Od kilku lat jestem po rozwodzie, a życie ułożyłem sobie w nowym, nieformalnym już związku. Z poprzedniego związku mam dwoje dzieci, z którymi mam dobry kontakt, bardzo często się widujemy, oczywiście ich matce płacę alimenty itd.
Zabrałem teraz dzieci do siebie na ferie, mała wioska, więc szału atrakcji nie będzie, ale że mieszkamy blisko gór, pomyślałem o urządzeniu kilku małych wypadów w góry. Okazało się jednak, że młodszy syn nie ma butów na śnieg, więc niewiele myśląc, pojechałem do sklepu i kupiłem mu odpowiednie buty i tutaj historia właściwa. Moja obecna partnerka zrobiła mi awanturę, bo to matka dostaje alimenty i to ona powinna kupić buty, a poza tym, jeśli już, to po wycieczce buty powinny zostać u mnie. Ja stwierdziłem, że nic z tego, bo skoro już mu kupiłem, to niech korzysta, kiedy tylko będzie taka potrzeba.
Obraziła się na mnie strasznie, a ja się zastanawiam, czy to ze mną jest coś nie tak? Mam już ogromny mętlik w głowie.
Nie rozumiem ludzi wyśmiewających bądź takich, co mówią „ta dzisiejsza młodzież to taka bezmyślna, myślą, że jak to robią, to są fajni”, którzy mówią to o osobach samookaleczających się... Otóż się bardzo mylą. Każdy w swoim życiu napotyka jakieś problemy i jedni je lepiej znoszą, inni gorzej.
Nastolatkowie sięgają po to, bo próbują wszystkiego, byleby pomoc sobie w problemie, a jak zrobi się to raz, to już się prędko nie kończy, działa jak uzależnienie (przynajmniej u mnie tak było) i to naprawdę boli, jak ktoś widzi twoje blizny i od razu ocenia...
Każdy ma inną historię, nie oceniajmy po wyglądzie.
Moja dziewczyna usunęła mi postać z mojej ulubionej gry, w którą gram już dobre 7 lat.
Zerwałem z nią, gdy się o tym dowiedziałem.
Spaść z drabiny, skręcić kostkę (albo złamać kość w stopie, lekarz w szpitalu nie był pewien), zemdleć z bólu i zsikać się w spodnie.
Tyle wygrać. Na oczach klienta i współpracownika.
Z drugiego szczebla...
Podczas studiów pracowałam w zakładach bukmacherskich. Idealna praca dla studentów. Miałam paru „przyjemnych” klientów, którzy traktowali mnie z góry, takie pseudokrezusy (a tak naprawdę słoma z butów wystawała). Wśród nich był Pan Złotówa (z całym szacunkiem do wszystkich normalnych taksówkarzy).
Pan Złotówa jeździł 15-letnim autem miernej marki, wyglądał średnio, wiek też miał średni, a jak się odezwał, to aż mi wstyd było za niego (mimo że to on się powinien wstydzić swojej głupoty). Przychodził do mnie bardzo często, w pewnym momencie praktycznie codziennie, jednak gdyby mi powiedział „dzień dobry” czy „dziękuję”, to chyba by się poważnie pochorował, więc musiałam się obejść bez tego. I dnia pewnego trafił kupon, wygrał 10 586,87 zł (kwota zbliżona, bo już dokładnie nie pamiętam, ile tam było). I jak już mu wypłaciłam 10 586 zł i chciałam mu dać 87 gr, to machnął zuchwale ręką i z ironicznym uśmieszkiem powiedział: „Reszty nie trzeba, to dla pani”. Poczułam się, jakbym dostała w twarz, więc wstałam, podsunęłam mu te pieniądze pod nos, mówiąc: „Pana hojność jest zbyt wielka, nie mogę tego przyjąć”, po czym odwróciłam się na pięcie i wyszłam na zaplecze. Jego miny niestety nie zobaczyłam, ale jakiś czas później nadarzyła się okazja, żeby się odwdzięczyć.
