Historia o tym, jak zwierzę może uszczęśliwić.
Od paru lat jestem mężatką. Mój mąż, nazwijmy go S, jest marzeniem wielu kobiet, ma wszystkie cechy idealnego mężczyzny, aczkolwiek nie jest to kluczowe w historii. Znam się z nim od dzieciństwa i pamiętam, że zawsze kochał koty. Mógł się z nimi bawić całymi dniami, opiekował się każdą znajdą z ulicy. Mimo tego nie miał swojego zwierzątka, ponieważ jego mama nie zgadzała się na to. Wiele razy prosił ją, a ona zawsze mówiła stanowcze NIE.
Od razu po wyprowadzce od niej zamieszkaliśmy razem. Okazało się, że mam alergię na koty, dokładniej na ich sierść, a też je uwielbiam... S powiedział, że w ostateczności kupimy Sfinksa, no bo kot to kot, on pokocha każdego. Ja wiedziałam, że chciałby mieć puchatego, miłego ragdolla lub rosyjskiego niebieskiego, niestety przeze mnie nie mógł.
Od kiedy tylko się pobraliśmy, chodziłam na odczulanie. Wydałam na to bardzo dużą ilość pieniędzy, ale było warto. W końcu alergia zmniejszyła się na tyle, że mogliśmy zaadoptować/kupić wymarzonego futrzaka.
Znalazłam odpowiednią hodowlę, cena również była w porządku, pojechałam, i miałam w rękach malutką kulkę szczęścia - ragdolla, który był naszą ulubioną rasą. Wszystko bez wiedzy męża.
Gdy wróciłam do domu i pokazałam mu naszego nowego domownika, popłakał się. Płakał jak małe dziecko na widok kotka. Mam nawet zdjęcie, gdy siedzi z nim na rękach i ma łzy w oczach. Niesamowity widok :) Prince jest u nas już od października i S chyba nigdy nie był szczęśliwszy. A ja myślę nad zaadoptowaniem drugiego na jego urodziny... :)
Pracowałem przez 3 lata jako kelner.
Swoją pracę traktowałem bardzo poważnie i zawsze profesjonalnie ją wykonywałem.
Myłem ręce za każdym razem, gdy miałem mieć kontakt z daniami klientów (nie wszyscy to robią). Sztućce, które podawałem były umyte i wypolerowane. Nigdy nie naplułem do jedzenia. Co w tym anonimowego? Otóż w pracy była dziewczyna, którą bardzo lubiłem, a która podczas obsługi obcokrajowców (Arabowie - muzułmanie) została potraktowana jak zwykłe zwierzę. Zastąpiłem ją.
Zamówili kurczaka grillowanego.... Osobiście zadbałem o to, aby został przygotowany prawidłowo, to znaczy - grill wysmarowałem boczkiem. Do oleju od frytek dodałem smalec, a do buraczków na ciepło krew, którą wycisnąłem z mięsa (czerwony płyn). Mimo iż o tym im nie powiedziałem, to satysfakcji miałem co niemiara.
Taka anonimowa zemsta za złe traktowanie kobiet.
Jedna z pierwszych wizyt u moich przyszłych teściów, muszę przebrać się z piżamy, robię więc przy tym krótki pokaz wdzięku dla swego wybranka.
Kiedy zakładałam stanik, nagle drzwi otworzyły się. Stanęła w nich teściowa. Ogarnęła wzrokiem sytuację i, jak gdyby nigdy nic, zaczęła ze mną gadać o kroju stanika. Chłopak zdziwiony patrzy na nią, a ta podnosi koszulkę, żeby pokazać, jaki ona ma. Mina biedaka - bezcenna.
Kiedy byłam mała (w wieku podstawówkowym) wieczorami zdejmowałam ubrania dość niechlujnie - nie wszystko po kolei, tylko od razu po kilka rzeczy - koszulka od razu z bluzką, a majtki ze spodniami. I właśnie te majtki zostały w spodniach... Dosłownie...
Następnego dnia postanowiłam założyć nową bieliznę i te same spodnie (wczorajszych majtek nie zauważyłam, bo podczas ubierania przemieściły się do nogawki) i niczego nieświadoma poszłam do szkoły.
Na lekcji siedziałam normalnie, z rozprostowanymi nogami, i pech chciał, ale koleżanka z ławki przede mną była tego dnia zwolniona i wychodziła w połowie lekcji. Tak więc w pewnym momencie pochyla się, żeby spakować rzeczy do plecaka, i nagle przerywa panującą w klasie ciszę donośnym okrzykiem "Majtki!".
Pani lekko zmieszana prosi o powtórzenie, na co moja koleżanka podnosi zdobycz i powtarza "majtki", a moim oczom ukazują się... moje wczorajsze majtki.
