Kilka słów wstępu...
Mam przyjaciela - Marcina. Marcin jest przystojnym mężczyzną ze złotym sercem. Ma 26 lat.
Ja - 23 lata, ułożona, drobna, odważna, brunetka z piwnymi oczami.
Mieszkamy w odległości 2 km od siebie w jednym z dużych miast. Każde z nas ma pracę i wynajmuje mieszkanie.
Poza długim stażem przyjaźni i wieloma godzinami picia wina, łączy nas nałogowe czytanie anonimowych oraz spora ilość nieudanych związków. Ostatnio nawet śmieliśmy się, że mamy już nawet swój "rytuał rozstaniowy".
Marcin po ostatnim swoim rozstaniu z pewną kobietą, powiedział, że na razie da sobie spokój. Jak będzie, to będzie.
Ja natomiast byłam wtedy w związku z Tomkiem, który okazał się dupkiem do granic możliwości, więc rozstaliśmy się.
Jak to w takiej sytuacji bywa, należy uruchomić "rytuał rozstaniowy".
Dzwonię do Marcina.
Ja: Hej, kup wino i wpadaj.
Marcin: Jezu, już myślałem, że weźmiesz z nim ślub! Przecież już trzy miesiące się spotykaliście! :D
Przyjechał, opowiedziałam mu wszystko. Dobrze, że kupił więcej wina, a i ja coś jeszcze miałam:) No i zeszliśmy na temat seksu. Nie było to dla nas krępujace w żaden sposób (wino+wieloletnia przyjaźń). Opowiadaliśmy sobie kto był jaki w łóżku i takie tam.
Nagle Marcin powiedział : "No, ciekawe jaka ty jesteś w łóżku, pewnie nawet nie umiesz się całować". Był to oczywiście żart, ale stwierdziliśmy, że w sumie wiemy o sobie wszystko poza tym. Zaczęliśmy się więc całować. Nagle pod wpływem wina, emocji i przyjemnego pocałunku zaczęliśmy się nawzajem rozbierać i wylądowaliśmy w łóżku. Nigdy w życiu nie przeżyłam czegoś wspanialszego (mówię tu oczywiście o doznaniach cielesnych).
Na drugi dzień Marcin znowu został u mnie, na trzeci też, i tak minął mam rok.
Marcin zrezygnował z drugiego mieszkania i przeprowadził się do mnie, gdyż moje mieszkanie jest większe. Jednak mimo tego, że jest jak jest (nadal ze sobą sypiamy), żadne z nas nie składało żadnej deklaracji. Jednak przestaliśmy chodzić na randki i skończyły się nasze problemy z płcią przeciwną. Ogólnie jesteśmy szczęśliwi.
A teraz najważniejsze...
Dla Was jest to anonimowa historia jakiejś dziewczyny o jakimś chłopaku.
Jednak ja wiem, że Marcin na pewno to przeczyta. Domyślam się też, że będzie wiedział o kim piszę :)
Tak więc mam dla Ciebie wiadomość, Marcinku...
JESTEM W CIĄŻY :)
Kiedyś, w odległych czasach (czyt. gdy miałam 8 lat), grałam z koleżankami i kolegami w butelkę niedaleko domu jednego z nich, na polance. Grał też z nami znajomy z klasy, który był chory psychicznie (nie pamiętam na co dokładnie chorował, wiem, że miewał dziwne zachowania, wybuchał itd.).
Więc wracając do butelki: Padło akurat na tego kolegę, a że wybrał wyzwanie, moja koleżanka wpadła na iście genialny pomysł, a mianowicie chłopak ten miał pokazać swojego siusiaka. Ukryliśmy się więc swoją zwartą grupką za drzewami i oglądaliśmy jego klejnoty. Żeby nie było, chłopcy zazdrośni o kolegę również chcieli to zrobić i po chwili żaden z nich już nie miał na sobie nic.
Myślicie, że to koniec? O nie!
Dziewczynki (w tym ja) również chciały być jak chłopcy. Każdy zaczął każdego dotykać w intymnych miejscach, a jeden chłopiec pamiętam nawet stękał (dziś już wiem dlaczego).
