Jestem od kilku lat nauczycielem przyrody w szkole podstawowej. Przyszedłem nauczać będąc jeszcze świeżo upieczonym studentem, dlatego też młodzież mnie od razu szybko polubiła i mieliśmy dobry kontakt. I była tam też ona.
Wstyd mi się przyznać, dlatego tylko Wy, Anonimowi, będziecie o tym wiedzieć. Zakochałem się w trzynaście lat młodszej uczennicy. Ja, dwudziestkilkuletni gość zakochałem się w trzynastolatce. Pedofilia jak nic...
Swoją tajemnicę chowam już dobre parę lat i wezmę ją - mam nadzieję - ze sobą do grobu.
Niedawno dogadałem się z kilkoma osobami w pracy, że będziemy razem dojeżdżać, wszak mieszkamy wszyscy na przestrzeni dwóch sąsiadujących osiedli. W grupce dojazdowej znajdują się trzy zamężne kobiety. Coby lepiej mnie poznać jako nowego, i w pracy, i w małej grupce zaczęły o mnie pytać, jak to kobiety.
Wszystkie trzy mówiły, że fajnie byłoby, gdyby ich mężowie potrafili gotować, zajmowali się sportem, sprzątali w domu - tak jak ja. Kurczę, słucha się fajnie, że byłbym dobrym "kandydatem". Dziwią się, że nikogo nie mam, jestem singlem.
Cóż, jestem realistą. Nastawiam się na bycie singlem do końca życia, dlatego wolę być ubezpieczony na wypadek gdyby nie miał mi kto ugotować, wyprasować, posprzątać.
Uroki bycia brzydkim, żadna mnie nie chce ;)
Kojarzycie chusteczki higieniczne dla dzieci, które mają nadrukowane smerfy czy myszki i inne dyrdymały? Bo właśnie o nich będzie to wyznanie.
Miałam rozmowę o pracę, był to czas wiosenny, więc alergia dawała mi w kość mimo tabletek jakie zażywałam. Jestem osobą trochę roztrzepaną, więc robiłam wszystko co w mojej mocy, żeby 1 dnia się nie spóźnić. Pomagała mi w tym nastoletnia córka, która pilnowała, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ubrałam się typowo szaro, biurowo, chociaż córka protestowała, że powinnam ubrać się weselej, żebym bardziej rzucała się w oczy. Albo chociaż czerwone szpilki, do mojej stylizacji. Zaprotestowałam. Spieszyłam się, więc szybko wybiegałam z mieszkania, córka krzyknęła za mną jeszcze "Stój! Jeszcze chusteczki!", ale ja nie patrząc co wciska mi w rękę szybko pognałam dalej.
Heh, okazało się, że pan, który być może będzie moim szefem jest podziębiony. Skończyły mu się chusteczki. Ja jako kobieta chcąca zrobić dobre wrażenie mówiłam szybciej niż myślałam i wyrwałam się ze swoimi... W żółte minionki... Szef na mnie patrzy, ja strzelam buraka, w myślach wyklinając córkę, za to on wybucha śmiechem i mówi coś, co całkowicie mnie zaskoczyło, mianowicie że właśnie tak kreatywnych osób szuka, które w środku nadal są dziećmi! Że ten jeden szczególik u mnie zaprocentował, bo na początku myślał, że jestem typowa i nudna (ała!), ale hah, nie można oceniać książki po okładce, za co mnie bardzo przeprasza.
Pracę dostałam. Chociaż do szefa jestem specyficznie nastawiona, to za radą córki zaczęłam ubierać kolorowe szpilki (nie jestem wstanie odzwyczaić się od burych ubrań), a córce kupiłam wielkiego minionka i zabrałam na zakupy w ramach podziękowań. ;)
Pracuję dorywczo w barze jako kelnerka/pomoc kuchenna. Klienci bywają różni, mili bardziej lub mniej.