Cała klasa w osłupieniu się na nie gapi, pani tylko lekko w szoku i nie wiedząc co zrobić kazała koleżance odwiesić je na wieszaki z tyłu klasy, z tekstem "Może ktoś się po nie zgłosi" :')
Nigdy się nie zgłosiłam.
Zaraz po szkole podjęłam się pewnej pracy. W ogóle nie miała związku z moim zawodem, ale od czegoś trzeba zacząć. Mianowicie sprzedawałam bieliznę na miejscowym bazarku. Jaka praca każdy się orientuje i pod tym względem nie muszę się rozpisywać.
Po jakimś czasie z różnych stoisk masowo zaczęły ginąć towary. Handlarze się wkurzyli i postanowili coś z tym zrobić. Od czasu do czasu zaczęli się pojawiać panowie policjanci ze śledczej. Jednym z nich był mój znajomy - Pawełek.
Pewnego dnia stało się, orypali moje stoisko. Załamana wołam koleżankę z drugiego stoiska szefa, nakreślam sprawę, ale zaraz zaraz, właśnie gościu na jej stoisku zgarnął naręcze towaru i idzie sobie. A co ja robię? Wrzeszczę i gonię za nim. Dorwałam go, przytargałam do swojego stoiska (o dziwo nie uciekał). Oczywiście zainteresowanie ogromne. Zadzwoniłam na policję, nakreślam sytuację - zaraz wyślemy do pani patrol. No to czekamy. W pewnym momencie podchodzi zapewne wspólnik złodzieja i zaczyna się ze mną szarpać (nie nic mi nie zrobił) i udało im się uciec, bo nagle wszyscy dookoła stracili wzrok. Przyjechał patrol, mówię co i jak. Pan policjant mówi, że niestety, ale muszę się udać na komisariat, bo było zgłoszenie, więc muszę złożyć zeznania. Pełna załamka.
A teraz akcja właściwa ;)
Wchodzę na komendę, mówię dyżurnemu, że ja na zeznania do tego i tego pana. W tym momencie wychodzi mój kolega. Oczy na mnie i pyta "A ty tu co robisz?!?".
A ja z wielkim bulwersem "Tak żeście mnie pilnowali, że mi majtki ukradli!".
Niestety nadal stałam przy mikrofonie od dyżurki. Pan dyżurny akurat pił kawę, chyba nie muszę mówić, że opluł ścianę? Poza tym było ich tam jeszcze trzech :/
A na zeznaniach? Co chwilę przychodził nowy pan policjant i ze śmiechem się pytał, jak to było z tymi majtkami.
Gdybym tylko umiała się zapaść pod ziemię :D
Gdy miałam jakieś 5-6 lat, moją ulubioną zabawą z lalkami była zabawa w zaręczyny. Zaczynało się przyjemnie, czyli Ken i Barbie chodzili na randki, na imprezy itd. Potem Ken oświadczał się swojej lubej i przedstawiał ją matce, którą byłam ja.
Za każdym razem, gdy mój "syn" przedstawiał mi swoją narzeczoną, to ja robiłam jej test, czy "tak naprawdę będzie dobra dla mojego synka" i... wkładałam głowę Barbie do majtek i pocierałam sobie nią łechtaczkę, dopóki nie zrobiło mi się tak przyjemnie, że przechodził mnie taki jakby przyjemny prąd.
Nie wiedziałam wtedy, co to masturbacja.
Na szczęście nikt z rodziny tego nie zauważył.
Tyle było o dziwnych sytuacjach z dzieciństwa, to i czas na mnie.
Ja jako małe dziecko (ok. 4-5 lat) już miałam obczajony temat seksu. Nie pytajcie dlaczego, bo ja sama nie wiem skąd miałam już takie informacje. Z tego co pamiętam to chyba z przedszkola coś takiego musiałam wynieść.
Do sedna.
Było Boże Narodzenie. Wiecie, Święty Mikołaj, pisanie listu o prośbę o prezent.
No właśnie, pisanie listu... Poprosiłam Świętego o chłopaka, z którym będę mogła uprawiać seks! Pamiętam, że pisałam, że nie musi być żywy...
Nie chcę wiedzieć, czy rodzice czytali te listy... A jeżeli tak, to czy nadal pamiętają :D
Przybijając obraz w jadalni chciałem położyć młotek na szafce, ale nie patrzyłem jak go kładę i spadł mi centralnie na palec u nogi, ten obok dużego palucha. Wkurzony i prawie ze łzami w oczach kieruje się do rodzicielki, która coś gotowała w kuchni, po jakąś maść czy co.
