Kilka miesięcy temu zaczęły wypadać mi włosy z głowy. Po przeczytaniu kilku stron na ten temat stwierdziłam, że trzeba zacząć brać tabletki z witaminą B7, dzięki której włosy nie powinny wypadać, a będą zdrowsze i zaczną rosnąć jeszcze szybciej.
Faktycznie. Rosną szybciej i są zdrowsze.
Na rękach, nogach, palcach u stóp i dłoni.
Na głowie nadal wypadają.
Może przynajmniej tutaj ktoś mnie zrozumie...
Jakieś 4 miesiące temu rozpocząłem kurs na prawo jazdy. Bez entuzjazmu, nie lubiłem samochodów i w ogóle motoryzacji. Tata mi zapłacił i dopingował mówiąc: Nie będziesz już jeździł autobusem, będziesz mógł jechać kiedy chcesz, a nie jak autobus, co jedzie 8 razy dziennie, a w weekendy wcale.
I tak w miarę upływu kursu coraz bardziej zaczęło mi się to podobać, szybko się nauczyłem, ale bałem się, że będę 100 razy zdawał egzamin. Im bardziej mnie się podobało, tym bardziej entuzjazm mojego taty spadał. Aż w końcu nadszedł dzień egzaminu, najpierw teoria: siedziałem nad testami kilka wieczorów i... UDAŁO SIĘ! Za pierwszym zdałem testy. Potem przyszedł czas na praktykę i znowu HURA! Za pierwszym zdałem, byłem taki ucieszony jak nigdy. Jako że zdałem miesiąc przed osiemnastką, to plastik dostałem dopiero po ok. miesiącu od zdania egzaminu.
Tata w tym samym czasie kupił drugi samochód, więc ja uradowany, że będę sobie jeździł starym autkiem taty. Jednak gdy odebrałem plastik, tata pozwolił mi jechać, ale siedział ze mną po prawej stronie z przodu. Na każdym zakręcie rzucał mi się na kierownicę i krzyczał jak widział pieszego, że jadę obok niego, że co ja to robię, że nic nie umiem itd. Po kilku takich jazdach chciałem sam do kolegi pojechać. Wtedy dowiedziałem się, że bez niego nigdy nigdzie nie pojadę, bo się martwi o mnie, a jak nie chcę z nim jechać wkoło wsi, to mogę sobie powiesić prawko w ramce na ścianie. Powiedział, żebym sobie jeździł autobusem.
Mogłeś w ogóle nie dawać mi kasy na to prawko, byłby spokój.
Dzięki, tato.
Czas na małe Sebki 2!
Na początku mały zarys fabularny - pojechałem ze swą mamą do supermarketu, a że za tydzień ślub kuzynki i przyjeżdża do nas około 20 osób nocować, to mama poszła do jakiegoś sklepu z sukienkami i innymi takimi rzeczami, a ja poszedłem kupić rzeczy z listy. Mama, wiedząc, że zejdzie jej z 1,5 h na zakupach, dała mi klucze od auta.
Wychodzę ze sklepu, z tym wypełnionym po brzegi wózkiem, który ma pewnie z milion kilogramów, bo ciężko się go pcha, ale ja niestrudzony dalej kieruję się w stronę samochodu. Już prawie jestem...
... upadłem? Słyszę śmiech i widzę troje 10-11 latków którzy się śmieją tak, że łohoho! Ale śmieszne!
Boli mnie lekko tyłek, ale wstaję. WÓZEK! Na szczęście zatrzymał się na tej wiacie pod którą stoją wózki. Uf, będzie co jeść.
Nagle w mej głowie zrodził się piękny plan, który pewnie został stworzony przez połączenie mej bolącej D i lenistwa. Podbiegłem szybko do jednego z tych dzieciaków i złapałem go mocno za ramię. Najpierw zdziwiony popatrzył się na mnie, a potem zaczął krzyczeć oraz kopać. Jego kompani zaczęli wyzywać mnie od ku... albo nie, bo to przyjazny portal :)
W każdym razie zaciągnąłem go do wózka i najbardziej złym i demonicznym głosem kazałem mu go zacząć pchać. Zaczął się sprzeciwiać i nie chciał, ale ja posiadając doświadczenie w straszeniu wrednych dzieci, schyliłem się do niego i szepnąłem:
- Właśnie wiozę te zakupy do największych głębin piekieł. Jeżeli się spóźnię, to arcydiabeł mnie ukarze, a ciebie i twoich kolegów ześle do piekła w nocy. To jak?
Przerażony zawołał resztę, powiedział im o mnie, po czym we trójkę dopchali ten wózek i ułożyli w bagażniku zakupy. Tzn. najpierw włożyli w reklamówki, a ja się temu przyglądałem z najbardziej jadowitym uśmieszkiem na świecie.