Myślałam, że już nic mnie nie zdziwi, ale dzisiaj pewien przystojny i elegancko ubrany facet przebił wszystko. Wręczył mi swoją służbową wizytówkę z tekstem "Zadzwoń, to umówimy się na jakieś fajne bzykanko".
Chyba dalej jestem w lekkim szoku.
Gdy miałam ok. 7 lat, często zostawałam w domu sama z 3 lata młodszą siostrą. Mama w pracy, tata woził starszą siostrę do szkoły muzycznej. Zawsze gdy wracał zastawał nas grzecznie bawiące się lub oglądające bajki :D
Pewnego razu oglądałyśmy Toma i Jerry'ego, akurat w odcinku Tom zaplątał się w sznurek, Jerry za niego pociągnął i... Tom kręcił się jak bączek. Co przyszło nam do główek? Młodsza siostra też chciała się tak kręcić. Więc wzięłam leżącą gdzieś na wierzchu nić maszynową i całą szpulką owinęłam siostrzyczkę. I to zdziwienie, gdy jednak nie chciało się kręcić...
Niestety nożyczek na wierzchu rodzice nie zostawili, siostra musiała poczekać w pozycji kokonu do powrotu któregoś z rodzicieli. Mina taty gdy wrócił - bezcenna :D
Mam 17 lat. Mój były chłopak zszedł się z moją już byłą przyjaciółką. Od tamtej pory zaczęły się wyzwiska na mój temat i nie tylko.
Kiedy gdzieś się razem spotkałyśmy, obrażała mnie i prowokowała. Z natury jestem spokojna i nie zachowuję się agresywnie. Wolę porozmawiać, niestety nie wszyscy w ten sposób rozwiązują problemy. Uczę się w szkole policyjnej, dlatego też zostałam zwyzywana od psów itd.
Ostatnio dostałam od niej SMS-a, żebym nie pokazywała się na swojej wsi, bo dostanę po prostu wpi***ol (mieszkam w internacie). Zignorowałam to, bo w końcu tu jest mój dom i rodzina. No i stało się. Zebrała koleżanki i mnie pobiły. Moje koleżanki. Przestawiła je przeciwko mnie. Nawet nie wiem jak to zrobiła.
Uznałam, że nie ma sensu odpłacać się pięknym za nadobne. Nie, nie zebrałam własnych znajomych, żeby się zemścić. Jutro idę na policję w sprawie o pobicie i groźby. Zobaczymy, czy dalej będzie taka cwana i będzie mówiła naokoło wszystkim, że psy nic jej nie zrobią ;)
Ubieram się na czarno. Na nogi glany, do spodni przyczepiony łańcuch.
Pewnego dnia postanowiłam pójść na spacer. Chodzę sobie spokojnie po mieście, nikomu nie wadząc, aż tu nagle stają przede mną dwie starsze panie. Pierwsza wyglądała bardzo elegancko. Pomalowane szpony, otwór do plucia jadem pociągnięty czerwoną szminką. Pod pachą trzymała zadbanego, perskiego kota.
Zaś druga pani wyglądała na miłą staruszkę, która w wolnych chwilach robi na drutach skarpety dla wnuków.
Elegancka pani spojrzała na mnie wzrokiem pełnym pogardy. Z jej starych warg wyleciał w moją stronę ciąg bardzo obraźliwych wyrazów. Brudas, wyrzutek, buciory pewnie ukradłam dla zapijaczonego ojca robotnika, łażę z łańcuchem jak krowa, nie powinnam się urodzić, bo jestem czarną owcą w społeczeństwie, i tak dalej...
Po chwili druga ze staruszek szarpie elegancką za ramię i mówi:
- Daj spokój Kryśka, bo to dziwadło jeszcze ci Puszka zeżre.
Po czym przemiłe panie odeszły w stronę zachodzącego słońca.
Ludzie są tacy mili i tolerancyjni. Aż się ciepło na serduszku robi.
A poza tym... Wcale nie miałam ochoty na Puszka. Nie jadam persów.
Marzec, 2016 rok. W tym okresie dzieje się ta historia, ale od początku.
