#0OB5O

Moja matka to taka typowa kobieta sukcesu, ojciec to introwertyk-konformista. Dzieciństwo miałam bardzo przyjemne, problemy zaczęły się pod koniec liceum. Moja matka miała w zwyczaju mawiać "Twoje sukcesy to nasze sukcesy, twoje porażki to nasze porażki". Póki spełniałam jej wygórowane oczekiwania, było OK. Wyjechałam na studia, szło mi świetnie, miałam chłopaka, grono znajomych, dla mojej matki - bajka.

Nastał ostatni rok studiów. Egzaminy poszły mi bez problemu, gorzej z pisaniem pracy. Wkręciłam sobie, że nie dam rady. I tak zaczął się koszmar. Za każdym razem, gdy próbowałam przysiąść do pisania, zbierało mi się na wymioty. Nie byłam w stanie napisać ani jednego zdania, zanosiłam się płaczem. Rozmowy o pisaniu pracy mgr były dla mnie torturą. Jako że nie należę do bardzo wylewnych ludzi, nikt nie zauważył moich problemów. Parę razy odwiedziłam psychologa, coś drgnęło, ale bez większych efektów.

Przyszedł czerwiec, przedmioty zdane na 5, tylko, że nie napisałam ani jednego słowa pracy. Wszystko wyszło na jaw. Rodzina w szoku, matka wpadła w szał. Awantury, wyzwiska. Na nic były tłumaczenia, że mam i nerwicę, i depresję. Dla mojej matki takie choroby owszem, występowały, ale nie w naszej rodzinie. Wprowadziła rygor. Sprawdzała każde zdanie, jakie napisałam, ile przeczytałam. Krytykowała, wyzywała, nie pozwoliła na wizyty u psychologa. Potem był wrzesień, a wrzesień to wiadomo - kolejne obrony. Ja niestety się na nie nie załapałam. Matka wpadła w furię, bo to wstyd, bo "inne matki mogą się pochwalić mgr, a ona nie". Od tego dnia miałam sobie radzić sama.

Zostałam bez środków do życia. Szczęśliwie udało mi się dostać jakąś pracę. Nie dawała satysfakcji, ale byłam w stanie zarobić na mieszkanie i jedzenie. Moja depresja się pogłębiała. Chłopak pomagał jak mógł, ale i jego to przerosło. Pozwoliłam mu odejść, bo sprawiałam nam tylko ból. Przyszły święta, a ja siedziałam sama w mieszkaniu przed TV. Nikt z rodziny mnie nie zaprosił. Wtedy coś we mnie pękło. Uznałam, że nic mnie tutaj nie trzyma. Wzięłam się w garść i zaczęłam pisać. W marcu udało mi się obronić. Wysłałam matce skan dyplomu i tydzień później za moją ostatnią wypłatę kupiłam bilet w jedną stronę. Stałam się jednym z tych obieżyświatów, co zwiedzają różne dziwne miejsca i pracują za miskę zupy. W międzyczasie poznałam innych "włóczykijów", dzięki znajomość z jednym z nich znalazłam fajną pracę w jednym z europejskich miast. Moje życie powoli zaczęło się układać. Zeszłam się z moim ukochanym.

Wtedy odezwała się moja matka. Zaprosiła mnie, a ja się zgodziłam, bo jakby nie było tęskniłam za nimi. Na miejscu okazało się, że moja praca za granicą, ciekawe podróże, świetna praca mgr to jej zasługa. Tak też dla mojej rodziny i ich znajomych moja prawdziwa historia jest zupełnie nieznana. Dzięki, mamo.

#qJ4sz

Miniony wiek. Mam kilkanaście lat, idę ulicą, nie czuję się atrakcyjna dla płci przeciwnej, choć tli się we mnie jednak jeszcze nadzieja, że może się mylę.
Zza pleców dociera do mnie przeciągły gwizd. Mimowolnie odwracam się, a grupa podpitych dresów spod bramy drze się:
- Nie do ciebie!

#Z1JiS

Jestem dość cicha i nieśmiała, ale myślałam, że nie do takiego stopnia, żeby mnie ktoś nie zauważał - po prostu mam tylko kilka koleżanek i nie lubię skupiać na sobie uwagi.

Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy zaprosiłam do znajomych na Facebooku kolegę, który dołączył do naszej klasy dwa lata temu, a ten zapytał, kim jestem i czy się znamy...

#UeiQ0

Historia z dzieciństwa, bo chyba je lubicie ;)

Jako 5-latka miałam znienawidzoną przeze mnie kuzynkę, ona o tym nie wiedziała.

Pewnego razu, kiedy to z rodzicami przyjechałam do niej w odwiedziny, kazali nam się bawić. Dla mnie była to męka.
Na potrzeby wyznania nazwijmy kuzynkę Różą. Tak więc Róża miała swoją ukochaną lalkę, a ja chciałam zrobić jej na złość. Kuzynce, nie lalce :D

Postanowiłyśmy, że ona będzie klientem, a ja kucharką. Zasłoniłam się zabawkową kuchenką i zaczęłam swoje przedstawienie. Na początku włożyłam do garnka jakieś warzywa itp. Do piekarnika natomiast zamiast kurczaka włożyłam głowę lalki. Róża zniecierpliwiona dopytuje co dobrego jej robię. Wykładam warzywa na talerz, a na środku kładę głowę ukochanej lalki Róży. Zanoszę jej na przykrytej tacy.

Ona płakała, a ja się śmiałam. Taki był ze mnie "geniusz zła" :D

#gOeNK

Mój syn gdy był mały, przekręcał różne wyrazy, jak to dziecko.
Wracamy ze spaceru, kupiłem po drodze jakieś chipsy i zajadamy z małym, on w spacerówce ja pcham wózek. W pewnym momencie mały odwraca głowę i woła:
- Tata cipka...!
Przed nami szła dość atrakcyjna dziewczyna, obróciła się, zmierzyła mnie wzrokiem i z dezaprobatą pokręciła głową.

A synek tylko domagał się po prostu kolejnego chipsa...

#sAd3T

O tym, jak karma wraca.

Dawno temu, kiedy byłam w szkole podstawowej, kolega oskarżył mnie o kradzież figurki pokemona. Oczywiście nie ukradłam jej. Ale zawsze byłam na celowniku, bo moja mama była woźną w szkole, w której się uczyłam, a uczniowie mojej klasy należeli do ''wyższych sfer''. Pokrótce wyglądało to tak, że koledze A (powiedzmy sobie, że to był Michał) zginęła figurka; a kolega B (dajmy na to Tomek) nagle narobił rabanu, że widział jak ją chowam do plecaka, że wszyscy mają na mnie uważać i takie tam. Kiedy w plecaku nic nie znaleziono, Tomek zaraz miał wytłumaczenie, że zniknęłam na dużej przerwie i na pewno zaniosłam mamie figurkę. Ja się popłakałam, pani nie zrobiła afery, a kolega A stwierdził, że nic się nie stało, kupi sobie nową figurkę.

Niby nic, ale dziecku psychikę przeryło. W podstawówce już nikt nie zapraszał mnie na urodziny, do domu itd. Na wycieczkach szkolnych nikt nie chciał być ze mną w pokoju. W szkole średniej wreszcie miałam święty spokój, ale uraz jakiś pozostał i nawet jak ktoś prosił mnie abym wyciągnęła mu coś z plecaka, to stanowczo odmawiałam. Jak odwiedzałam kogoś, to starałam się być na widoku i nie kręcić się po pokoju, bo jak coś zginie - będzie na mnie.

Lata mijały, ja skończyłam studia. Firma mojego serdecznego przyjaciela (nie, nie jesteśmy parą, on woli chłopców ;>) rozwinęła się na tyle, że zaproponował mi pracę, kiedy jej szukałam. Po kilku latach zostałam dyrektorem finansowym, a firma zmieniła formę prawną i rozrosła się jeszcze bardziej. W związku z rozwojem firmy potrzebowałam kilku pracowników do swojego działu. Zatrudniłam 5 osób na różne stanowiska; w międzyczasie zatrudniono ok. 11 osób do dział handlowego. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam Tomka - tak, kolegę B!

