#GmOcF

Umówiłam się kiedyś z chłopakiem. Był to znajomy znajomego, więc w efekcie niewiele o nim wiedziałam.
Spotkanie przebiegało w miłej atmosferze i w końcu całkowicie się wyluzowałam. Podłapałam, że mamy podobne poczucie humoru i zaczęłam typowe dla siebie podśmiechujki. Jakiś żarcik o policji, Murzynach, a nawet lekko zahaczyłam o wiarę.
Mojemu towarzyszowi zrzedła mina i stał się jakiś małomówny. Ewidentnie widzę, że coś jest nie tak. Myślę sobie, że tak nie może być! Próbuję go rozweselić kolejnymi żarcikami, nie przeczuwając co się właśnie zbliża.
Kiedy w końcu się odezwał, to mnie zrzedła mina. Byłam pewna, że wyglądam jak bezmózga ameba machająca swoimi nibynóżkami na wszystkie strony, żeby wydostać się z tego bagna w jakie wpadłam.

Jego ojciec jest policjantem, a wuj księdzem.
On chodzi do szkoły policyjnej i jest głęboko wierzący.
Jego rodzice kilka lat temu adoptowali czarnoskóre bliźniaki.

#KSKvS

Kiedy urodziło się nam dziecko, mieszkaliśmy u rodziców męża.  Teściowie mieli taki zwyczaj, że kiedy tylko mały zaczynał płakać, od razu któreś wpadało do pokoju aby go uspokoić, ponosić na rekach itp.
Któregoś ranka naszło nas na szybki numerek. W najciekawszym momencie młody zaczyna płakać w łóżeczku, mąż na mnie, tyłem do drzwi, a tu nagle wpada teść z rękami wyciągniętymi w stronę łóżeczka... Gdy go zobaczyłam, klepnęłam mocno mojego męża, bo chciałam, żeby szybko położył się obok, niestety on, nie wiedząc o co mi chodzi, stanowczo przyspieszył tylko akcję. Teść skulił się, odwrócił na pięcie i cichutko wyszedł z pokoju...
Przez dłuższy czas siedząc przy stole i ogólnie mijając się w domu unikaliśmy kontaktu wzrokowego, ale jedno wyszło nam na dobre - przynajmniej nauczyli się pukać, obydwoje.

#dGlT9

Od kwietnia tamtego roku jestem w związku z chłopakiem. Był cudowny...

Dziś dowiedziałam się, że:

1. Ma 34 lata, a nie 25.
2. Ma żonę i dwójkę dzieci.
3. Mieszka i pochodzi z Katowic, a nie z Warszawy.
4. Oprócz żony i mnie na jeszcze 2 kochanki.

Gratulacje dla mnie, za czujność...

#D5gR6

Co wy wiecie o zażenowaniu...

Około dwóch lat temu dostałem okropnej biegunki. Naprawdę OKROPNEJ. W tym miejscu chcę ostrzec wszystkich, którzy w tym momencie szamią sobie ze smakiem kanapki z szynką i serem - dalej będzie, lekko mówiąc, niesmacznie.

Początku opisywać nie będę. Cóż, sraczka jak sraczka. "Impreza" zaczęła się wieczorem, kilkanaście godzin po pierwszych objawach. Zupełnie straciłem kontrolę nad tym, co się wydostaje mi z tyłka. Nieszczególnie pachnąca wydzielina koloru cynamonowego leciała strumieniami z okropnie dużą częstotliwością i odległością. Łóżko, krzesło, biurko, dywan i podłoga to tylko niektóre z jej ofiar. Na pomoc ruszyli rodzice. Leki zażyte, ale nie pomagają, a taniec z gównem trwa już dobrą godzinę, więc decyzja dość jednoznaczna - jedziemy na pogotowie. Ale wiadomo jakoś trzeba zatamować ten potok ciepłej czekolady. A że mam młodsze rodzeństwo w wieku wtedy 1-2 lat, to gadżet, którego używali miał mi chociaż troszeczkę ułatwić podróż.

Przywdziałem pampersa brata i skrajnie już wycieńczony wraz z tatą udałem się do samochodu. Pewnie zastanawiacie się, jak pampers spełniał swoją rolę? Całkiem nieźle. Przeciekać zaczął dopiero kiedy wyszedłem z samochodu w celu udania się do mego, jak się okazało, azylu. Jasne spodnie, które nie wiem na jaką cholerę założyłem sytuacji nie poprawiały. Ludzie patrzyli na mnie jak na yeti siedzące w UFO. Obrzydzenie na ich twarzach było lepiej widoczne niż u niejednego aktora z Hollywood kiedy próbowałby to zagrać. Czoko płyn już dawno spłynął po nodze, wydostając się przez nogawkę i tworząc świetnie widoczną ścieżkę na jasnych płytkach. Odór był ponoć obrzydliwy. Niewiele pamiętam dalej, bo byłem skrajnie wycieńczony i odwodniony. Do tego niesamowicie śpiący. Wiem, że dostałem coś, co dało mi niesamowitą wtedy ulgę.

