Kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki, w moim pokoju znajdował się porcelanowy pajacyk wielkości dłoni, który dyndał sobie zaczepiony sznureczkami na uchwycie od okna.
Pajacyk zwrócony był w stronę mojego łóżka, toteż każdej nocy czułam się zaniepokojona widząc te jego malowane oczy wpatrujące się we mnie.
Pewnego dnia zdjęłam go, wzięłam nożyczki i przystawiając mu je do szyi domagałam się odpowiedzi dla kogo pracuje i dlaczego mnie obserwuje.
Wakacje nad morzem. Możliwie najtańszy nocleg, więc toalety i prysznice nie znajdowały się w pokojach, a na końcu długiego korytarza.
Po upalnym dniu piłam wodę jak szalona i co chwila pędziłam za potrzebą. Kolejny raz wykonałam misję mojego pęcherza i zadowolona wyszłam z łazienki. Wtedy jedne z drzwi się otworzyły i wyskoczył chłopak w samych bokserkach.
- Jezu, kobieto! Cisza nocna, a ty tak głośno sikasz i trzaskasz tą klapą! Wiesz jakie tu są cienkie ściany? Jeszcze raz cię usłyszę, a przysięgam, przyjdę do ciebie z pieprzonym pampersem!
I zniknął w ciemności. A ja szybko (i cicho) powróciłam do mej twierdzy, by opanować buraczany koloryt twarzy.
Następnego dnia wpadłam na niego. Poklepał mnie po głowie i pochwalił za późniejsze ciche oddawanie moczu.
Tak poznałam mojego najlepszego przyjaciela. Jak widać, ludzi może połączyć wszystko :)
Kiedy miałam 10 lat, będąc w trzeciej klasie podstawówki, brałam udział w szkolnej wycieczce. Całe 3 dni bez rodziny, w gronie koleżanek i kolegów z klasy minęły w sielskiej atmosferze, bez większych wypadków... Do czasu :)
Był to ostatni dzień wycieczki, spakowani ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, jednak czym byłaby jazda autobusem bez postoju w McDonaldzie. Naszą ukochaną restaurację wypatrzyliśmy na skraju miasta, w dość ruchliwym miejscu, z ogromem klientów. Z polecenia opiekuna przerwa miała trwać 20 minut, tak więc po szybkim zjedzeniu upragnionych hamburgerów większość z nas udała się do łazienki, gdzie znalazłam się ostatnia w kolejce.
Wyobraźcie sobie zdziwienie dziecka, które wychodzi z łazienki, w zupełnie obcym miejscu, ponad 300 kilometrów od domu i nie widzi nikogo znajomego...
Wybiegłam z lokalu w poszukiwaniu przyjaciół, a moim oczom ukazał się ruszający biały autobus wycieczkowy, ten sam, którym miałam wrócić do domu.
Biegiem udało mi się dogonić autobus, przerażenie nauczyciela widzącego jak jego wychowanka w biegu puka w szybkę drzwi autobusu pamiętam do dziś. Okazało się, że przy sprawdzaniu obecności uczniom polecono sprawdzenie, czy partner z ich siedzenia jest obok, a moja koleżanka nie zauważyła braku mojej obecności...
Od tamtego czasu sprawdzanie obecności przebiegało baaaardzo dokładnie, gdziekolwiek jestem na autobus lub pociąg przychodzę dużo wcześniej, a przez ten feralny sprint za autobusem szczerze nienawidzę biegania.
Gdy miałam jakieś 3-4 latka, mój dom był w czasie budowy. Jako iż zbliżał się koniec prac przy naszym domu, moja mama wybrała się na zakupy, ze mną.
Weszłyśmy do jednego ze sklepów z artykułami łazienkowymi i ogólnie z całym wyposażeniem łazienki. Moja mama zagadana z pracownikiem wyżej wspomnianego sklepu, zapewne o najbardziej pasujących płytkach do naszej nowej, wymarzonej toalety.