Od jakiegoś czasu zaczęły w firmie ginąć różne rzeczy - non stop zamawialiśmy ogromne ilości papieru i ciągle go brakowało; ginęły produkty naszej firmy, nawet serie limitowane, które musiały zgadzać się co do sztuki. Rozpoczęto śledztwo. Tomek dziwnym trafem znowu widział, jak chłopak z mojego działu wynosi różne rzeczy do bagażnika swojego samochodu. W aucie mojego pracownika nic nie znaleziono, ale Tomek twierdził, że to jest oczywiste, bo wszystko ukradł wczoraj i zdążył zawieźć do domu.
Słuchałam tego w spokoju, po czym powiedziałam: "Tomek, weź kluczyki do swojego auta". "Po co?' - nerwowe krople potu zaczęły spływać mu po czole. "Zobaczysz. Weź kluczyki i idziemy na parking. Panie prezesie, pójdzie pan z nami?".
W bagażniku leżały cztery kartony papieru, produkty naszej firmy, nawet skubaniec ukradł ''psikacze zapachowe'', które mieliśmy w łazienkach.
Mój pracownik został oczyszczony z zarzutów, a ja po latach wreszcie uwolniłam się od mojego urazu psychicznego.

#B0C5X

Guess who's back, back again.
(TSXbz & sqxKn)

Miałem nadzieję, że na dwóch wyznaniach się skończy, a tu trzecie.
Wiele osób zadało sobie przeze mnie pytanie - czy można mieć aż takiego pecha? Jasna sprawa. Pech towarzyszy mi od zawsze. Bowiem moja mama marzyła o córce, ale na świat wydała trzech synów. W końcu podeszła do tej ostatecznej szansy, modliła się o małą perełkę, której czesałaby włosy i robiła warkoczyki, ale urodziłem się ja. Dlatego mówi się, że moje niepowodzenia to kara za to, że nie odpadło mi jeszcze to coś między nogami. To tak tytułem wstępu, czas przejść do historii właściwej.

Wyzdrowiałem, ale nie miałem czasu żeby się nad sobą użalać. Wakacje to ten najcięższy czas w pracy, więc na niej przez jakiś czas opierało się całe moje życie. W końcu nadszedł piękny dzień, dzień, w którym usłyszałem "masz weekend wolny". Łzy szczęścia, wolność i swoboda. Od razu telefon do znajomych, że wbijam na ich imprezę.

Krótko po północy, przykra nowina, wódka wyszła. To zebrała się grupa najbardziej kontaktujących i wysłano ją w podróż do całodobowego. W niej oczywiście ja - przewodnik, gwiazda polarna wyznaczająca drogę zagubionym duszyczkom. Moi towarzysze podążali za mną dzielnie, aż do miejsca ze skarbem. Wszystko zakupione, wracamy. Niektórzy nie mogli już się doczekać i idąc popijali nowo nabyty towar.
Nagle jedna z dziewczyn wydała ostrzeżenie "będę rzygać", ja oczywiście przygotowany na taką możliwość, podałem jej reklamówkę i przytrzymałem włosy.
- Chyba umieram.
- Nie umierasz, nie umierasz. Już?
- No.
- Trzymaj, woda i chusteczki.
- Już mi lepiej, dzięki. Tak w ogóle to całkiem słodki jesteś.

Na słowo „słodki” mój mózg zareagował „wie o akcji z cukierni, omatkomoja, wie o akcji z cukierni, nie dam rady, musisz się napić”.

Wyrwałem jej reklamówkę i sięgnąłem po trunek. Do reklamówki z jej wymiocinami. Wsadziłem tam rękę i zamieszałem próbując coś złapać. Gdy lepkość cieczy dotarła do mojego zamroczonego mózgu, wyjąłem dłoń jak oparzony. Nie mając gdzie otrzeć mazi, wytarłem ją w spodnie i próbując zachować resztki godności jak najszybciej zniknąłem jej z oczu, wysuwając się na przód śpiewającej ekipy.

Dała mi swój numer? Nazywa mnie swoim Kłapouszkiem? Ślub w planach?
Nie. Wszystkim rozgadała, kumple się pośmiali i już zapomnieli, bo u mnie to typowe, ale jej przyjaciółki patrzą na mnie jak na gwałciciela sadystę. Chciałbym wyrecytować wszystkie możliwe przekleństwa, ale powstrzymam się.
I chyba założę tu konto na stałe.

#tXg9s

Pamiętacie scenę z serialu ''Przyjaciele'', w której wszyscy zastanawiają się czym właściwie zajmuje się Chandler? To jest pikuś w porównaniu do mojej rodziny.