Jestem strażakiem w OSP, od roku. Widziałem jak na czas swojej służby już dość dużo, ale nigdy się nie spodziewałem, że przeżyję coś, co zaraz Wam opowiem. W czasie, kiedy ja przechodziłem na czynną służbę (możliwość wyjazdów do akcji), mój kumpel (załóżmy Dawid) był jeszcze w Młodzieżowej Drużynie Pożarniczej, w starszej grupie. Skończył wszystkie kursy półtora roku temu, tydzień przed swoimi urodzinami.
W tamtym okresie było sporo wyjazdów do ''słynnych'' podczas wiosny pożarów traw. Zaalarmowano naszą jednostkę jakoś po południu, do zabezpieczenia rejonu operacyjnego JRG-1, wyjechaliśmy po jakiejś minucie (mieliśmy wtedy dyżur). Dojeżdżamy na miejsce, puste koszary - wszystkie jednostki gaśnicze PSP na pożarach traw w kilku miejscach. Od razu po przyjeździe do koszar PSP zostaliśmy zadysponowani w ciągu 2 godzin do 9 pożarów traw. Po ostatnim tego typu zdarzeniu przyjechaliśmy do jednostki, słyszeliśmy na radiu (coś typu CB pomiędzy wozami straży), że PSP już wraca do swoich koszar, jednak mieliśmy czekać na ich dojazd do jednostki. Nagle usłyszeliśmy też wywoływanie na radiu tych jednostek - uwaga, zastęp 1, 2, 6 i 8. Macie dyspozycję, pożar tartaku na ulicy xxx. Pojechali, po dojeździe zgłaszają - potrzebne dodatkowe siły i środki! Mija może z 30 sekund i nastaje komunikat, że nasza OSP ma się tam udać. Wsiadamy, jedziemy.
Dojeżdżamy, każdy ma wyznaczone zadanie. Zadanie moje i Dawida - wchodzimy do środka i gasimy. Weszliśmy, gasimy. Nagle coś trzasło. Zauważyliśmy, że dach się zawala, to krzyczymy do kolegów z zawodowej i sami uciekamy. Wyszedłem, obracam się i widzę zawalający się dach, ale chwila - nie widzę Dawida. Wszyscy go szukamy, ale nie znaleźliśmy go. Dogaszamy stolarnię - mieliśmy podejrzenie, że dach zablokował mu drogę ucieczki, ale może gdzieś się jednak schował. Ugaszone, wchodzimy do środka - i co zastajemy? Najgorszy widok, jaki może zobaczyć strażak. Domyślcie się dalej co mogło być, bo nie umiem tego z siebie wykrztusić.
W każdym razie, była to pierwsza i ostatnia akcja Dawida. Skończył szkolenie 2 tygodnie wcześniej.
Zginął w dniu swoich urodzin, ratując kolegę z PSP.
Postanowiłam napisać, bo chciałam w końcu podzielić się z kimś moją historią. Bardzo krótka, bo mam dopiero 15 lat.
A więc zaczęło się od momentu, w którym poszłam do szkoły. Wiadomo, każdy rodzic chce, żeby jego dziecko świetnie się uczyło, było grzeczne, idealne. Tylko że można tym kogoś zniszczyć, jako mała siedmiolatka spędzałam na nauce więcej czasu niż teraz będąc w 3 gimnazjum (oceny mam bardzo dobre), nie mogłam nigdzie wychodzić, bo rodzice mi nie pozwalali (żeby czasem ich "idealna" córeczka nie wpadła w patologię w wieku 7 lat...).