Mała ja poczułam powiew swobody i odeszłam na chwilę od mamy, trwało to dość długo, a mi zachciało się kupę.
Mój młody, jeszcze dobrze nierozwinięty móżdżek obmyślił, że skoro dużo toalet, to można... I w taki oto sposób załatwiłam się do klozetu na wystawie w sklepie.
Pozdrawiam ludzi, którzy mieli zaszczyt oglądać potem ten klozet, a pracowników przepraszam za to, że musieli po mnie posprzątać :)
Z pozdrowieniami dla wszystkich moich znajomych i całej mojej rodziny, generalnie dla wszystkich, którzy z mety mnie rozpoznają, bo moja mama rozgadała tę historię dosłownie każdemu.
Moi rodzice od dawna chcieli rozbudować nasz mały dom i kiedy im się w końcu po paru latach udało, postanowili zadbać o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.
Mój tata w pewnym momencie oszalał na punkcie wszelkiego rodzaju czujników i w końcu nakupował ich chyba z tonę.
Ta historia dotyczy czujnika gazu.
Tego dnia coś mi odwaliło i robiłam istne mieszanki z jedzeniem. Jadłam ser zawijany z szynką, inny z musztardą, a i tak hitem tego dnia okazał się ser żółty ze słodkim twarożkiem. Mój chłopak i moja mama patrzyli na to z obrzydzeniem i niepokojem, czy aby przypadkiem nie jestem w żadnej ciąży, bo normalnie aż tak jedzenia nie miksuję. Tak czy siak, oni się pokrzywili, a ja pojadłam.
Nadszedł wieczór, chłopak pojechał, ja sobie zaczęłam sprzątać w kuchni, a rodzice oglądali jakiś film w salonie (który jest obok kuchni). W pewnym momencie moje kuchenne rewolucje zaczęły tworzyć żołądkowe rewolucje, a ja poczułam tylko narastający ból i jakby ogromny bąbel powietrza w brzuchu. W kuchni byłam sama, więc postanowiłam skorzystać z okazji i sobie ulżyć. Akurat zbierałam śmieci na łopatkę zmiotką i kucałam tyłem do czujnika (jest mniej więcej na takiej wysokości), kiedy puściłam obrzydliwego, najbardziej jadowitego bąka na świecie. Zamach na World Trade Center w 2001 roku przy nim to pikuś. Ważne jest to, że owy czujnik jest cholernie czuły. Potrafi drzeć się nawet wtedy , kiedy mama używa lakieru do włosów w łazience obok i nie domknie dokładnie drzwi.
Możecie się domyślić co się stało. Okropny czujnik zaczął się wydzierać na cały regulator. Rodzice oczywiście poruszenie, no bo co się dzieje, gaz się ulatnia czy co? I oczywiście bieganie, szukanie, sprawdzanie. Po kilku minutach speszona podeszłam do mamy i zapytałam, czy moje małe perypetie z brzuszkiem mogły być przyczyną uruchomienia czujnika. Oczywiście musiała o tym na głos powiedzieć, a następnie rozgadać to dosłownie wszystkim.
I w ten oto sposób wszyscy śmieją się, że jak będą potrzebować czujnik gazu, to zabiorą mnie ze sobą, żebym go wypróbowała. Plus z tej historii jest taki, że mogę Wam go polecić, bo jest dobry. Taki biały i okrągły, tak że no, polecam.
Na wstępie muszę zaznaczyć, iż z okna w kuchni w moim mieszkaniu mam świetny widok na jeden z pokoi mojej sąsiadki (jest ona w podobnym do mnie wieku). Bardzo ładnej sąsiadki, swoją drogą.
Niestety "świetny widok" działa też w drugą stronę...