Wracałam z chłopakiem i kumplem z imprezy, jechaliśmy do mnie. Tak się złożyło, że kurs po nas miał Pan Złotówa. Na początku nawet mnie nie poznał, dopiero jak podjechaliśmy pod dom, dałam chłopakom klucze i powiedziałam, że ja zapłacę. Mówię, że chcę zapłacić kartą, a on na to: „A napiwek doliczyć? Bo wie pani, jak się płaci kartą, to napiwek też można dać”. Spojrzałam na niego i mówię: „Tak, niech będzie. Niech pan doliczy 87 gr”. Popatrzył na mnie z grymasem na twarzy i dopisał te 87 gr. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu, wysiadając z samochodu.
Pan Złotówa chyba wyciągnął wnioski i nigdy więcej już się nie ośmieszał.
Próbuję sobie radzić z nienawiścią od czasów podstawówki. Kierowana jest ona do pewnego chłopaka, który przez całe trzy lata mnie prześladował. Potrafił podejść ze swoją paczką kilkudziesięciu innych, otoczyć mnie i komentować.
Co słyszałam, kiedy mówiłam wszystko mojej mamie? ON TAK CIĘ PODRYWA, PODOBASZ MU SIĘ! Żadne tłumaczenia na nic się nie zdały. Z kolei od ojca słyszałam, że mam mu przywalić. Złota rada na zawieszenie w prawach ucznia...
Po kolejnej akcji ze strony tego chłopaka rozpłakałam się, a było to pod koniec ósmej klasy. Ryczałam całe trzy lekcje, aż koleżanki siłą nie zaciągnęły mnie do wychowawczyni. Ta dała mu zakaz zbliżania się do mnie. Przestał mówić, a zaczął się gapić. Z tym szyderczym uśmiechem.
Zaczęłam liceum, on się nie dostał. Jego koledzy też nie. Jednak mój uraz pozostał. W klasie jestem uznawana za nieśmiałą. Nie potrafię z nikim rozmawiać, bo zaraz zaczynam się denerwować. Kiedy nauczyciele to zauważyli, wysłali mnie do pedagoga szkolnego. On z kolei do psychologa z fundacji. Wszyscy czekają na moją poprawę, a moja mama ma wyrzuty sumienia, że nie zareagowała wcześniej.
Apelu nie będzie. To tylko historia, jakich wiele.
Któregoś razu w podstawówce (ósma klasa) solidarnie we czterech najlepszych kumpli spóźniliśmy się na pierwszą lekcję. Zrządzeniem losu był to WOS, którego uczyła moja mama. Powód spóźnienia? Jeden z kumpli przyszedł trochę później i zaczekaliśmy na niego w szatni, aż się ogarnie. Moja mama – zawsze z zacięciem wychowawczym i podejściem super profesjonalnym – nie opieprzyła nas za spóźnienie, tylko zadała nam do napisania pracę na temat (dokładnie nie pamiętam, ale sens oddaję w 100%) „Punktualność jako sposób okazywania szacunku”.
W poczuciu świętego oburzenia, bo jak to, za prokoleżeńską postawę mamy być ukarani dodatkową robotą, cała nasza czwórka napisała prace na temat „Postawy koleżeńskie i solidarnościowe jako wartości coraz rzadziej doceniane w XXI wieku, na podstawie wybranych przykładów” (jak wyżej, temat może nieco inny, ale sens właśnie taki) – w tym oczywiście postawa nas samych.
Dostaliśmy po piątce :)
Historia będzie o dziwnym, a raczej już chorym współlokatorze.
Przed pierwszym rokiem studiów dosyć szybko zaczęłam szukać stancji. Zaraz po tym, jak pogodziłam się z tym, że rodzice nie zapłacą za kawalerkę, zaczęłam szukać pokoju. Warunkiem było to, że co weekend będzie mógł bez problemu nocować mój chłopak (zaczął studia zaoczne). Pomijając mieszkania z widokiem na balkon (jeden pokój ma drzwi na balon, a drugi okno), mieszkanie 4-pokojowe z 12 lokatorów itp., w końcu znalazłam coś, co byłam w stanie zaakceptować. Pokój w domku jednorodzinnym, oddzielna kondygnacja, brak opłat za rachunki i przystępna cena, dosyć niska jak na bardzo dobrą lokalizację. Przy oglądaniu pokoju (są dwa na kondygnacji) poznałam współlokatora (nazwijmy go x). Podpisałam umowę i jedyne co zostało, to wrócić za 3 miesiące z rzeczami.
