Ostatnio przeczytałam wyznanie o tym, jak dziewczyna udawała, że ma skręconą kostkę i postanowiłam podzielić się z wami moją historią.
Upalny dzień, nikomu nic się nie chce i ostatnia lekcja - WF...
Ja jako kreatywny człowiek stwierdziłam, że trochę pokuleję i sobie cały tydzień nie będę ćwiczyć. Jako geniusz zbrodni kulałam też w domu.
Nadszedł dzień, w którym mama zabrała mnie do lekarza. Oczywiście jechałam tam ze spokojem, bo nic mi nie było, więc nie powie mi nic, czego bym usłyszeć nie chciała (a dodam tylko, że mimo że chciałam się wymigać od ćwiczeń, jestem typem sportowca). Lekarz po prześwietleniu stwierdził, że mam rzadką chorobę kolana... Minęły ponad 3 lata, a ja dalej nie ćwiczę na WF-ie :/
Hej, opowiem wam historię, która wydarzyła się na pogrzebie mojego dziadka, oraz o tym dlaczego się wydarzyła, ale o tym za chwilę.
Od paru miesięcy przed śmiercią dziadka miałam dziwne dolegliwości: wzmożone pragnienie (potrafiłam wypić nawet 6 l napojów dziennie), bardzo częste oddawanie moczu (wytrzymywałam max godzinę bez pójścia do toalety, nawet w nocy), osłabienie, nudności, nawet zaczęłam sypiać w dzień. Wydawało mi się to dość niepokojące, ale mama nie chciała pójść ze mną do lekarza. Powtarzała tylko, że mam tyle nie pić, to i do toalety nie będę biegać co chwilę. Nie udało się, ponieważ pragnienie było zbyt duże. No cóż, będę tak żyła, chociaż chodzenie do toalety co niecałą godzinę było dość męczące.
Nadszedł czas pogrzebu, wchodzimy do kościoła, msza odprawiana, a mi w połowie strasznie zachciało się siku, a w pobliżu nie było żadnej toalety, chyba że wparowałabym do najbliższego bloku, zapukałabym komuś do drzwi i spytała, czy mogę się załatwić. Stoję w kościele i czuję, że zaraz nie wytrzymam. Szturam najpierw mamę, że muszę szybko jechać do domu, bo zaraz się posikam. Ona jednak powiedziała, żebym nie zachowywała się jak małe dziecko, że wytrzymam. Następnie powiedziałam o tym tacie, by jak najszybciej zawiózł mnie do domu. Widział, że mówię serio, więc jak najszybciej poszliśmy w stronę auta.
Niestety. Kiedy wyszłam z kościoła poczułam, że zawór puszcza... Idąc chodnikiem zaczęłam sikać! Nie wytrzymałam. Ludzie dookoła się na mnie patrzą, a ja cała czerwona i rozpłakana zaczęłam biec do samochodu. Tata widząc to wszystko prędko odpalił samochód i pojechał ze mną do domu, abym się przebrała, bo zaraz trzeba iść na cmentarz pochować dziadka...
Kiedy dotarliśmy na cmentarz mama była wściekła, że nie mogłam wytrzymać, że nie wypada wychodzić z pogrzebu własnego dziadka. No cóż, wtedy jeszcze nie wiedziała co się stało.
Parę dni po wszystkim zostałam na kilka dni u babci, aby po śmierci jej męża nie została sama. Kiedy babcia zauważyła moje silne pragnienie i częste odwiedzanie łazienki, zaczęła się niepokoić. Powiedziała mojej mamie, żeby jak najszybciej zabrała mnie do lekarza, bo to nie jest normalne, że aż tak chce mi się pić.
Mama posłuchała babci i jeszcze w tym samym tygodniu pojechałyśmy do lekarza. Zbadał mnie, a następnie kazał przyjść na pobranie krwi oraz miałam przynieść pojemniczek z moczem.
W czwartek rano pojechałam oddać krew, a po południu dzwonili z ośrodka, że mam jak najszybciej zgłosić się po skierowanie do szpitala.
Okazało się, że mam cukrzycę i gdybym dalej żyła tak jak żyłam wcześniej, mogłabym zapaść w śpiączkę cukrzycową...
Może ta historia nie jest bardzo porywająca, ale chciałam ostrzec ludzi, którym również towarzyszą takie same dolegliwości, by jak najszybciej zgłosili się do lekarza.
Pozdrawiam!