A teraz opowieść właściwa. Parę dni temu korzystając z wolności oraz tego, że tata znajdował się w pracy, postanowiłem sobie trochę ulżyć i... zapragnąłem zrobić budyń. Ale nie byle jaki. Śmietankowy! Niestety dopadła mnie zmora każdego faceta: swędzące jądra. A że stałem w samych bokserkach, to postanowiłem natychmiastowo złagodzić nieprzyjemne uczucie, aby Wacław i jego towarzysze czuli się komfortowo. W tym samym momencie spojrzałem w stronę okna i zauważyłem przyglądającą mi się z rozbawieniem sąsiadkę. TĘ sąsiadkę. Tak bardzo się przestraszyłem, że poślizgnąłem się i oblałem mojego skarba wrzącym budyniem.
Wspomnienie tego dnia będzie mnie prześladować do końca mego marnego życia i już nigdy nie zaznam spokoju jedząc tę białą kleistą ciecz.
Jak już pewnie każdy zdążył zauważyć, jedzenie bezglutenowe stało się bardzo modne. Niejednokrotnie spotkałem się z tym, że ludzie nabijają się z osób, które są na takiej diecie.
Ja chcę napisać o tym, jak wyśmiewanie się innych z tej diety prawie... zabiło moją żonę.
Choruje ona na celiakię - chorobę, w której jedynym lekarstwem jest ścisła dieta bezglutenowa. Na czym polega owa choroba? Kiedy osoba chora zje choćby najmniejszą ilość glutenu, w jelicie wytwarzają się przeciwciała atakujące właśnie gluten, niszcząc jelita. Doprowadza to do zaniku kosmków jelitowych, co wiąże się z niewłaściwym wchłanianiem.
Kiedy poznałem moją ukochaną (8 lat temu), dieta ta nie była jeszcze zbyt znana. Gwiazdy nie próbowały się w ten sposób odchudzić, nikt nie wmawiał ludziom, że jedzenie bez glutenu jest zdrowsze. Na początku nie mogłem połapać się w tym, gdzie jest gluten, gdzie nie ma, co mogę podać mojej ukochanej, a co jej poważnie zaszkodzi.
Niedługo po naszym ślubie (4 lata temu), dieta ta zaczęła stawać się modna, a nas cieszyło to - pojawiła się masa produktów, w restauracjach często są uwzględnione dania bezglutenowe. Jednak moda ta spowodowała także dużo złego. Kiedy gdzieś wychodziliśmy (choćby na lody) i pytaliśmy o opcje bezglutenowe, często spotykaliśmy się z nieuprzejmością i uprzedzeniem (modna dieta, na której są gwiazdy by schudnąć - ludzie słyszą głownie o tym, mało kto wie, że niektóre osoby ze względu na zdrowie nie mogą tego jeść). Ciocie czy kuzynki także nabijały się z mojej ukochanej twierdząc, że nic by jej nie było, gdyby zjadła choć troszkę.
Jednak radziliśmy sobie z tym, w sumie nie było się czym przejmować - ludzie niech sobie mówią co chcą, my znamy prawdę i to wystarczy.
Jednak to, co się stało rok temu, przekroczyło wszelkie granice. Poszliśmy do restauracji i zapytaliśmy o opcję bez glutenu. Kucharz zapewnił nas, że przygotuje posiłek specjalnie dla mojej żony, w którym nie będzie żadnych przypraw glutenowych, mąki, itd. Zjedliśmy i pojechaliśmy do domu. Ledwo tam dotarliśmy, żonę zaczął bardzo mocno boleć brzuch. Pojawiły się wymioty, biegunka i gorączka, to było straszne. Zadzwoniłem na pogotowie i ledwo przytomną zabrali ją do szpitala. Jak się okazało, reakcja na gluten okazała się tak mocna, że gdyby nie szybka interwencja lekarska, moja ukochana by nie przeżyła.