Gdy spakowali już wszystko, zacząłem poruszać dziwnie rękoma i mamrotać cicho jakieś wyrazy po niemiecku. Dzieciaki patrzyły się na mnie z trwogą w oczach, a po chwili powiedziałem, że zdjąłem z nich klątwę Szatana :D
Kilka lat temu ubiegałem się o pracę w dużej, szanowanej korporacji.
Złożyłem odpowiednie papiery i w napięciu oczekiwałem na odzew ze strony firmy.
W odpowiedzi zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną.
Przewertowałem dosłownie cały internet w poszukiwaniu porad dotyczących rozmowy o pracę i zrozumiałem, że muszę z niebywałym pietyzmem zadbać o swój wizerunek.
Zmieniłem fryzurę na bardziej "poważną", zadbałem o garnitur, zakupiłem nowe buty. Cały czas powtarzałem wyuczone frazy, mające na celu zdobycie przeze mnie wymarzonej fuchy.
Kiedy nadszedł mój wielki dzień, ubrałem się niezwykle elegancko i szykownie, zadbałem również o inne, mało znaczące szczegóły, którymi nie będę Was przynudzać.
Gdy wysiadłem z samochodu, miałem do pokonania kilkaset metrów, by dotrzeć do ustalonego punktu, czyli do firmy.
Niestety, podczas mojej wędrówki nie zwróciłem uwagi na małe, brązowe COŚ, które spowodowało, że cały wręcz cuchnąłem.
Próby pozbycia się gówienka z buta były bezsensowne, bo przykleiło się świetnie, niczym guma do żucia.
Gdy w końcu wszedłem do małej sali, powitała mnie kobieta, która miała przeprowadzać ze mną rozmowę, słowami:
-TO CHYBA SPRAWKA MOJEGO PSA.
Później przez cały czas prowokowała mnie, wyśmiewała, obrażała i prawiła niewybredne żarty.
Po 15 minutach tych docinek stwierdziła:
-Tak cierpliwego człowieka właśnie szukamy!
Ta historia mnie nauczyła, że mimo małych trudności warto zawsze dążyć do celu i nie dać się wyprowadzić z równowagi ;)
Tak skrótem: jestem z chłopakiem pół roku i często przyjeżdżam do niego na weekendy, ponieważ mieszkamy 200 km od siebie.
Ostatnio w zakładkach zapisałam sobie stronkę z butami i dziś chciałam je zamówić.
Luby śpi,odpalam kompa, wchodzę w zakładki i... coś mnie tknęło - sprawdzam historię:
- jak zerwać z dziewczyną
- jak dyplomatycznie zerwać związek
- jak się rozstać... bla bla bla , a na koniec kilka stronek porno.
Chyba trzeba zacząć się pakować do domu :)
2 klasa gimnazjum, lekcja angielskiego. Kolega (uznajmy, że Nowak) siedzi przede mną i rysuje coś na marginesie w zeszycie. W pewnym momencie odzywa się nauczycielka głośniejszym tonem:
- Nowak! Uwaga za korzystanie z telefonu na mojej lekcji!
- Ale proszę pani, ja nie mam telefonu.
- Nie pyskuj - już zaczęła coś pisać na komputerze. - Przecież widzę.
- No to niech mi pani wpisze uwagę, mama się zdziwi, bo mi wczoraj ten telefon zabrała, bo mam szlaban.
Wszyscy zaczęli chichotać, pani wielkie oczy. Dokończyła coś pisać i dalej prowadziła lekcję. Co się okazało?
Nauczycielka wpisała mu uwagę za to, że korzystał z telefonu kolegi.
Mam młodszego brata w wieku dojrzewania, a więc to nic dziwnego, że młody potrzebuje czasem wolnej chaty.
Dziś wróciłam do domu o pół godziny wcześniej niż zwykle. Wchodzę do domu. Cicho. Weszłam do pokoju brata, żeby sprawdzić, czy jest w środku.
Robił sobie dobrze.
Niby nic, przecież ma swój wiek... Problem w tym, że robił to moim wibratorem...
Kilka dni temu w mojej dzielnicy Szczecin-Płonia zgłoszono zaginiecie młodej 18-latki . Poszukiwali jej w całym Szczecinie, a głownie u mnie w dzielnicy. W końcu znaleźli jej zwłoki około kilometra od mojego domu, obok rzeki.
Codziennie się z nim witałem, rozmawiałem, podobnie moja siostra i kuzynka (zawsze mówiliśmy mu "dzień dobry" itd.). Okazał się mordercą.