Wróciłem do domu, gdzie poszedłem spać w innym pokoju. To był koniec wrażeń dla mnie tej nocy, chociaż rodzice walczyli jeszcze nieco sprzątając łazienkę i mój pokój. Smród było czuć chyba jeszcze przez tydzień.
Tak że jeśli kiedykolwiek pomyślicie, że macie "przesrane" to nie, wcale nie macie. Ale ja miałem.

#ofuh1

Dzisiaj mama mojego chłopaka dostała list z nadleśnictwa, że musi stawić się do nich na rozmowę w celu wyjaśnienia dlaczego późnym wieczorem wjeżdżała do lasu, przy którym stała tabliczka "zakaz wjazdu".
 
Nie mamy odwagi przyznać się, że pożyczyliśmy jej samochód i pojechaliśmy uprawiać tam seks...

#m8xAM

Mój narzeczony często wyjeżdża do pracy na weekendy do Krakowa, dlatego ma tam też małe mieszkanie. Tak i było w ten pamiętny weekend.

Siedząc w domu przy jakiejś starej komedii nagle wpadam na wspaniały pomysł, aby zrobić mu niespodziankę i pojechać do niego, bo przecież na pewno się ucieszy! Więc cóż, długo nie myśląc trochę się "wylaszczyłam", wzięłam ze sobą seksi bieliznę i ruszam.

Jestem na miejscu po dwóch godzinach drogi, gotowa jak nigdy, upewniając się, że nie ma go w mieszkaniu - otwieram, wchodzę, a moim oczom ukazuje się widok rozsypanych płatków róż i oczywiście pięknie zaścielonego łóżka w sypialni. Pierwsza myśl, wiadomo - zdradza mnie. No, ale trzeba się jakoś upewnić. Dzwonię do niego i pytam, czy dzisiaj ma dużo pracy, czy może wróci wcześniej do domu, na co otrzymuję odpowiedź "Wybacz, kochanie, dzisiaj zawalony jestem pracą, wrócę dopiero nad ranem". Ze stoickim spokojem przyjmuję do wiadomości co tak naprawdę będzie tą "pracą", nic nie zdradzając rozłączam się, mając w głowie pewien plan.

Jestem raczej osobą, która sobie w kaszę dmuchać nie da, więc chciałam się lekko zemścić. Ubrana w seksi ciuszki kładę się na tym pięknie posłanym łóżku, czekając na przyjazd gołąbeczków.
Minęło z pół godziny, wtem drzwi otwierają się. Już od wejścia słychać szepty, śmiechy etc. Ciekawa ich min odwracam się tyłem, wypinam i gdy już słyszę kroki zmierzające do sypialni, mówię "Kochanie, tak długo czekałam"...
Odwracając się po chwili widzę mocno zszokowane twarze brata mojego narzeczonego oraz jego dziewczyny.

Cóż, narzeczonego nadal mam, ale w oczy jego brata nieprędko spojrzę.

#gwbeJ

Kilka lat temu, na 2 tygodnie przed naszym ślubem, zginął mój narzeczony. Przeżył misję w Afganistanie, a zabił go pijany kierowca 300 metrów od bezpiecznego domu.

Po jego śmierci całkowicie się rozsypałam. Nie jadłam, nie wstawałam z łóżka, nie chciałam się z nikim spotykać. Odtrącałam każdą pomocną dłoń, ponieważ mój świat się zawalił. Jedyne czego chciałam, to być martwa razem z nim.

Doszłam już do poważnego planowania ile jakich tabletek powinnam łyknąć, by skutecznie rozstać się z tym światem. Ale wtedy pojawiły się sny. Widziałam w nich mojego narzeczonego. Siedzieliśmy na zielonej łące oddzieleni wysokim płotem. Ja strasznie chciałam przejść na jego stronę, ale on mówił do mnie swoim spokojnym głosem, że to jeszcze nie mój czas.

Sama nie wiem dlaczego, ale zaczęło mi to dodawać otuchy. Zaczęłam stawać na nogi, poprosiłam rodziców o pomoc. Znaleźli mi dobrego psychiatrę, który pomógł mi wyjść z depresji i wrócić do żywych.

Nigdy nikomu nie wyznałam co było bodźcem do szukania pomocy, ponieważ moi bliscy są racjonalistami. I tak nikt by w to nie uwierzył, a nie zniosłabym ich pobłażliwych śmieszków. Zresztą, kiedyś sama bym w to nie uwierzyła.
Piszę to wyznanie w kolejną rocznicę Jego śmierci, bo musiałam w końcu się tym z kimś podzielić.

#6URij

Wybaczcie, drodzy Anonimowi, że będzie to wyznanie z przesłaniem. Ale nie mogę pojąć tej głupoty niektórych, a tutaj można dotrzeć do naprawdę szerokiego grona odbiorców, ale do rzeczy!

Mam 20 lat i jestem studentką jednego z kierunków medycznych. I jak to zwykle bywa, po każdym roku trzeba odbyć miesięczne praktyki w szpitalu (na moim kierunku to 4 tygodnie praktyk pielęgnacyjno-pielęgniarskich).
Wybrałam oddział intensywnej terapii i to były jedne z najgorszych tygodni w życiu...