I tak oto właśnie przeżyłam swoją pierwszą (i ostatnią!) orgię w życiu.
Mam siostrę, z którą jeszcze kilka lat temu mogłam przegadać dosłownie całe życie, a tematy do rozmów i tak by się nie skończyły.
Mimo tych kilku lat i odmiennych charakterów byłyśmy jak przyjaciółki. Najpierw wspólne koleżanki w piaskownicy, później wspólne imprezy, wspólne szukanie rozwiązań problemów dorosłych. Do czasu.
Każda z nas poszła w swoją stronę. Obie założyłyśmy rodziny, każdy dorabiał się na swoim. Jej szło o wiele lepiej, własny dom, firma, ale nigdy jej nie zazdrościłam, bo wg mnie są to tylko rzeczy materialne, można bez nich żyć. Jednak razem z majątkiem i innym otoczeniem zmienił się jej pogląd na świat. Doszło do tego, że dzisiaj dowiedziałam się od siostrzeńca, którego spotkałam na ulicy, że rodzice nie pozwalają mu do nas przyjeżdżać, a on tak za nami tęskni.
Nawet nie wiecie, jak to cholernie boli.
Koszmarna teściowa to nic w porównaniu z moimi sąsiadami... Jak z tymi po prawej żyjemy w serdecznej zgodzie, tak z tymi z naprzeciwka się nie da, mimo najszczerszych chęci... Ubzdurali sobie, że nasza działka jest ich własnością (mąż dostał w prezencie ślubnym, od rodziców, mamy wszystkie papiery - akty notarialne, wyciągi z ksiąg wieczystych i z geodezji).
Przykłady uprzykrzania mam życia można by mnożyć, ograniczę się do tych najbardziej drastycznych (bo śmieszne już dawno przestały być...).
1) Policja przyjechała po wezwaniu sąsiada, który stwierdził, że go obrażam i wyzywam. A ponadto oświadczam nieprawdę, że mam pole większe niż oni (wtf?). Dlaczego? Otóż rwałam razem z mamą ogórki w ogródku i na jej pytanie, jak duże ogórki ma zrywać, odkrzyknęłam "większe niż kciuk". Sąsiad wydedukował sobie, że darłam się na pół wsi "większe niż Psiuk"...
2) Kolejna wizyta policji. Obnażam się publicznie. Przechodziłam z własnego tarasu na własnym podwórku do własnego basenu w jednoczęściowym stroju kąpielowym... Sąsiedzi mieszkają po drugiej stronie ulicy i żeby coś zobaczyć na tyłach mojego domu, musieli się bardzo postarać...
3) Nasz dom jest ostatni po lewej stronie ślepej ulicy, czasem ktoś nawraca na naszym podjeździe. Ostatnio zauważyłam spore koleiny i ubytki żwiru na wjeździe, więc powiesiłam tabliczkę "zakaz zawracania w bramie". Sąsiad nie dość, że ją zdjął, to jeszcze zrył nam ciągnikiem wjazd, a wezwanej policji powiedział, że celowo powiesiłam tabliczkę, żeby przyjezdni zawracali w jego bramie...
4) Ginące pod naszą nieobecność pranie ze sznura to standard. Ale wnuczka sąsiadów bezczelnie paradująca w białych dżinsach mojej 7-letniej córki, na które ręcznie naszywałam milion koralików, przelała czarę goryczy. Zapieprzyłam im z powrotem te spodnie i zaczęłam w niewidocznych miejscach wyszywać monogram naszego nazwiska. Przynajmniej mogę udowodnić swoją własność.
5) Zginął nam kot. Nie jakiś zwykły dachowiec, tylko anglik, którego córka dostała od chrzestnej na urodziny. Lament i płacz, ale cóż począć. Trzy dni później kot wrócił z resztkami zakrwawionego sznura od snopowiązałki wokół szyi. Wspominałam, że sąsiad ma spore pole i m.in. prasę do siana?