Pojechałem do restauracji porozmawiać z kucharzem, powiedział mi tylko, że dieta bezglutenowa to fanaberie, każdy się z tego nabija i on też w nią nie wierzy... Słów mi brakło. Kucharz ten raczej już nie znajdzie pracy na swoim stanowisku (zgłosiliśmy wszystko gdzie trzeba), jednak ile jeszcze takich osób jak on podaje jedzenie innym?
Uważajmy na to, z czego się nabijamy. Inni ludzie biorą to na serio i jak w tym przypadku - mogą kogoś zabić.
Mam 20 lat. W wieku 19 zaszłam w ciążę z moim chłopakiem, którego moi rodzice nie poznali jeszcze wtedy. Ogólnie miałam z nimi dobry kontakt, ale tata zawsze na mnie krzyczał jak coś źle zrobiłam, nawet raz mnie spoliczkował. Bałam im się powiedzieć o tym, że za 9 miesięcy zostaną dziadkami. Moja starsza siostra nigdy nie zrobiłaby takiej głupoty w moim wieku. Przecież ona jest tą idealną wersją dziecka. Wiedziałam, że będę musiała rzucić studia i że będzie nam cholernie ciężko.
Wieczorem Mateusz przyszedł do mieszkania. Kiedy powiedziałam mu, że jestem w ciąży, rozpłakałam się. Nie wiedziałam co mam robić. A on co? Zaczął tańczyć z radości, przytulił mnie, spojrzał głęboko w oczy i uśmiechnął się (kiedy się uśmiecha, wygląda jakby miał pięć lat, taki z niego dorosły 23-latek).
Przyszedł dzień, kiedy postanowiliśmy spotkać się z moimi i jego rodzicami, żeby powiedzieć im "dobrą nowinę". Wolałam spotkać się w restauracji, przy ludziach, by tata się powstrzymał od krzyku. Weszliśmy do restauracji. Rodzice Mateusza czekali już przy stoliku, dosłownie po minucie weszli moi rodzice. Kiedy się przywitali i usiedli, Mateusz wstał, stanął za mną i oświadczył, że cała czwórka będzie miała wnuczkę lub wnuczka. Wtedy mój tata powiedział coś, czego nigdy mu nie wybaczę. Zapytał, czy jest jeszcze szansa na aborcję. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, że płaczę. Mateusz powiedział, że nigdy na to nie pozwoli i jak coś nie pasuje moim rodzicom, to lepiej, żeby już poszli. Co najlepsze moja mama wstała i wyszła, a zaraz za nią tata.
Dziś jestem szczęśliwą mamą, mam najlepszego narzeczonego, najbardziej troskliwych przyszłych teściów i najpiękniejszego synka na świecie. Planuję ślub, za rok chcę wrócić na studia. Z rodzicami nie rozmawiam do dzisiaj. Dzwoniłam do nich milion razy, wysyłałam zdjęcia Przemka, ale oni nic. Tylko oni się ode mnie odwrócili, a reszta rodziny przyjeżdża (nawet babcia i dziadek, starsze pokolenie wychowywane w czasach wojny) i odwiedza całą naszą trójkę.
Kogo można spotkać na świecie.
Wycieczka do Paryża w gronie znajomych. Rozdzieliliśmy się na zasadzie - każdy ma w komórce GPS, to zgubić się nie zgubi - o tej a o tej godzinie spotykamy się tu a tu. OK.
Zwiedzam sobie. Trafiłem na sklep z fikuśnymi alkoholami. Wchodzę i podziwiam wspaniałą kolekcję win i cydrów - których akurat jestem wielkim fanem (niestety w Polsce z cydrami jeszcze kiepsko - ale idzie ku lepszemu). Postanowiłem kupić sobie jedną buteleczkę jakiegoś lepszego na spróbowanie (były tam takie małe - chyba 200 ml - próbki). Oko mi trochę zbielało, jak zobaczyłem ceny... nawet na standardy europejskie niemałe. Ale kij im w oko. Tylko którą - bo wybór ogromny. Zagaduję do sprzedawczyni i wypytuję co i jak (po akcencie raczej nie poznała, że inglisz to nie mój język, bo pracuję w firmie, gdzie się nim posługujemy nagminnie z centralą zagranicą). Ta mi opowiada o markach i rodzajach. Już się zdecydowałem. Wyjmuję portfel i coś mi wyleciało z kieszeni. Schylam się rzucają "no kurde felek". A babka z dużymi oczami "Polak ?".
