#k2INT

Miałam kiedyś przyjaciółkę... właśnie, miałam.
Byłyśmy w liceum jak papużki nierozłączki, normalnie dream team, wspólni znajomi, wspólne imprezy, nocowanie u siebie, wakacje razem bla bla bla.

Przyjaźniłam się z nią, choć ludzie postronni mówili mi, że ona mnie wykorzystuje.
W różny sposób. Najczęściej wysługiwała się mną w załatwianiu różnych spraw, tłumacząc się swoją nieśmiałością. Tylko, że ta nieśmiałość "aktywowała" się z sytuacjach, gdzie ja mogłam dostać po uszach.
I tak się właśnie działo.

Robiła sobie ze mnie tarczę, ale skubana tak sobie mnie okręciła wokół palca, że ja się po prostu dawałam.
Moja mama, kochana kobieta, nigdy się nie wtrącała w moje życie, ale ten jeden raz powiedziała mi "uważaj na nią, ona cię sprowadza na złą drogę".
No i miała rację.

Zaczęły się papierosy, maryśka, alkohol, okłamywanie rodziców.
Wiem, większość młodych ludzi przechodzi takie etapy, ale mnie z tym było cholernie źle.

Przegięcie nastąpiło, gdy zostałam u niej na noc, rzekomo miałyśmy się uczyć do matury, a ona mnie upiła. Tak, upiła. Nie wiem, co to było, co mi wlała czy wsypała, ale odleciałam jak
Potem zabrała mnie "w miasto".

Efekt w skrócie: zarzygałam przystanek, półprzytomna zasnęłam na ławcea a ona... wróciła do domu. Zostawiła mnie.
Cudem nikt mnie nie okradł, napadł cokolwiek. Doszłam o świcie pod jej blok, nie mogłam wrócić do domu bo był oddalony o jakieś 15km a poza tym rodzice wiedzieli o "nauce". Zadzwoniłam domofonem.
Nawet mnie nie wpuściła do domu, bo "matka się obudzi".
W życiu nie byłam tak upokorzona!

Znienawidziłam ją szczerze.
Egoistka nad egoistkami, manipulantka i kłamczucha, osóbka, która nauczyła mnie dwóch bardzo ważnych rzeczy: nie piję dalej jeśli szumi mi w głowie (taka wewnętrzna lampeczka się zapala) oraz to, że przyjaźń to komitywa a nie jednostronne pasożytnicze żerowanie.

Minęło wiele lat, kontakt się totalnie uciął. Nie tęsknię.

#l7Zbe

Pracuję w pewnym z podlaskich szpitali na oddziale onkologii. Podczas dyżuru jedna z moich koleżanek chwaliła się w jaki sposób potraktowała pacjenta. Miała podać codzienną porcję leków, tabletkę położyła na szafce przy łóżku pacjenta. Pacjent przypadkiem zrzucił tabletkę i poprosił o nową, tymczasem moja koleżanka zamiast pójść po nową, podniosła ją z podłogi i podała pacjentowi.

Po przyjściu do pokoju pielęgniarek opowiedziała o całej sytuacji śmiejąc się i twierdząc, że co to za różnica, bo to i tak tylko "rakowcom", to po co marnować. Byłam naprawdę zbulwersowana jej postawą, nie wiedziałam jak to skomentować, dosłownie zabrakło mi słów, ale uważam, że to oburzające. Strach chorować przy takiej służbie zdrowia. To nie do pomyślenia, że pielęgniarki domagają się podwyżek za taką "ciężką" pracę...

#v9A1S

Z Tomkiem znam się od podstawówki. Chociaż jego rodzice (pani Hanna i pan Fryderyk) są bardzo głęboko praktykującymi katolikami, a ja ateistą, nigdy nie sprzeciwiali się naszej znajomości, która z czasem stała się prawdziwą przyjaźnią. Traktowali mnie jak drugiego syna i często byłem uczestnikiem ich rodzinnego życia, więc znam ich bardzo dobrze.