Prawdziwe anonimowe z mojej strony, bo nigdy, przenigdy o tym nikomu nie opowiadałem. Wie o tym tylko osoba, której dotyczy ta historia.
Gdy miałem około 8 lat, zostałem wysłany na kolonie z Caritasem (czy jakkolwiek to się zwie). Rodzicom się nie przelewało i ledwo wiązali koniec z końcem, żebyśmy mogli w miarę na poziomie żyć, a tego rodzaju kolonie były dość mocno dofinansowywane. Udało się wyjechać, dzieci szczęśliwe bo kolonie i jadą nad Polskie morze.
Na wyjeździe było kilka grup wiekowych i odpowiednio podzielone na pokoje. Perypetii było dość sporo przez cały okres kolonii, jednak najbardziej zapadły mi w pamięć wydarzenia związane z seksem. Tak - z seksem.
Wyobraźcie sobie, że 8-latkowie zamykali się w pokojach i chwalili swoimi narządami, który ma większego, a który ma jakie jajka itd. Jednak nawet to nie był ostateczny hardcore dla mnie.
Nie wiem czemu, ale większość chłopaków miała pozsuwane łóżka i spali właściwie razem, w tym ja z jednym kolegą. Którejś nocy ów kolega, zapytał mnie czy wiem jak wygląda seks i czy kiedyś to robiłem. Ja niezbyt doświadczony na tamten moment, oczywiście odpowiedziałem, że nie, więc spytał czy chcę spróbować. Zachęcony wybrykami z poprzednich dni, stwierdziłem, że co mi szkodzi - przynajmniej dowiem się jak to jest (w tamtym wieku nawet nie interesowały mnie jeszcze dziewczyny i nie wiedziałem, że to zazwyczaj jest relacja chłopak-dziewczyna, nie widziałem w tym nic dziwnego).
Podnieciliśmy się obaj już na samą myśl, więc nasze narzędzia były gotowe do pracy i... zaczęliśmy się po prostu 'stukać grzybami'. Tak. Dokładnie to robiliśmy. Co prawda szybko nam się znudziło, bo zaczęło boleć, ale wciąż ;)
Podsumowując: mój pierwszy raz przeżyłem z chłopakiem w wieku lat 8, ocierając i stukając się narządami. Całe szczęście nie pamiętam już jego twarzy ani nawet imienia.
P.S. Jeśli jakimś cudem to czytasz, zapomnij o tej sytuacji xD
Mam chłopaka. Pierwszego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mam 56 lat.
Ostatnio przeczytałam tu kilka historii z czasów wojennych, dlatego postanowiłam, że ja również podzielę się takim wyznaniem. Historię opowiedziała mi babcia, nie będzie ona jednak miała szczęśliwego zakończenia.
Moja babcia urodziła się w 1939 r., a więc dokładnie w roku, w którym wybuchła II wojna światowa. Przez pierwsze kilka lat swojego życia wychowywała się bez ojca, ponieważ kilka dni przed jej narodzinami trafił do obozu pracy. Gdzie? Nie wiadomo, nigdy się do tego nie przyznał. Dlaczego tam trafił? Bez powodu, po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Wyszedł z domu i już nie wrócił. Po kilku latach cała rodzina straciła nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczą. Od tej pory babcia, jej matka i starsze rodzeństwo musieli sobie radzić sami.
Jest rok 1943, babcia bawi się podartą, szmacianą lalką w kuchni. Nagle słyszy, że przed domem coś się dzieje. Jako że małe duszyczki są bardzo ciekawe świata, czym prędzej pobiegła zobaczyć co się dzieje. Kiedy dobiegła na miejsce stanęła jak wryta. Jej oczom ukazał się potwór niczym z koszmarów. Był nawet straszniejszy niż żołnierze, którzy od czasu do czasu gonili po mieście młode dziewczyny i cuchnęli alkoholem. Potwór był wysoki, brudny, w podartym ubraniu. Wyglądał jak śmierć, brakowało mu tylko kosy. 4-letnia wówczas babcia uciekła z płaczem i schowała się pod łóżko. Jakie było jej zdziwienie, gdy mama razem ze starszym rodzeństwem rzucili się zjawie na szyję i wypłakiwali oczy ze szczęścia. Najdziwniejsze było to, gdy mama oznajmiła wszystkim, że potwór już zawsze będzie przy nich. Najgorsze zaczęło się później. Straszydło zostało w domu. Przytulało i brało na kolana przerażoną czterolatkę, która za każdym razem zanosiła się płaczem. Mijały kolejne tygodnie. Babcia przyzwyczaiła się do obecności potwora. Nie mogła jednak zrozumieć dlaczego co noc potwór budzi wszystkich krzykiem, dlaczego boi się każdego hałasu, dlaczego ucieka, kiedy słyszy ujadające psy, dlaczego chowa się pod stół i płacze w kącie i co najważniejsze, dlaczego wszyscy każą jej mówić do niego "tato"?!