Trafiali różni ludzie, w różnym wieku.
Jednakże najbardziej poruszył mnie pacjent, mój rówieśnik, 20-latek (w historii będzie to "X"). Trafił do nas, jak się domyślacie, po wypadku samochodowym. Ale to nie było najgorsze - wypadki były, są i będą..

Grupa pięciu kolegów wracała autem po piątkowej imprezie, już w sobotę nad ranem, oczywiście wszyscy pijani. Mieli wypadek. Czwórce z nich nic gorszego się nie stało, zwykłe otarcia. X, czyli pasażer, który siedział z przodu, w wyniku wypadku stracił przytomność. Tamci pijani, chcąc chronić swoje cztery litery, najpierw usadzili X na miejscu kierowcy, a później uciekli z miejsca wypadku, oczywiście nie dzwoniąc po żadną pomoc...

X znaleźli po kilku godzinach. Trafił do nas w stanie krytycznym. Miał straszne obrażenia, m.in. złamaną kość skroniową, klinową (czyli kości czaszki), obrzęk mózgu, krwiaka mózgu, niewydolność wielonarządową...
Po niecałym tygodniu zmarł. Zmarł 20-latek, wysportowany, umięśniony, zadbany, przystojny...

Wiem, że zaraz zarzucicie mi, że ludzie, w tym dzieci, umierają i nie ma nad czym się rozwodzić. Owszem. Ale X zmarł przez LUDZKĄ GŁUPOTĘ!! Połowy z tych obrażeń dałoby się uniknąć, gdyby na czas przyjechała pomoc!

Wnioski wyciągnijcie sami. A ja nadal nie mogę się otrząsnąć.

#DX22Z

Trafiłem na jedną opowieść z czasów wojny, więc i ja dodam kolejną.

Moja rodzina od pokoleń mieszka na wsi, której Niemcy strzegli jak oka w głowie. Pewnego dnia dotarła wiadomość, że główny oficer wyjechał. Z tej okazji moja prababcia postanowiła zabić jedna świnkę, aby mieć mięso. Pech chciał, że jeden sąsiad otrzymywał trochę grosza od Niemców, więc gdy tylko się o tym dowiedział, natychmiast poleciał im to zgłosić. Nie zwiastowało to niczego dobrego.

Gdy oficer wrócił, natychmiast udał się do prababci, jednak nie zastał jej w domu. Natychmiast kazał ją znaleźć. Dostał informację, że znajduje się ona na polu, więc zaczęli jej tam szukać. Prababcia leżała w polu i nie mogła się ruszyć, mimo że słyszała zbliżających się Niemców. Nagle jeden z nich nadepnął na nią, ale szybko powiedział: "Leż cicho". Odwrócił się do swojego kolegi i krzyknął po niemiecku: "I czego leziesz za mną? Idź obok, bo nam ucieknie, a tak to może szybciej znajdziemy".

Widać byli wśród nich i dobrzy ludzie. Szkoda, że tak niewiele mogli zrobić.

#yzPWB

Historia o tym, jak zwierzę może uszczęśliwić.

Od paru lat jestem mężatką. Mój mąż, nazwijmy go S, jest marzeniem wielu kobiet, ma wszystkie cechy idealnego mężczyzny, aczkolwiek nie jest to kluczowe w historii. Znam się z nim od dzieciństwa i pamiętam, że zawsze kochał koty. Mógł się z nimi bawić całymi dniami, opiekował się każdą znajdą z ulicy. Mimo tego nie miał swojego zwierzątka, ponieważ jego mama nie zgadzała się na to. Wiele razy prosił ją, a ona zawsze mówiła stanowcze NIE.
Od razu po wyprowadzce od niej zamieszkaliśmy razem. Okazało się, że mam alergię na koty, dokładniej na ich sierść, a też je uwielbiam... S powiedział, że w ostateczności kupimy Sfinksa, no bo kot to kot, on pokocha każdego. Ja wiedziałam, że chciałby mieć puchatego, miłego ragdolla lub rosyjskiego niebieskiego, niestety przeze mnie nie mógł.

Od kiedy tylko się pobraliśmy, chodziłam na odczulanie. Wydałam na to bardzo dużą ilość pieniędzy, ale było warto. W końcu alergia zmniejszyła się na tyle, że mogliśmy zaadoptować/kupić wymarzonego futrzaka.

Znalazłam odpowiednią hodowlę, cena również była w porządku, pojechałam, i miałam w rękach malutką kulkę szczęścia - ragdolla, który był naszą ulubioną rasą. Wszystko bez wiedzy męża.

Gdy wróciłam do domu i pokazałam mu naszego nowego domownika, popłakał się. Płakał jak małe dziecko na widok kotka. Mam nawet zdjęcie, gdy siedzi z nim na rękach i ma łzy w oczach. Niesamowity widok :) Prince jest u nas już od października i S chyba nigdy nie był szczęśliwszy. A ja myślę nad zaadoptowaniem drugiego na jego urodziny... :)
Dodaj anonimowe wyznanie