Wszystko zaczęło się we wtorek rano. Policja chodziła po działkach. Szukali czegoś. Nie wiedziałem, o co chodzi. Sprawdzali wszędzie dosłownie... A w niedzielę aresztowali JEGO - mojego sąsiada z działki. Później chodzili z nim po jego działce. On - zakuty w kajdanki i dwóch policjantów.
Okazało się, że zabił wspomnianą na wstępie dziewczynę. Odciął jej głowę i rękę, a resztę ciała wypatroszył jak rybę.
Ponoć to jego nie jedyna ofiara. Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Osoba, z którą się witałem, okazała się mordercą. Moja siostra z kuzynką tyle razy wracały do domu same, kiedy on był na działce... Morderca. Nie wierzę w to, że to stało się naprawdę :/
Historia zdarzyła się we Włoszech w sierpniu ubiegłego roku.
Pojechaliśmy ze znajomymi na Złombol, rajd charytatywny samochodami z czasów PRL-u.
W tamtym roku mieliśmy wypad do Włoch. Dojechaliśmy na metę z niedużymi problemami, straciliśmy tylko tylne hamulce. Wracając z mety jechaliśmy w miejsce oddalone o "kilkanaście" kilometrów od mety, do ciotki jednego z kolegów z drużyny, do miasta Levanto.
Traf chciał, że moja dziewczyna miesiąc wcześniej wyjechała do Włoch jako opiekunka do dzieci, żeby zarobić trochę grosza. Drugi traf chciał, że Levanto leżało 160 km od miejsca, w którym pracowała moja ukochana. Oczywiście dogadaliśmy się, że weźmie kilka dni "wolnego" i przyjedzie pociągiem w to miejsce i będzie na mnie czekała. Teraz już sedno: jedziemy już do Levanto, okazało się, że trasa (około 180 km) wiedzie przez wysokie góry i kręte drogi, co dla Poloneza z epoki PRL-u jest nie lada problemem. Jechaliśmy około 6h, benzyny mieliśmy na jakieś 20 km, gaz zatankowany do pełna (oczywiście Polonez musi być w gazie, nie wiem czemu nie wypuszczali takich fabrycznie). Paliwa coraz mniej, ciemna noc, po drodze tylko jakieś wioski (oczywiście jako rodowici Polacy chcieliśmy ominąć autostrady, bo winiety drogie).
Nagle gaz się skończył, została nam tylko benzyna, czyli około 20 km jazdy pod górkę i z górki. Nagle na poboczu spostrzegamy Mercedesa SLS, myśleliśmy, że to jedyna osoba żyjąca w tamtych stronach, zatrzymaliśmy się z pytaniem o najbliższą stację benzynową. Wyszedłem i zapytałem łamanym angielskim:
- Where is gas station? Benzin, gazolin?
"Włoch" odparł:
- No comprendo...
Myśl - udupieni.
Nagle kolega wystawił głowę przez szybę, oczywiście po dużej dawce alkoholu, i krzyknął: "POLSKA PANY!". Wtedy "Włoch" mówi (nie widział jakie auto ani rejestracje, bo była ciemna noc):
- Kurna, było mówić, że Polacy...
Powiedział, że najbliższa stacja jest 3 km stąd i wskazał dokładną drogę, wspomniał, że gaz też mają, dojechaliśmy, zatankowaliśmy i takim sposobem spotkałem się z ukochaną po miesiącu przerwy :)
Sytuacja sprzed roku.
Macie czasem tak, że ułożycie sobie sprytny plan w głowie i zaczynacie go realizować? Ja znam. A znacie to, jak plan legnie w gruzach? To też znam.
A więc pewnego bardzo deszczowego dnia idąc do auta, już zmoczona do ostatniej nitki, poślizgnęłam się i upadłam tyłkiem w kałuży. Myślicie sobie - i tak przecież jest cała mokra. Tylko że ta kałuża była pełna błota. Wsiąść do auta z brudnym tyłkiem i ufajdać tapicerkę? Nie. Odpada. Za dużo sprzątania. Więc niewiele myśląc rozglądam się - nikogo nie ma, szybko ściągam spodnie, wskakuję do auta, spodnie na podłogę i jadę. Myślę sobie: nie ma problemu, wysiądę w domku w garażu, kto mnie zobaczy?
No otóż zobaczył przemiły pan policjant. Przekroczyłam prędkość, panowie zarejestrowali to na wideorejestratorze. Na nic było moje tłumaczenie, że nie muszę widzieć nagrania. Jak wysiadłam z auta i pan policjant zobaczył jak jestem ubrana, a właściwie nieubrana, stwierdził, że w sumie to nie muszę widzieć nagrania. Oddał mi dokumenty i życzył szerokiej drogi.
Jeszcze nigdy nie widziałam takiego zmieszania u mężczyzny (policjant przy aucie) i takiego śmiechu (policjant w radiowozie).
Dodaj anonimowe wyznanie