#W2sQP

O tym, że święty Mikołaj nie istnieje dowiedziałam się w 1 klasie podstawówki, na lekcji, kiedy moja wychowawczyni przy okazji omawiania tematu świąt zapytała: "A pamiętacie dzieci jak to było, kiedy rodzice wkręcali wam, że to Mikołaj roznosi prezenty? Pamiętacie jak to było, kiedy zorientowaliście się, że on nie istnieje?".
Byłam w szoku. Potem płakałam jak bóbr.

#l0oLL

Niedawno postanowiłam przyjrzeć się placu zabaw, na którym codziennie bawi się moja siostra.
Chciałam przyjrzeć się głównie temu, w co bawią się w tych czasach dzieciaki.

Jedna dziewczynka żałośnie wiła się na ziemi mówiąc przy tym "czy jesteście gotowi? Sexmasterka jest zawsze gotowa", a wokół niej zebrała się grupka innych dzieciaków bacznie się jej przyglądających...

Mieli po 5-6 lat.

#dYnUS

Więc ten...
Przyszło mi mieszkać przez blisko dwa tygodnie u bliskiej rodziny, w mieszkaniu znajdującym się poza granicami naszego pięknego państwa. Jako iż pokoi niewiele, a ludzi sporo, przydzielono mi sypialnię wujostwa. Wielkie łoże dzielić miałam z własną rodzicielką, co szczerze mi nie przeszkadzało.

Czas mijał; ptaszki śpiewały, chrząszcze bekały, no cokolwiek. Od kilku dni, podczas snu, w głowę uwierało mnie coś twardego. Mózg mój ubzdurał sobie, iż jest to dezodorant. Ot, kształt podłużny, twardy, cóż innego mogłoby to być, jak nie dezodorant pod materacem? Miarka się jednak przebrała, ciekawość wzięła górę - no cholibka, trzeba sprawdzić, nikt normalny nie trzyma takich rzeczy pod poduszką!
Niczego nieświadoma mama kimała obok w najlepsze, gdy jej nastoletnia córka odkryła pięknego, wspaniałego, niebieskiego dildocha własnej ciotki, który nikomu nie wadząc (prócz mej głowy), grzał swoje miejsce pod materacem.
Trauma traumami, sranie w banie, żadnej nie mam. Patrząc jednak w oczy ciotki... Cóż, niebieski dildos faluje po jej pięknych, równie błękitnych oczach.

#Ruq3K

Napisałam tu kiedyś wyznanie, w którym opowiadałam o niefortunnej "nauce" tańca, jakiej udzielił mi pewien starszy jegomość na imprezie rodzinnej [tu: UNF1G] W komentarzach napisaliście, że nie powinnam się tym przejmować, tylko próbować tańczyć.

Okazja nadarzyła się na tegorocznych wakacjach, gdy mój hotel zorganizował dyskotekę, a mnie do tańca zaprosił pewien młodych chłopak. Początkowo się migałam jak mogłam, ale przyszedł raz, drugi i trzeci. Pomyślałam sobie, co mi tam, jestem w obcym kraju, za kilka dni wyjeżdżam i tyle mnie widzieli. Idę, potrzymajcie mi okulary.

Chłopak albo miał coś wspólnego z tańcem, albo w genach odziedziczył to nieziemskie wyczucie rytmu i ruchy, bo tańczył jak zawodowiec. I wywijał mną piruety jak szmacianą lalką. Dla odmiany był naprawdę miły, ale widziałam to zażenowanie w jego oczach. Nie wiem, czy to mnie zestresowało, czy te dzikie obroty... W każdym razie, po skończonym tańcu, zwymiotowałam mu na buty.

Kurtyna, do widzenia, pozamiatane.
Nigdy więcej nie zatańczę.

#rRP9m

Mam dwie młodsze siostry (bliźniaczki), kiedy się urodziły miałem 4 lata, nikt ich nie rozróżniał, nawet rodzice. Za to ja od samego początku zawsze doskonale wiedziałem, która jest która.

Na każdym zdjęciu siadałem tak, że po lewej stronie miałem Anię, a po prawej miałem Hanię :D Nikt mi wtedy nie wierzył, że potrafię naprawdę je rozróżnić, ale w moich oczach pomimo że są identyczne, to naprawdę się różnią.
Minęło 15 lat, a rodzice dalej nie wiedzą, która na zdjęciu to która.

Czasami się zastanawiam, czy moi rodzice mają świadomość, że dziewczyny nadal ciągle się zamieniają. Stałym elementem ich zamiany jest to, że jedna odwiedza ciągle dziadka i babcię ze strony mamy, a druga babcię i dziadka ze strony taty. A co niedzielę na obiadach u dziadków udają, że raz odwiedza ich jedna wnuczka, a raz druga. Nie muszę mówić, że są według dziadków najlepszymi wnuczkami z całej rodziny.
Zaczynam żałować, że to ja nie mam bliźniaka :)

#zhp6p

O tym, jak moi rodzice narobili wstydu komuś innemu niż mi.

