejsce parę lat temu kiedy uczęszczałem do technikum. Szczęście w nieszczęściu trafiła mi się klasa zamożnych dupków, sam nie pochodziłem z zamożnej rodziny ale w życiu mi niczego nie brakowało, każda przerwa i przechwalanie się między sobą kto ma lepszy telefon albo inną głupotę jednak udało mi się zaprzyjaźnić z 2 normalnymi kolegami.
Głupie docinki na każdej przerwie a że kto mnie zatrudni, będziesz pracował za 2000zł a mnie ojciec ustawi itp. itd. Ale właściwa sytuacja miała miejsce około pół roku temu. Udało mi się założyć firmę, nie jest to jakaś największa firma, ale dochody są więc nie ma co narzekać.
Rozpocząłem rekrutacje nowych pracowników po 2 tygodniach zbierania CV postanowiłem zadzwonić do osób, które według mnie nadawałyby się do tej pracy, zgłoszeń było dużo więc niewiele zwracając uwagę na dane personalne umówiłem około 30 osób, moje zdziwienie kiedy z tych 30 osób 4 okazały się być moimi dawnymi "kolegami" z klasy. Tak jak myślicie nie zatrudniłem żadnego ale satysfakcja jest i zostanie ze mną do końca życia :)
Mam 24 i wczoraj pobiłem swojego ojca. I nie, nie żałuję tego wcale. Ale od początku.
Wychowałem się w bardzo szczęśliwej rodzinie. Ja, moja czwórka młodszego rodzeństwa, rodzice, dziadkowie. Ogromny dom, luksusowe samochody, wycieczki zagraniczne, kasy pod dostatkiem- jednym słowem żyć, nie umierać.
Moja mama to najlepsza kobieta pod słońcem. Wychowała się w małej wsi, w bardzo biednej rodzinie. Niezwykle mądra i bystra kończyła szkołę z najlepszymi wynikami i stypendiami. Potem studia za granicą, mnóstwo wyjazdów, szybka kariera w młodym wieku, aż do stanowiska prezesa w dużej firmie gdzie zarządza rzeszą ludzi. Czasami zastanawiam się aż czy ona nie ma jakichś specjalnych względów na górze, bo czego się nie dotknie, to się niemalże w złoto zamienia. Do tego wszystkiego urodziła pięcioro dzieci dla których miała i nadal ma zawsze czas. A w moim ojcu kocha się nadal jak nastolatka mimo że w zeszłym roku obchodzili 25 rocznicę ślubu.
Mój ojciec od zawsze miał pieniądze, był dzieckiem z "dobrego domu", dziadkowie to znana rodzina w mieście. Krótko mówiąc wyższe sfery. Ojciec odziedziczył formę po ojcu i chodź zarządza nią znakomicie, to jednak nie doszedł do bycia prezesem własną ciężką pracą. Ojca zawsze kochałem i miałem do niego szacunek.
Może to wydawać się to trochę staromodne, ale ich małżeństwo to taki mały mezalians. Rodzice ojca zaakceptowali moją mamę, tylko ze względu na to, że już w młodym wieku była kierownikiem w swojej firmie i dorobiła się jako takich pieniędzy. Natomiast jej pochodzenie i temat drugich dziadków był zawsze dla nich tematem tabu. Jak zauważyłem później, moja mama też była dla nich zawsze tą gorszą.
I tak wiedliśmy sobie szczęśliwe życie jak z obrazka. Aż do wczoraj. Ojciec poszedł na imprezę firmową bez mamy bo ta się rozchorowała. Długo nie wracał, a że te imprezy są zawsze mocno zakrapiane mama poprosiła mnie żebym po niego pojechał. Mój ojciec bawił się w najlepsze. W swoim samochodzie, którym pojechał. Ze swoją sekretarką. Nago. Nie muszę chyba mówić co robili. Bez zastanowienia wyciągnąłem go stamtąd i uderzyłem w twarz. I nie żałuję. Zachowałem się tak, jak mnie zawsze uczył- żeby szanować kobiety, które się kocha i zawsze ich bronić. Zostawiłem go tam.
Teraz siedzę u siebie w pokoju i mam ochotę wyć, a moja mama mimo gorączki zmienia opatrunek mojemu ojcu. A ja nie mam siły jej powiedzieć co zrobił. Nie potrafię zrujnować świata mojej kochanej mamie, tak jak zrujnował mi go mój ojciec.
Kiedy miałam około 5 lat, byłam bardzo ruchliwym i stale zabiegającym o uwagę dzieckiem. Z racji tego, że nie miałam rodzeństwa, to jeżeli angażowałam się w jakieś zajęcia sportowe, to dzięki tacie. I tak pewnego dnia upodobałam sobie ping-ponga, którego dumnie nazywałam tenisem... no prawie. Bowiem w mojej głowie narodziło się przekonanie, iż nazwa "penis" jest bardziej szlachetna i adekwatna do tego sportu. Oczywiście tatuś był wniebowzięty za każdym razem, gdy prosiłabym, byśmy zagrali "w penisa" i nigdy nie starał się naprostować tego co mówię. Gdy zdarzyło mi się zapytać w sklepie czy na ulicy, czy po powrocie nie poćwiczymy gry w penisa, ludzie oczywiście zwracali na mnie uwagę, często wytrzeszczając oczy i otwierając usta ze zdziwienia. Stwierdziłam, że to dlatego, iż jestem taka nowoczesna i światowa, bo gram w penisa, a na naszej wsi zapewne nie każdy może pozwolić na takie luksusy. I tym sposobem coraz częściej filozofowałam o grze w penisa, zawsze gdy w pobliżu byli ludzie. Chciałam, by mnie podziwiali i zazdrościli.
Nieprędko zostałam oświecona. Oh, God...
Jak miałem 4 czy 5 lat to myślałem, że tylko mężczyźni robią kupę, a kobiety nie i dlatego mają cycki, bo im się to jedzenie odkłada :P
Mieszkam w Wielkiej Brytanii.
Dziś dwaj koledzy z pracy zaoferowali, że poślubią mnie i mojego chłopaka, jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii. Dodam, że obaj są gejami i mają stałych partnerów. Wzruszyłam się, chociaż mam cichą nadzieję, że nawet w przypadku wyjścia z Unii ślub nie będzie konieczny, by tu zostać :)
Ostatnio przeczytałam historię o zbieżności nazwisk, i u mnie (znaczy się u mojego dziadka) też się taka przytrafiła.
Było to pewnego dnia. Dziadek z kolegą wybierali się do Niemiec. Wszystko w porządku, jadą, ale akurat była kontrola graniczna. Trzeba było wyciągnąć dowody osobiste. Gdy kontroler je dostał parsknął śmiechem i czyta z niedowierzaniem:
- No nie wierzę! Zimny z Gorącym!
I tak jeszcze przez dłuższą chwilę czasu zastanawiał się jak to jest możliwe że tak się dobrali: jeden na nazwisko Zimny, a drugi Gorący.
Robiłam porządki u babci w szafie. Znalazłam mały słoik z groszówkami. Wszystkie były z 2014 roku, a co najdziwniejsze - zalane olejem.
Nie rozumiem.
Dodaj anonimowe wyznanie