Tomek od pierwszej klasy gimnazjum spotykał się z Anią. Nie przepadaliśmy za sobą, ale żadne z nas nie chciało kazać mu wybierać, więc po prostu się nie widywaliśmy. Mimo mojej niechęci do niej, wiedziałem, że są bardzo szczęśliwi razem.
Gdy tylko Tomek skończył osiemnaście lat, zapragnął mieć tatuaż. Jako że sam miałem już wtedy parę (jestem od niego starszy), uznałem, że to ciekawy pomysł, chociaż powinien to przemyśleć (po pierwsze - to poważna decyzja, a po drugie - jego rodzice zeszliby chyba na zawał). Nie jestem pewien, czy był wtedy po raz pierwszy pijany, naćpany czy po prostu nastąpiło chwilowe zaćmienie umysłowe, ale wrócił z Warszawy z pięknym napisem "ANIA"... Chłop wydawał się całkiem zadowolony, a i miejsce tatuażu było bardzo, bardzo mało widoczne, więc to nie była znowu taka tragedia. Wyraziłem swoją opinię, ale uszanowałem jego decyzję - w końcu to jego życie. Przynajmniej nie robił tego u Sebka z osiedla, tylko w dobrym salonie.

Lata mijały, a nasza przyjaźń kwitła. Mieszkaliśmy w tym samym mieście i chociaż kończyliśmy inne studia, a potem pracowaliśmy w różnych, dalekich od siebie miejscach, zawsze mieliśmy czas na regularne spotkanie się. Ale stało się - po 14 latach bycia i 8 mieszkania razem, Ania zerwała z Tomkiem. Nie było żadnej awantury, po prostu jasne było (przynajmniej dla Anny), że to ich związek nie rozwinie się dalej.
Krótko powiem, że następny miesiąc był wyjęty z jego życia. Stracił pracę, mieszkanie zasypane było pustymi butelkami, a on sam wychodził chyba tylko po kolejne piwo. Nie byłem najlepszym pocieszycielem, ale najważniejsze było, że wspierałem go w tym okresie (przychodził do niego psycholog, miał zawsze coś w lodówce, przyjeżdżałem nawet w środku nocy). Jakie było moje zdziwienie, gdy któregoś dnia zastałem go siedzącego na (nieobrzyganej!) kanapie. Mieszkanie (w miarę) posprzątane, zniknęły wszystkie butelki i potłuczone naczynia. Całkiem spokojnie powiedział, że przemyślał całą sytuację i Ania miała rację. "No dzięki Bogu!" - odetchnąłem z ulgą. Kontynuował dalej, opowiadając, że umówił się już na rozmowę o pracę, przeprowadza się i ogólnie - zaczyna nowe życie! Aby to uczcić, idzie przerobić swój licealny tatuaż na coś, co odda istotę jego przemiany wewnętrznej. Byłem dość ciekawy na co się zdecyduje - jakiś smok? wiking?

Cóż, chyba ponownie zanadto uwierzyłem w jego rozum. Wrócił z napisem przerobionym na "HANIA". Ciekawe co pani Hanna powie?

#CL8IZ

Witajcie, drodzy anonimowi, chciałabym podzielić się z Wami taką oto historią.

Zaczęło się to około dwanaście lat temu, kiedy wraz z rodzicami, wtedy piętnastoletnia ja, przeprowadziłam się z miasta na wieś. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zaczęło się poznawanie nowego otoczenia i sąsiadów. No właśnie, sąsiadów. Rodzina mieszkająca dwa domy od nas miała syna, rok starszego ode mnie, zakochałam się w nim praktycznie od razu. Był okropnie przystojny, a po bliższym poznaniu okazało się, że w dodatku jest bardzo miły, inteligentny i kulturalny, no po prostu chodzący ideał. Jako że były to wakacje, mieliśmy dość sporo czasu dla siebie, on pokazywał mi okolicę, chodziliśmy na spacery, dla mnie jak dotąd najmilsze wspomnienia w życiu. Jedyną jego wadą, jaką udało mi się zauważyć, to to, że był dosyć mocno zdystansowany, chłodny? Nie wiem jak to nazwać, taka powaga na granicy ponuractwa. Zawsze jak tylko próbowałam jakoś zbliżyć się do niego, pocałować, cokolwiek, on zbywał mnie albo obracał to w żart. Nie zrozumcie mnie źle, nie był niemiły, po prostu nie dopuszczał do zacieśnienia naszej relacji. Trwało to prawie dwa lata, był dla mnie najlepszym przyjacielem, pomagał w lekcjach, we wszystkim, a ja trwałam w tym "friendzonie" nie mając pojęcia jak pchnąć to do przodu.