Wyprowadziłam się z miasta na wieś, szukając spokoju i lepszego powietrza. Ach, wsi spokojna, wsi wesoła...
Mieszkałam kiedyś w wieżowcu na pierwszym piętrze.
Tego dnia, którego tyczy się moja opowieść, była awaria windy w naszym wieżowcu. Na szczęście mnie w sumie nie dotyczyła, bo przecież na pierwsze piętro, tak czy inaczej, nie będę jeździła windą.
Wracałam sobie akurat z pracy i gdy byłam już pod swoimi drzwiami i szukałam kluczy do mieszkania, usłyszałam otwieranie drzwi do klatki i ciężki, sapiący oddech.
Nim się zorientowałam, po schodach już wbiegał młody (na oko mniej więcej w moim wieku), dosyć przystojny chłopak, cały czerwony na twarzy z wysiłku. Widywałam go wcześniej i zawsze nasz kontakt ograniczał się do "dzień dobry".
Gdy mnie zobaczył, jego twarz ze styranej trochę się rozpromieniła i chłopak z ogromną nadzieją i prośbą w głosie krzyknął do mnie z półpiętra:
- Proszę pani! Czy mogę skorzystać z łazienki, bo mieszkam na ósmym, a zaraz nie wytrzymam i popuszczę w gacie?! A winda nie działa!
Cóż, pomyślałam, że jak potrzeba ciśnie, to nie ma wybacz. Otworzyłam drzwi i nim zdążyłam rzucić "proszę, niech pan wchodzi", on już dawno był w mojej łazience.
Po skończonej czynności wyszedł, przeprosił za kłopot i od słowa do słowa zaczęliśmy gadać, aż w końcu przegadaliśmy z kilka dobrych godzin.
Po niedługim czasie wyprowadziłam się stamtąd.
Teraz mieszkam na ósmym piętrze w tym samym wieżowcu z Antkiem (bo tak ma na imię ów sąsiad) i naszą śliczną córeczką Natalką...
Heh, żartowałam.
Gość po skorzystaniu wystrzelił z mieszkania niczym proca i pognał do siebie, zostawiając mnie tym samym z brakiem papieru toaletowego (a przed jego wizytą była cała rolka!), z zapchanym kiblem (bo nie mógł na raty tego papieru spuścić, tylko wszystko naraz), ze sprzątaniem po jego (za przeproszeniem) gównie (bo ono wraz z papierem się nie spuściło) oraz ze smrodem, którego pozbywałam się z godzinę.
No i teraz już nie ma żadnego "dzień dobry", ponieważ gdy mnie tylko widzi, to dziwnym trafem szybko się oddala.
Moi rodzice pochodzą ze wsi, ojciec ma 5 rodzeństwa, wszyscy poza nim uciekli z domu i nie chcieli zostać na gospodarstwie, więc jemu dziadkowie zapisali dom i całą ziemię, nie było tego dużo, ok. 10 ha. Reszta rodzeństwa odchodząc z domu otrzymała od dziadków równowartość 1 ha w gotówce.
Po 30 latach ciężkiej pracy tata kilkukrotnie pomnożył swój majątek (aktualnie ponad 100 ha własnej ziemi). Kilka lat temu dwóch z jego braci, widząc, jak mój tata się bogaci, napisało list do mojego ojca, że oczekują od niego "zadośćuczynienia" za to, że to on przejął wszystko po dziadkach, nawet nie wspominając o tych pieniądzach, które otrzymali "na start"...
Pierwszy raz widziałem, jak tata się popłakał.
Niektórzy ludzie naprawdę nie mają honoru.
W październiku zaczynam studia w Warszawie, dlatego szukam pokoju, w którym mogłabym zamieszkać. Ostatnio dodałam ogłoszenie na pewnej stronie, niestety nikt się nie odzywał, do czasu.