Ja: "No Polak, na wycieczce".
Się ucieszyła, zaczęliśmy rozmawiać, choć momentami ciężko było zrozumieć przez akcent. Po pytaniu skąd jesteś - "Z Przemyśla" - zbladła. Zawołała męża. Przyszedł. W rozmowie z nim wyjaśniło się zaskoczenie. Czasami spotykali Polaków, ale akurat nie z moich stron. Okazało się, że facet miał ciekawą historię. Jego rodzina - Rosjanie z pochodzenia - osiedli po rewolucji akurat w Przemyślu. Jego ojciec poślubił Polkę spod Przemyśla. Przed wkroczeniem wojsk rosyjskich musieli uciekać - mieli jakieś związki z "Białą" Rosją (antykomunistami) i złapanie to byłby wyrok śmierci. Pomógł im lokalny proboszcz. Zwiali na południe, a potem przez aż Afrykę dotarli do Francji. Gość wypytywał o każdy szczegół, jaki zapamiętał ze wspomnień ojca i dziadka o Przemyślu. Gdy słuchał o odnowionym rynku, starej zabudowie itp. zakręciła mu się łezka w oku. Stwierdził "Może tam nie byłem, ale to moje miasto".
Patrzę na zegarek - o kurza twarz - zagadałem się. Zaraz spotkanie. To dziękuję za ciekawą historię i proszę jeszcze o tamten cydr, bo jestem fanem i w ogóle, i chciałem spróbować. Ten patrzy i mówi: "O nie, mam dla ciebie coś lepszego".
Przyniósł taką skrzyneczkę. Myślałem, że przyniósł mi zestaw próbek. Zapakował do dużej torby i mi wręczył. Pytanie ile za to mam zapłacić zbył szybko "Absolutnie nic. Ale wypić go masz w Przemyślu".
Poleciałem na spotkanie. Dopiero wieczorem otworzyłem skrzyneczkę. W środku była jedna duża butelka zapakowana w "słomę". Fajno. Schowałem do bagażu i OK. Odpakowałem i sprawdziłem dopiero w Polsce. Oko mi zbielało, jak zobaczyłem ile ta butelka jest warta. To było tyle, co moje półroczne zarobki... a dobrze zarabiam.
Ale dotrzymałem obietnicy. Ze znajomą wypiliśmy ten cydr w Przemyślu - w restauracji przy starym rynku.
Słowo o mnie: boję się strzykawek i igieł.
Kiedy miałam 4 albo 5 lat, mama zabrała mnie na kontrolę oraz szczepienie do lekarza. Kiedy pytałam się po co tam idziemy, mówiła, że pani doktor tylko mnie zbada i sprawdzi, czy wszystko jest dobrze. Wiedziała, że bardzo boję się zastrzyków, więc nie wspominała o szczepieniu.
Krzyczałam? Uciekałam? Nieee, to nie było w moim stylu. Całą wizytę byłam grzeczna, w momencie szczepienia zamknęłam oczy, uroniłam łzę i przecierpiałam.
Prawdziwa akcja działa się jednak po wyjściu z gabinetu. Jak zareagowalibyście, słysząc z ust 5-letniej dziewczynki słowa "Ty wyrodna matko! Kochasz ty jeszcze dziecko swoje?!".
Tak... Ludzie patrzyli się na moją mamę jak na potwora, a ona w szoku złapała mnie za rękę i prawie wybiegła z poczekalni. Kiedy teraz o tym myślę, to aż mi jej szkoda :D
Dodaj anonimowe wyznanie