Oczywiście poszłam do tego samego liceum, co on. Punktem kulminacyjnym było, kiedy wracaliśmy z przystanku do domu. A że było to około dwóch kilometrów, zawsze ze sobą rozmawialiśmy, jeśli skończyliśmy lekcje o tej samej godzinie. Tego dnia był jakiś taki dziwnie markotny, jeszcze bardziej poważny niż zwykle. Szedł tą stroną chodnika od jezdni, jak dla mnie zdecydowanie zbyt blisko, samochody mijały go o dosłownie centymetry. Przyciągnęłam go do siebie, dałam kuksańca i pół żartem - pół serio ochrzaniłam, że ma uważać, bo coś go rozjedzie. Wtedy spojrzał na mnie pustym wzrokiem i powiedział: "Skąd wiesz, może właśnie tego chcę?". Oczywiście zagłuszyłam go paplaniną o tym co było dzisiaj w szkole itp. Zapewne część z was już domyśla się zakończenia, ale i tak napiszę. Kilka dni później gruchnęła wieść, że R. się powiesił. Wszyscy płakali, a ja najgłośniej, bo dopiero wtedy połączyłam sobie wszystko w całość.
Do dzisiaj wyrzucam sobie to, jak bardzo ślepa i głupia byłam, że nie potrafiłam go uratować. Nie policzę ile nocy przepłakałam w poduszkę, jeszcze do dzisiaj mi się śni jego twarz. Dzisiaj mija dziesiąta rocznica jego śmierci, musiałam gdzieś to napisać, wyrzucić to z siebie. Tak więc, drodzy anonimowi, zwracajcie uwagę na ludzi z waszego otoczenia, nie wiadomo kogo jakie gryzą problemy. Ja zawiodłam, ale mam nadzieję, że nikogo z was taka sytuacja nigdy nie spotka.

#NPc4u

Mam 16 lat i jestem bardzo szczupły. Nigdy mi to jednak nie przeszkadzało - w końcu takie geny. Jednak moja rodzina nie do końca to rozumie. Od kiedy pamiętam słyszę jaki to ja jestem "suchy". Codziennie są teksty typu "zacznij w końcu jeść, bo ci skóra na kościach popęka" (to nic, że potrafię zjeść 2 porcje pierogów czy 5 kawałków pizzy pod rząd). Niedawno miałem operację, podczas której został naruszony jeden z nerwów. Oczywiście mama stwierdziła "Przecież jesteś taki chudy, że to nie dziwne, że ci coś naruszyli. Przecież ty nie masz żadnej ochrony". Gdy podczas innej wizyty lekarz sprawdzał, czy w obu rękach mam podobna siłę, mama oczywiście musiała wtrącić "Niech pan nie liczy na zbyt wiele. Przecież w tym człowieku to siły za grosz nie ma". Teraz przez to ciągłe wypominanie mi mojego wyglądu czuję, że mam coraz większe kompleksy na swoim punkcie. Zaczynam wstydzić się przebierać na WF-ie czy wychodzić na basen. Wszystko przez moją kochaną rodzinę, która na każdym kroku wypomina mi coś, na co nie mam wpływu.

#wGf4E

Dwa tygodnie temu skończyłam 18 lat i jestem w piątym miesiącu ciąży.
Tyle słowem wstępu.

Kurczę, może to i wcześnie, ale nie rozumiem większości ludzi w moim wieku. Wszyscy są w szoku, że zdecydowałam sie urodzić i wcale nie jestem załamana. A z drugiej strony wszyscy mają sie za wielce dorosłych.
Mimo młodego wieku wychodzę z założenia, że skoro byłam na tyle dorosła żeby współżyć, będę na tyle dorosła aby dać dziecku wszystko co mogę. Kiedy sie dowiedziałam, nie przyjmowałam do siebie myśli, że mogłabym usunąć maleństwo. Dobrze wiem, że dziecko to nie zabawka, ale tyle kobiet na świecie nie może mieć dzieci, a ja będę je miała już niedługo. I również zdaje sobie sprawę jak będzie ciężko, ale to nic. Jestem młoda i mam mnóstwo siły i miłości, którą oddam maluszkowi :D

Znajduje się w dość dobrej sytuacji ze względu na to, że moi rodzice mnie wspierają. Chłopak i jego rodzice również wpierają jak tylko mogą.