Minęło wiele lat, zanim moja babcia zrozumiała co się stało i kim jest człowiek, który tak nagle z nimi zamieszkał. Mimo iż próbowała, nigdy nie pokochała go taką miłością, jaką dziecko darzy swoich rodziców. Nie potrafiła. To co spotkało go w obozie zbyt mocno wpłynęło na jego psychikę. Nigdy już nie był takim samym człowiekiem. Nie potrafił odnaleźć się w społeczeństwie. Zawsze był smutny, przestraszony, wycofany i sprawiał wrażenie niezwykle zmęczonego, tak jakby nie miał już żadnych sił do życia.
Spotkałam się niedawno z mężczyzną poznanym w internecie na portalu randkowym. Jako że jestem lekko nieśmiała, trudno nawiązuję kontakt wzrokowy na pierwszym spotkaniu.
Sytuacja: siedzę sobie z tym mężczyzną w parku, podziwiam piękno przyrody, gdy pada z jego ust pytanie:
- To ty masz autyzm, że tak wzrokiem uciekasz?
Za przeproszeniem kopara mi opadła, gdy się zapytał, a szok mój trwał naprawdę długą chwilę.
Na anonimowych przeczytałem wiele interesujących opowieści. Postanowiłem podzielić się moją historią.
Było to dawno, dawno temu...
Dużo padało przez ostatnie dni. Tego dnia było gorąco.
Cmentarz. Kieruję się do pompy z wodą. Nalewam płynu w celu podlania kwiatów na rodzinnym nagrobku. Podlewam. I wtem... zapada się sąsiedni grób... tak, pod ziemię... a ja... Z NIM. Nie no, nie było tak źle, jakiś starszy pan mi pomógł się wydostać i tyle. Nie było głęboko ;)
Mam wspominać to z uśmiechem na twarzy, czy dreszczami na plecach?
Właśnie skończyłam oglądać dość straszny horror, który podesłała mi znajoma, gdy bardzo zachciało mi się pić. Jednak, jako że mieszkam na 1 piętrze, musiałabym w tym celu zejść po schodach, na parter do kuchni. A ponieważ jestem leniwą istotą przez kilka minut musiałam zastanawiać się czy opłaca mi się schodzić. W końcu jednak pragnienie wzięło górę.
Jako, że było już dość późno, a ja nie chciałam budzić pozostałych domowników, zeszłam po cichu na dół, nie zapalając nawet światła (moja mama jest na to bardzo wyczulona i od razu zerwałaby się z łóżka) z telefonem jako latarką. Człapię się więc do kuchni z umęczeniem na twarzy. Na miejscu zauważam jednak, że nie ma żadnej otwartej butelki z napojem i trzeba zejść, aż do piwnicy. Znowu rozważam wszystkie za i przeciw, ale w końcu schodzę po tych cholernie stromych schodach, aż do piwnicy.
Wszędzie ciemność. Żadnej żywej duszy. Serce bije jak oszalałe. Podchodzę. Jest. Biorę pierwszą z brzegu butelkę z Tymbarkiem. Odkręcam nakrętkę. Z przyzwyczajenia zerknęłam na napis na zakrętce i omal nie zadławiłam się napojem. Co było na nakrętce? "Czekałem tu na Ciebie".
W życiu tak szybko nie pokonałam drogi do mojego pokoju.
Wszystko działo się jakieś 5 lat temu. Pierwsza gimnazjum i te sprawy. Od zawsze miałam małe piersi, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Pewnego dnia podczas przebierania się na WF, zaczęły się docinki z tego powodu. Nie bolało mnie to. Bardziej zdziwiło, bo miało to miejsce w maju. Wcześniej nikt się nie odzywał a tu nagle takie coś, dosłownie z dnia na dzień. No ale dobra, jakoś zniosłam ostatnie tygodnie szkoły, bogate w dowcipy na ten temat.
Już w pierwszym tygodniu wakacji zaczęły mnie boleć piersi. Miałam uczucie, że dosłownie puchną. Szybko zorientowałam się, że po prostu rosną. Ok, spoko, taki wiek. W ciągu dwóch miesięcy urosły z miseczki A do C (z perspektywy czasu nie wiem jak to możliwe).