Kilka dni temu odebrałam telefon, rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Dzień dobry, podobno szukasz pokoju na Mokotowie? Mam do zaoferowania połowę mieszkania, z osobnym wejściem, do dyspozycji pokój, własna kuchnia i łazienka. W drugiej połowie mieszkamy ja i żona. Super warunki, kilka minut piechotą do twojego wydziału i zapewnione wszystko, czego potrzebuje studentka.
- W jakiej cenie?
- No cóż, nie ukrywam, jestem lekarzem, więc pieniądze mam. Ale proponowałbym mały, dyskretny "układzik". Powiedzmy sobie tak, ty mieszkasz za darmo, a raz na jakiś czas... Nikt się nie dowie.
- Dziękuję, nie jestem zainteresowana.
- Ale to nie ciągle, od czasu do czasu. W Warszawie nie znajdziesz nic w cenie w jakiej szukasz.
Po tych słowach rozłączyłam się. Ciekawa jestem tylko, co powiedziałby żonie.
Będzie bardzo krótko!
Historia 11-latka z własną miękką kochanką.
Miałem w życiu okres, w którym uwielbiałem spać ze swoją ulubioną poduszką, była dosyć duża. Każdego wieczoru namiętnie się z nią całowałem i gdyby na tym się skończyło, to jeszcze "pół biedy". Ale często ocierałem się o nią udając, że uprawiamy seks, podczas tego układałem sobie w głowie chore historie.
To tyle, od tego czasu mija piąty rok, a wiecie o tym tylko wy! :D
Mam 30 lat, jakiś czas temu założyłem konto na jednym z portali randkowych. Poznałem tam piękną, naturalną, sympatyczną, inteligentną dziewczynę, która nawet miała tę samą pasję co ja. Pisaliśmy ze sobą przez prawie dwa tygodnie, po czym zaproponowałem spotkanie - zgodziła się.
Spotkanie było niezwykle udane - oczarowała mnie swoją osobą jeszcze bardziej, czas razem bardzo szybko nam leciał. Po tym spotkaniu były kolejne, aż zostaliśmy parą. Zakochałem się w niej po uszy! Była dla mnie najważniejsza - gdybym mógł, dałbym jej gwiazdkę z nieba. Zakochany facet zrobi dla swojej ukochanej niemalże wszystko: zamarzył się jej weekend w Paryżu - zamówiłem bilety lotnicze, hotel i polecieliśmy do Paryża; narzekała na swój telefon - kupiłem jej nowy, taki jak chciała. Nowe kolczyki? OK. Mógłby tak jeszcze długo wymieniać. Traktowałem nasz związek poważnie, przedstawiłem ją także swoim rodzicom (ona mnie swoim nie), złapała z nimi świetny kontakt.
Po 4 miesiącach dowiedziałem się bolesnej prawdy - nie byłem jej jedynym chłopakiem (w tamtym czasie było nas trzech...). Okazało się, że ona i jej koleżanki szukały takich naiwniaków jak ja i rozkochiwały nas w sobie dla różnych korzyści materialnych.
Tak naprawdę w ogóle jej nie znałem - zupełnie inna osoba, doskonała aktorka. Nawet to, że ma tę samą pasję, co ja, było zmyślone. Któraś z jej koleżanek, która wcześniej ze mną pisała, po prostu powiedziała jej o mojej pasji (i o innych rzeczach, o których pisaliśmy). Dzięki temu moja eks wiedziała już o czym ze mną pisać i jak sprawić, żeby jeszcze bardziej zainteresować mnie swoją osobą.
Tak, wiem - byłem frajerem, ale naprawdę wyciągnąłem z tego cenną lekcję.
Świetny poranek.
Wychodzę z klatki schodowej popychając drzwi, biorę pierwszy wdech świeżego powietrza, mówiąc jednocześnie serdeczne "Dzień dobry" i mijając sąsiada, który stoi tuż przed klatką. W połowie zwrotu nagle słyszę paniczne "UWAŻAJ", odruchowo odskakuję do przodu, a po ułamku sekundy kombinerki zrzucone z trzeciego piętra ocierają mi kaptur i wbijają się z impetem w chodnik...
A mogła to być moja głowa...
Dodaj anonimowe wyznanie