Moi rodzice są dosyć złośliwymi i nieco ekscentrycznymi ludźmi. W gimnazjum wstyd mi było przyprowadzać znajomych do domu, bo wiedziałam, że mogą coś wywinąć - tutaj strzelić jakimś niewybrednym żartem, tam zdradzić mroczny sekret mojego dzieciństwa.

Do liceum chodziłam z moim kuzynem, równolatkiem. Ja - mały nerdzik w glanach, on - dwumetrowy sportowiec otoczony wianuszkiem lasek. Wiadomo, siara mieć taką kuzynkę, więc odzywaliśmy się (a w sumie to on, bo ja nie miałam problemów z mówieniem mu "cześć" na korytarzach) do siebie na imprezach rodzinnych. Moi rodzice w jakiś sposób dowiedzieli się o tym i już następnego dnia przyjechali po mnie do szkoły.

Idąc ścieżką nie wiedziałam, że kuzyn skończył lekcje o tej samej godzinie. Widzę rodziców, uchachana, witam się z nimi - ale tato patrzy gdzieś za mnie. Odwróciłam się, a tam kuzynek, jak zwykle - ze świtą pustaczków u swego boku. Tato jedynie się uśmiechnął i ryknął tak, że usłyszało go pół szkoły:
- BĄBELECZKU TY! MAMUSIA NA CIEBIE CZEKA ZE STYGNĄCĄ KASZKĄ, PODWIOZĘ CIĘ DO NIEJ, BO TĘSKNI!

Nie muszę mówić, że stado lasek, prychnąwszy wymownie, nagle gdzieś się rozpłynęło, ja z atakiem śmiechu w aucie, a kuzyn minę może i miał twardą, ale twarz przypominała kolorem cegłę.
Ale przynajmniej od tamtej pory normalnie się do mnie odzywał w szkole.

#GppA3

Do rzeczy. Mam przyjaciela, który jest gejem. Od zawsze dużo koleżanek prosiło mnie o jego numer, żebym coś o nich wspomniał itp., co zawsze wiązało się z dyskretnym spławieniem ich z mojej strony.
Kilka dni temu podczas wypadu na piwo dowiedziałem się, że prawie wszyscy jego znajomi mają na mnie ochotę...

Nie, nie zostałem gejem.
Tak, oboje jesteśmy singlami.
Nie, nie ma sprawiedliwości na tym świecie...

#tpEOL

W liceum mieliśmy bardzo fajnego, ogarniętego księdza.
Zawsze pomagał w trudnych sytuacjach, często żartował z nami. Miał bardzo dobry kontakt z uczniami. Czasem nawet za dobry...

Okazało się, że moja koleżanka z klasy zaszła z nim w ciążę.
Ksiądz porzucił swoje dotychczasowe zajęcie i razem wychowują córeczkę :)

#l1MvW

Na początku jeden ważny fakt - mam problem w jednej nodze. Rozwalony staw skokowy, który czasem mi wyskakuje i wtedy już kompletnie nie mogę polegać na jednej nodze, jeśli chodzi o trzymanie równowagi.

Ostatnio wracałam do domu jak zawsze autobusem, niestety pech chciał, że wypadł mi staw skokowy i ledwo się doczołgałam na przystanek, a jak przyjechał autobus, od razu z wielką ulgą zajęłam wolne miejsce, które było najbliżej przednich drzwi wejściowych.

Na następnym przystanku widzę ją, starsza pani biegnie sprintem, motorek w dupie ma całkiem niezły, wielki podziw dla niej, wpada do autobusu. Stanęła nade mną i sapie, wzdycha, wznosi oczu ku niebu. Nagle nie wytrzymała i mówi do mnie "Nie widzisz jakie tu są naklejki?". Owszem, widziałam: inwalida, osoba starsza, matka z dzieckiem, kobieta w ciąży, jednak ona jakby tamtych naklejek nie widziała, tylko tę z ludkiem przedstawiającą osobę starszą. Grzecznie odparłam, że za mną są wolne dwa miejsca, może zrobić ten kroczek dalej i spokojnie sobie siąść, bo niestety ja nie dam rady. Co usłyszałam? "To jest MOJE miejsce". Od 30 lat zajmuje to samo, to nic, że wcześniej w starym Jelczu, a teraz w nowym Solarisie, to jej miejsce, oplute jadem - zaklepane.

Owa pani nie dawała za wygraną, ale przestała się odzywać, tylko stała i sapała i miałam nadzieję, że już żadnej przygody z nią mieć nie będę. Nadzieja matką głupich. Zbieram się do wysiadania, pani nie dała mi możliwości przytrzymania się czegokolwiek, więc moje wysiadanie wyglądało dość... dziwnie. Kiedy już podeszłam do drzwi, które się otworzyły, pani z całej siły pchnęła mnie w plecy.

Wylądowałam jak długa. Z bólu miałam łzy w oczach. Moje nogi prawie znalazły się pod autobusem. Pani zrujnowała efekty paromiesięcznej pracy nad moją nogą (zabiegi, rehabilitacje), dzięki czemu moja noga nie była aż tak zrujnowana. Mam teraz nogę w stabilizatorze i każdy krok to udręka. Muszę od nowa zaczynać pracę nad tą nogą. Dziękuję ci za to, schorowana emerytko.
Dodaj anonimowe wyznanie