Zdarzało mi się płakać nad książkami, kiedy już nie dawałam rady. Właściwie nie miałam przyjaciół, tylko znajomych, którym szybko utarło się, że jestem kujonem, sztywniakiem itd. Miałam przyjaciółkę, ale rodzice zakazali mi z nią kontaktu, bo mówiła "se". Jako małe dziecko szybko to podłapałam, zaczęłam tak mówić, a wtedy rodzice stwierdzili, że to nie jest towarzystwo dla mnie. Mama wpajała mi, że muszę o wszystkim mówić nauczycielom, więc równie szybko przyklejono mi nalepkę skarżypyty. Tak mi przeminęły trzy pierwsze lata podstawówki. Byłam załamana, już w tym okresie zaczęłam nienawidzić swojej mamy. Stała się dla mnie symbolem problemów, kłamstwa. W okresie klas 4-6 zaczęłam pisać pamiętnik, niedawno go znalazłam. Miałam tam zaplanowane 3 próby samobójcze, po prostu czułam się sama, nie wiedziałam jak mam się zachowywać wśród rówieśników, rodzice trzymali mnie bardzo krótko. Czułam się jak w pułapce, z której nie mogłam uciec.
W gimnazjum coś we mnie pękło, powiedziałam DOSYĆ. Dla was teraz wyda się to oczywiste, ale zaczęłam sama wracać do domu (czego wcześniej nie mogłam robić pod żadnym pozorem), spotykać się ze znajomymi. Wtedy zaczął się mój koszmar. W domu czekały mnie tylko wrzaski, jeszcze wtedy byłam na nie wrażliwa, ile ja się osłuchałam o tym, że jestem patologią, że nie mam przyjaciół, wszyscy mnie nienawidzą (tylko przez to, że właśnie tych przyjaciół miałam). Teraz wydaje mi się, że to ile łez wypłakałam mogłoby wypełnić morze. Naprawdę. I wtedy zaczęłam pić, to była taka moja ucieczka, ale niestety kiepsko się sprawdzała.
Przez pewien czas paliłam papierosy, ale one nie pomagały zapomnieć chociaż na chwilę. Przeniosłam się na coś mocniejszego, rodzice nie znali zapachu marihuany, nie było ryzyka, że wyczują. I wreszcie jest coś, co przynosi ulgę. Nauczyłam się perfekcyjnie kłamać, w szkole dalej uchodzę za grzeczną dziewczynę z "dobrej" rodziny. Przeraża mnie to kim się stałam, a jednocześnie czuję ulgę. Usłyszałam kiedyś, że im bardziej rodzice starają się trzymać swoje dziecko na przysłowiowej smyczy, tym bardziej ono stara się uciec. Według mnie to prawda.
Apeluję tylko do rodziców, żeby pozwolili swoim dzieciom żyć, nie zabili relacji z nimi, dopóki mają z nimi jakikolwiek kontakt.
Kiedyś, jeszcze w czasach szkoły średniej, mieliśmy w klasie „lekko” nieogarniętą koleżankę, nazwijmy ją Asia.
Tak się złożyło, że w drugiej klasie zmieniła się nam nauczycielka języka niemieckiego, która na dodatek została jeszcze naszą wychowawczynią. Poziom kompetencji owej pani pozostawiał wiele do życzenia. A że nie umiała nas zdyscyplinować, połowa klasy pod różnymi pretekstami ulatniała się z jej zajęć (boląca głowa, zmoczenie gąbki, biegunka itd). Byli jednak i bardziej ambitni, którzy chcieli z jej lekcji coś wynieść. Tylko że się nie dało, bo jej poziom wiedzy był po prostu zbyt niski. Przez te trzy lata w kolegach i koleżankach frustracja narastała i pod koniec czwartej klasy wywiązała się dyskusja, w której postanowiliśmy jej wszystko wygarnąć. Zewsząd pojawiały się głosy, że niczego nas przez te trzy lata nie potrafiła nauczyć, nic nie umiemy itd.
Wtem wstaje zdenerwowana Asia i głośno, z pełnym przekonaniem do nauczycielki:
- NO WŁAŚNIE!! Bo ja się przez te trzy lata nauczyłam tylko dwa słowa po niemiecku: „DŻIZAS CHRAJST!!”
Aż mi bąbel poszedł z nosa…..
Dodaj anonimowe wyznanie