Opierając się o krzesła w jadalni nie zauważyłem wystającej nogi od stołu (który jest masywny, bo można go rozkładać) i walnąłem... OCZYWIŚCIE W TEN PALEC! Z bólu nie wytrzymuję, wołam o pomoc i JEST, słychać głos tuptania... mojego 4-letniego brata, który z prędkością światła biegnie do mnie zobaczyć co się dzieje i staje oczywiście na tę nogę i na ten PALEC, bo nie zauważa...
Boli? To jeszcze nic!
Z bólu nie mogę założyć buta, więc idę na bosaka do samochodu z pomocą mamy.
Wychodząc z domu uderzam w próg w, a jakżeby inaczej, TEN PALEC.
Jeszcze żyję!, myślę, byle do samochodu!
Tia... Wsiadam do auta, moja rodzicielka chcąc mi pomóc zamyka drzwi z mojej strony... i przytrzaskuje mi WSZYSTKIE PALCE U NOGI!
Jestem strasznym leniem, a ten obraz miałem powiesić 2 miesiące temu. Jak się zabrałem, tak wylądowałem w szpitalu, gdzie na koniec "przemiła" pielęgniarka zrzuciła teczkę z dokumentami na... moja stopę...
Jakiś czas temu, gdy wracałam z wykładów z prawa jazdy, postanowiłam zajść do sklepu po tymbarka. Wiadomo, pod kapslem zawsze jest jakiś napis.
Byłam bardziej zaciekawiona co jest napisane, niż spragniona. Od razu po wyjściu ze sklepu otworzyłam go.
Pod kapslem był napis "Popatrz w niebo".
Zrobiłam to.
W tym samym momencie ptak zesrał się prosto na butelkę.
Mam taką dziwną przypadłość, że kiedy ktoś na mnie niezasłużenie krzyczy, to zaczynam płakać. A w zasadzie to zanosić się spazmatycznym, niepohamowanym i niekontrolowanym szlochem. Może to jakieś zaburzenie bądź trauma. Nie zastanawiałam się nad tym nigdy dogłębnie, bo zdarzyło mi się to z tego co pamiętam zaledwie kilka razy w życiu. Pominę te z życia prywatnego, te ze szkoły są śmieszniejsze:P
1. Szkoła podstawowa - nauczyciel od niemieckiego nakrzyczał na mnie w czasie sprawdzianu, bo kiedy tłumaczył jedno zadanie, ja pytając o szczegóły nieświadomie podałam odpowiedź. Rozpłakałam się strasznie, cała zasmarkana dokończyłam sprawdzian. Nauczycielowi się zrobiło głupio, do końca roku był dla mnie bardzo miły.
2. Gimnazjum - tym razem opiernicz nauczyciela od chemii za błąd w zadaniu na tablicy, który zrobiłam niechcący (nauczyciel przygotowywał mnie do kolejnego etapu konkursu z chemii i wiedział, że dobrze znam ten materiał). Wstyd mi było jak nie wiem, że się tak zanoszę płaczem, ale nie byłam w stanie przestać, po prostu fontanna łez, siedziałam cała zasmarkana i zapowietrzająca się przez dobre kilkanaście minut. Już pierwszy spazm uciął przykre słowa nauczyciela, który zaczął kontynuować lekcję jak gdyby nigdy nic. Jak tylko zrobiło się ciszej, ja przesiedziałam chlipiąc całą lekcję. Potem rozmawiał z moimi rodzicami, że powinni mi wytłumaczyć, że każdy popełnia błędy, nie jesteśmy doskonali... Nie wiem, czy chodziło o mnie, czy o niego. Ale nigdy więcej nie był dla mnie niemiły.
3. Ech... Studia. Serio. Zajęcia z niemieckiego zawodowego. Odpowiadam na jakieś pytanie używając słowa "Orangensaft". Kobieta od niemca mnie poprawia: "Oranżenzaft". Ktoś wcześniej źle nauczył, bo do tej pory wymawiałam przez "g". Więc odpowiedziałam pytająco, żeby się upewnić: "Oranżenzaft?" I dostaję opiernicz, że jestem bezczelna i że kwestionuję kompetencje wykładowców i coś tam jeszcze. No i włączyła się moja niekontrolowana reakcja obronna. Babka zdębiała. Ja, dorosła kobieta spazmatycznie i donośnie szlocham, ona każe mi się uspokoić, ja mówię, że nie mogę, cała grupa patrzy na mnie zszokowana, ja płaczę jeszcze bardziej i tak do końca zajęć. W szkole to było przynajmniej jedyne 45 minut zajęć, na studiach 1,5 h... Babka powiedziała mi tylko na koniec, że będę miała ciężko w życiu i nigdy więcej nie była kąśliwa.
Ech, jeżeli płacz to broń kobieca, to ja jestem chyba zamachowcem samobójcą...
Dodaj anonimowe wyznanie