Po powrocie do szkoły znowu się zaczęło, tyle że z "deski" stałam się "tą, co wypycha sobie stanik". Znów przed WF-em dziewczynie, która zawsze najbardziej się naśmiewała, wyjątkowo "udał się" kolejny żart, dotyczący mojego "ukrywania płaskości chusteczkami". Odpięło jej się ramiączko biustonosza. Widocznie gestykulowała zbyt zamaszyście. I co się stało? Jak możecie się domyślić, wypadło jej kilka chusteczek, pełniących rolę wypełniaczy.
Mam 18 lat, bogatych rodziców, stertę niepotrzebnych, drogich ubrań, piękny dom, jestem jedynaczką i podróżuję 3 razy do roku ze znajomymi lub ciocią. Każdy myśli, że takie życie jest idealne. Nie, nie jest.
Pod przykrywką pięknego domu kryli się ludzie, którzy tak naprawdę siebie nie znali. Ja i moi rodzice, którzy w domu są między jednym wyjazdem służbowym a drugim, aby przepakować walizki. Bardziej niż własnego tatę znam naszego ogrodnika, który nie wiem po co nam jest potrzebny, skoro czasu w ogrodzie rodzinnie nie spędzamy. Częstą formą kontaktu jaką miałam z rodzicami był Skype,10-minutowe rozmowy dla zasady. Pozostawały jeszcze SMS-y, które jako jedyne ratowały ich przed opinią "niepamiętających o córce rodziców'' w moich oczach.
Przed każdym ważnym wydarzeniem dostawałam spersonalizowane wiadomości od nich. Po przeczytaniu ich czułam zdziwienie, że moi rodzice mimo tak rzadkich rozmów znają mnie tak dobrze i pamiętają o wszystkim. Mimo tego całkowitego braku czasu dla mnie, kochałam ich bardzo. Wiedziałam, nie mogę zabronić im rozwijania się zawodowo, skoro to ich czyniło szczęśliwymi (pozornie).
Wśród wielu znajomych jakich miałam, Kasia była najlepsza. Jej mówiłam wszystko. A wiecie, jak ktoś nie ma "miłości'' w rodzinie, to szuka jej u przyjaciół.
Przejdźmy do rzeczy...
3 miesiące temu miałam ważny konkurs taneczny w mieście obok. Trenuję taniec od 7 lat. Oczywiście przed samym wyjściem na scenę dostałam dopingującego mnie SMS-a od rodziców. "Kochanie, jesteśmy z Ciebie tacy dumni. Wiemy, że zatańczysz najlepiej jak umiesz, czyli jak profesjonalista. Stać Cię na to. Przepraszamy, że nas tam teraz nie ma. Kochamy Cię. Mama i Tata''. Po przeczytaniu dostałam wiatr w żagle. Zdobyłam pierwsze miejsce i awans do następnego etapu. Wszystko było cudnie, do czasu gdy...
Miesiąc po konkursie wrócili rodzice do domu. Zero, żadnych gratulacji na żywo, niczego. Trochę mnie to zdziwiło, no bo w końcu jest co "opijać''. Podczas kolacji zaczęliśmy rozmawiać.
- Mamo, nie pogratulujesz mi?
- Ale czego?
- No ej! Tato, ty też już zapomniałeś?
- Ewelina, powiedz o co chodzi, a nie bawisz się z nami w zgadywanki.
Zamilkłam. Zobaczyłam jak zmieszana mama idzie do sąsiedniego pokoju zadzwonić. Po powrocie odrzekła.
- Skarbie, przepraszam, że zapomnieliśmy. Występ taneczny. Wiesz, tyle się dzieje i o SMS-ie pamiętaliśmy, a teraz nam umknęło. Przepraszamy.
Coś mi nie pasowało. Sprawdziłam z kim rozmawiała mama. Był to numer Kasi.
Rodzice kupili jej telefon i kartę, aby mogła wysyłać mi SMS-y w ich imieniu, bo oni są zapracowani. Dodatkowo jej za to płacili.
Do dziś jestem w szoku. Wyprowadziłam się. Rodziców nie chcę znać. Kaśki też nie. Człowieka nie da się kupić prezentami. Rodzic to obecność. Niektórzy powinni zająć się tylko robieniem kariery. Pieniądz niszczy rodzinę i miłość.
Dodaj anonimowe wyznanie