Nie mam złych rodziców. Zawsze chodziłam najedzona, czysta, lekcje zawsze miałam odrobione. Dzieliła nas ogromna różnica wiekowa i pokoleniowa (mam 20 lat starszego brata i 17 lat starszą siostrę) i może dlatego za bardzo nie interesowało ich co lubię, a czego nie - bo w tym wieku już im się po prostu nie chciało. Rodzeństwo ma już swoje rodziny i o ile mogłam liczyć na dyskrecję i drobne np. kiedy zaczęłam palić papierosy, to również nie interesowali się specjalnie moim życiem. Rodzice od bardzo dawna są już na emeryturach i dla nich liczy się działeczka, Familiada w niedzielę, karty z sąsiadami i takie tam - jak to emeryci. Nawet jak pojechałam na Woodstock w wieku 17 lat, to nikt do mnie nawet nie zadzwonił, czy żyję :) Jak ukradziono mi na ulicy portfel i wracałam od koleżanki ponad 50 km do domu rodzinnego stopem, to jedyne co usłyszałam to zdawkowe "Anka, ty jesteś zdolna, w życiu sobie poradzisz". Ja tu przerażona, roztrzęsiona, zziębnięta przeżywam swojego pierwszego stopa w życiu i słyszę, że sobie poradzę  - no szlag mnie trafia.

Do sedna.
Mieszkam z chłopakiem w miejscowości oddalonej o 50 km od rodzinnego domu. Rodzice lubią mojego chłopaka, zresztą z wzajemnością. Mój chłopak tak chwali moich rodziców, że fajni, że go lubią, że ochy i achy. Nieraz starałam się ostudzić jego ''miłość'' do przyszłych teściów, że tak mu się tylko wydaje. Marudziłam mu, że wszystko zawsze załatwiałam sama, nie zwierzałam się rodzicom z niczego, bo kiedy zaczynałam mówić to słyszałam ''cicho, bo Familiada się zaczyna''... Oczywiście mój facet mi nie wierzył, twierdził, że przesadzam. Okazja natrafiła się szybko: ja skończyłam studia broniąc się na 5, a tydzień później jechaliśmy do mojego ojca na imieniny.

Było moje rodzeństwo z rodzinami, rodzice oraz ja z moim lubym. Imieniny trwają w najlepsze, po czym wstaję i mówię, że mają magistra w rodzinie - skończyłam studia i obroniłam się na 5. Chórkiem wszyscy rzucili "gratuluję", nikt mnie nie przytulił, nawet ręki mi nikt nie podał - standard. Po czym zadaję bardzo ważne pytanie: "Droga rodzino, dziękuję za gratulacje. A teraz konkurs: jaki kierunek studiów skończyłam?".
 
Cisza. W końcu mama się wyrwała "bankowość!". Nie. Siostra: "ekonomię!" Nie. Mojemu facetowi coraz bardziej kopara opadała. W końcu cała rodzina się poddała. "Administrację, do cholery! Milion razy wam mówiłam!".
 
Podsumowanie mojej mamy "przecież to jeden pies". I wszyscy wrócili do jedzenia ciasta. Od tamtej pory mój facet próbuje ''wyciągać'' ze mnie różne zwierzenia... tak się przejął tą sytuacją, że chyba stara się nadrobić te wszystkie lata, kiedy nikt nie miał czasu mnie wysłuchać :)

#Qtnrx

Kiedy miałam może 6-7 lat pomyślałam, że pobawię się w byka (tak, w byka).

No więc na jednym końcu kanapy postawiłam cienką czerwoną poduszkę, po czym ustawiłam się na czworakach naprzeciwko niej. Zaczęłam grzebać ręką tak jak byk kopytem (wiecie jak), a potem biec na poduszkę. Galopowałam na tych czworakach jak jakaś nienormalna, z głową tak, że czubek idealnie uderzyłby w poduszkę.

Żeby tylko w poduszkę. Nie skojarzyłam faktów, że moja "płachta" musi się na czymś opierać i z całej siły, za przeproszeniem przypierdzieliłam głową w żeliwny kaloryfer.

Może przez to teraz jestem takim debilem :D
Dodaj anonimowe wyznanie