Wprowadziłam się i pierwsze dni, a nawet tygodnie, mijały w spokoju. X nie spotkałam przez kolejne dwa miesiące. Jednak nie mogło być wiecznie tak pięknie. Nagle z zamrażarki zaczęły ginąć mi pierogi. Nie byle jakie, bo od babci! Od mamy bym zrozumiała, ale od babci pierogów nie dam sobie kraść. Problem był w tym, że winnego nie było. Kolejno zniknęło pół kilo płatek śniadaniowych i inne studenckie jedzenie. Winnego trzeba było znaleźć. Poszłam do właścicieli wyjaśnić sytuację, niestety zwyczajnie się nie dało tego rozwiązać. X miał tendencje do wyjeżdżania za granicę, wracania po 2 czy 3 miesiącach i dopiero płacił za pokój. Jednak gdy nie było z nim kontaktu, a dług u właścicieli był ogromny, postanowili wyjąć szybę z drzwi (większość drzwi to szyba), pozbyć się jego rzeczy i znaleźć nowych najemców. Gdy x usłyszał głosy i próbę wyjęcia szyby, w końcu otworzył drzwi, miał zejść do właścicieli na rozmowę i wyjaśnienia zaraz po prysznicu. Prysznic wziął, potem zniknął na kolejny miesiąc, nie docierając na rozmowę. Tym razem pokój został otwarty.
Na stancję próbował wrócić jeszcze raz, jednak wymienione zamki w drzwiach wejściowych na to nie pozwoliły oraz to, że właściciel stwierdził, że wpuści go, jak będzie miał pieniądze. Padał deszcz, więc wręczył tylko właścicielowi komputer, który miał ze sobą, aby go schował w domu (była 3 w nocy) i powiedział, że wróci jutro z pieniędzmi. Już nigdy tu nie wrócił. Zostawił wszystkie swoje rzeczy. Poszwę na kołdrę (prawie pełną) wypełnioną śmieciami i nowymi koloniami bakterii oraz meblościankę wypełnioną butelkami. Butelkami od 0,5 l do 3 l wypełnionymi moczem. Tak, spędził cały ten czas w pokoju, nie wychodząc. A właściwie wychodząc tylko po to, żeby ukraść moje jedzenie.
Uprzedzając pytania: nie wiem, gdzie robił kupę. Potrafiłam w domu spędzić cały weekend, a nawet i dłużej. Nigdy go nie spotkałam poza tą sytuacją z drzwiami.
Niedawno okazało się, że silne ataki duszności mojego syna są spowodowane alergią na sierść psa. Leki, izolowanie psa nie pomagało. Jednak mąż nie chciał oddać psa. Kazałam mu wybierać pomiędzy psem a synem.
Mieszkam teraz sama z synem.
Kilka lat temu w mojej szkole pani pedagog robiła testy, ale nie byle jakie testy, tylko testy na depresję. Wszystkie odpowiedzi zaznaczałam szczerze i kiedy pani zobaczyła wynik, przeraziła się. Wezwano do szkoły moich rodziców i im o tym powiedziano.
W domu dostałam od mamy opieprz za to, że na testach kłamałam i mam przestać wymyślać, bo ona na moje głupie wymysły nie będzie wydawać pieniędzy.
W czym problem? Ja naprawdę miałam depresję, czułam się dosłownie jak gówno, ale wyszłam z tego dzięki mojej cioci. Do matki mam okropny żal, bo gdyby nie jej własna siostra, kto wie, jak by to się skończyło.
Dodaj anonimowe wyznanie