I mam gdzieś co powiedzą o mnie wszystkie tzw. mohery i cała reszta społeczeństwa. Że taka młoda i dziecko, że pewnie sie puszcza.

Ludzie gadali, gadają i zawsze będą gadać a ja mam zamiar cieszyć się dzidziusiem, który niedługo przyjdzie na świat :)

Piszę to wyznanie, bo chciałam sie wygadać i napisać, że to nie jest koniec świata. Dziecko to samo szczęście :)

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie!
Przyszła, młoda mama !

#3Yru9

Będzie nieco kontrowersyjnie. Pierwszy raz?

Miałem wtedy 17 lat, moja dziewczyna tyle samo. Był to pamiętny weekend, kiedy to moi rodzice pojechali do znajomego z drugiego końca Polski na urodziny.

Okoliczności wspaniałe, toteż ją zaprosiłem do siebie. Wiedziałem, że hormony mogą nas ponieść, więc zawczasu kupiłem prezerwatywy. Mimo to gdzieś z tyłu głowy miałem coś w rodzaju lęku, że mój pierwszy raz będzie, jak się to stereotypowo mówi - "najpiękniejszymi trzydziestoma sekundami życia". Bałem się, że tak właśnie to ze mną będzie i się skompromituję.

Dziewczyna, nazwijmy ją np. Julia, przyszła do mnie w pięknej zwiewnej sukience. Oglądaliśmy film, zaczęliśmy się całować, napięcie rosło (coś innego zresztą też :D). Po chwili stymulowania jej palcami, moje obawy się spełniły. Poczułem, że doszedłem. Bardzo się tym speszyłem, więc powiedziałem mocno już rozpalonej "Julii", że pójdę po prezerwatywę. Zupełnie nie wiedziałem co robić. Nie pozostało mi nic innego, jak założyć gumę i wrócić, zupełnie załamany. Nie tak to sobie wyobrażałem...

Jednak jak się okazało, hormony wzięły sprawę w swoje ręce i mój drugi-pierwszy raz skończył się jak najbardziej pomyślnie po kilku minutach (a nie sekundach, jak myślałem).

Pozdrawiam, "Romeo".

#IKjBa

Moja przyjaciółka ma sponsora. Jednego. Zamożnego. Ona studiuje. On wynajmuje mieszkanie do jej dyspozycji + opłaca rachunki. Dodatkowo dostaje 2 tys. miesięcznie za seks o każdej porze dnia i nocy, kiedy tylko najdzie go ochota. Z tego co się orientuję, to zabiera ją na wycieczki, również te zagraniczne. Dziewczyna ma 21 lat, sponsor 43 lata. Jak się poznali? Sponsor jest ojcem jej przyjaciółki.

#mrhq0

Gdy byłam mała (ok. 5-6 lat), moi rodzice postanowili się rozwieść. Ciągle się kłócili o byle głupoty, a ja jako dziecko nie miałam tak naprawdę świadomości co się dzieje i o co chodzi. W końcu przestali mieszkać razem, moja mama chciała rozwodu z orzeczeniem o winie.

Całe dnie mi i mojej młodszej siostrze wmawiała, że tata był dla nas zły, nie dawał nam jedzenia, bił nas. A wiadomo - dziecko, któremu się powtarza jedno i to samo wiele razy w końcu zaczyna w to wierzyć. Nie miałam kontaktu z ojcem - mama mi go ograniczyła, wiec nawet nie miałam jak zmienić swojego zdania czy przekonania. Na widok taty zawsze płakałam, nie chciałam do niego iść. A on powoli zaczął tracić siły na ciągłe walki z mamą, więc w końcu powoli zaczął odpuszczać.

Przez głupotę mojej mamy ja z siostrą wychowałyśmy się bez ojca. Miałam zawsze dużo zabawek, mama nie żałowała na nas pieniędzy, ale wolałabym oddać to wszystko, ale mieć przy sobie tatę.
Dodaj anonimowe wyznanie