#vc3fJ
W dodatku był u nas zwyczaj, że co tydzień inny "dyżurny" odnosił po posiłku talerzyki wszystkich dzieci do okienka (takiej lady jak nieraz na stołówkach, gdzie kucharki wydawały talerze z obiadami i zabierały puste) obok pomieszczenia kucharek.
Pewnego pamiętnego dnia, gdy moja koleżanka Jagoda miała akurat dyżur, znów na śniadanie była podawana owsianka. Wmuszałam ją w siebie na siłę, choć było mi bardzo niedobrze. Gdy już wszystko zjadłam, w pewnym momencie nie wytrzymałam i po prostu zwymiotowałam do swojego talerza. Wszystko było niezauważalne, bo owsianka ma taką konsystencję, że wymiociny wyglądały jak zwykła owsianka. Tyle co zwymiotowałam, do naszego stolika podeszła Jagoda i zapytała, czy ma już odnieść.(siedziałam i nie jadłam już). Zdołałam tylko pokiwać głową, że tak. Nie zdążyłam powiedzieć, że zwymiotowałam, bo już poszła z talerzem i położyła go na ladzie w okienku, ale jako że był pełny, odłożyła go obok innych, pustych, które były jeden na drugim.
Dodam, że w naszym przedszkolu był zwyczaj, że każde dziecko mogło poprosić dokładkę. Był tam taki Kuba, kolega o wielkim apetycie. Okazało się, że chwilę wcześniej prosił o dokładkę i czekał, aż panie kucharki nałożą mu nową porcję. Gdy po chwili podszedł do okienka, Jagoda już odchodziła, a on chyba pomyślał, że panie już mu nałożyły, porwał mój talerz z wymiocinami, odszedł do stolika i zjadł wszystko ze smakiem :P Obserwowałam, co dzieje się z moim talerzem, bo wstyd mi było, że nie zdążyłam takiej rzeczy zgłosić i dlatego wszystko zauważyłam. I tak mi się zrobiło niedobrze na ten widok, że znów zwymiotowałam, tym razem na stół i trochę na koleżankę obok siedzącą :P A kolega zjadł, smakowało mu i nic nie zauważył.
Mam z nim kontakt do tej pory i nie powiem mu nigdy, że jadł moje wymiociny ;)
Czasem błoga nieświadomość jest chyba lepsza niż tak okrutna świadomość prawdy. Swoją drogą, ja nie znosiłam zupy mlecznej. Do teraz pamiętam (a przedszkole było dawno temu), jak wszystkie dzieci ze smakiem zjadały to paskudztwo, a mi przedszkolanki kazały siedzieć nad miską nawet godzinę dłużej, bo dopiero po takim czasie się poddawały.
Ja też jej nienawidziłam! Jednak miałam to szczęście, że nie musiałam jej jeść, bo zawsze kiedy podawali zupę mleczną, dawali także kanapki, żeby właśnie nie było takich sytuacji, że ktoś je coś na siłę, a później to zwraca.
Ja nie znosiłam kanapek z dżemem truskawkowym albo serem . Jak już to jadłam sam chleb lub z masłem
O, też tak zapamiętałem przedszkolne posiłki, chociaż byłem większym niejadkiem ponieważ podobne obrzydzenie budziła we mnie zupa, bodajże, owocowa. Obowiązkowe czekanie przed talerzem kiedy inni już się bawili :/
Zmuszanie dzieci do jedzenia jest bez sensu.
Może to i głupie pytanie, ale tak mniej więcej o której godzinie są podawane śniadania w przedszkolu? W ogóle czegoś takiego nie pamiętam i teraz się zastanawiam, czy to ma związek z godziną, o której przychodziłam, czy po prostu miałam dziwne przedszkole i nie podawali śniadań :D
U nas były tylko obiady i podwieczorki.
Przykładowo w przedszkolu mojej siostry były serwowane o ósmej, dla spóźnialskich była ostatnia szansa o ósmej trzydzieści, ale część dzieci ich w ogóle nie jadła, bo np. przychodziły dopieto o dziewiątej. Ale w każdym przedszkolu pewnie to trochę inaczej wygląda.
@Lilka96 O, to tak mogło być w moim przypadku, bo przed 9 raczej się nie pojawiałam :D
Jak ja chodziłam do przedszkola to śniadania przynosiliśmy sobie z domów. Dostawaliśmy tam tylko obiady. A jak chodziłam na praktyki do różnych przedszkoli to śniadania były pomiędzy 8 a 9 i zaraz po śniadaniu zaczynały się obowiązkowe zajęcia więc dzieci najpóźniej przychodziły na rozpoczęcie śniadania.
W moim przedszkolu nie było jakiejś określonej godziny, do której koniecznie trzeba przyjść, więc korzystałyśmy z faktu, że mama chodzi później do pracy i możemy się wyspać :D Żadnego jedzenia też na pewno nie przynosiliśmy, więc musiało być tak, jak napisała Lilka i po prostu przychodziłam już po śniadaniu :)
Dziękuję wszystkim za wyjaśnienia! :)
U nas drugie śniadanie po trzeciej lekcyjnej
U mnie o 9 było sniadanie, 10:30 była przekąska typu owoc albo jakiś baton, 11.30/12.00 obiad, 14 podwieczorek :)
Moje przedszkole było otwarte od 6. Z bratem dostawaliśmy jako pierwsi śniadanie o 6.30, a później wypijalismy druga herbatkę z resztą dzieci o 7.00
Były grupy które przychodziły w godzinach 10-13 i oni nie mieli śniadań ;)
Ja nigdy nie miałam śniadań w przedszkolu,każdy sobie przynosił kanapki czy coś.
Ja jak byłam w przedszkolu to byłam straszym niejadkiem, wszystko co było w przedszkolu podawane nie smakowało mi, dlatego moja mama uzgodniła z dyrką przedszkola że nie będę dostawać tam posiłków (jedynie jakieś przekąski typu owoce i napoje) a będę sobie nosic własne kanapki :)
Ja miałam problem z przełknięciem gotowanych warzyw z zupy. Każda łyżka zupy, która była we mnie zmuszana (byłam karmiona, bo nie chciałam nic jeść) wracała z powrotem do talerza. Do dziś mam wstręt do gotowanych warzyw.
Obrzydliwe... I jak najbardziej anonimowe ;)
To sporo mówi o umiejętnościach kucharek :P
Odkad pamietam nie przepadalam za buraczkami (barszcz zjem, ale buraczki w formie surowki do obiadu - nie ma opcji). U mnie w przedszkolu do obiadu niemal co drugi dzien byly wlasnie buraczki. Zawsze staralam sie zjesc chociaz troche, zeby sprawiac pozory, ale nigdy nie bylam w stanie zjesc wszystkiego. Pania sie to bardzo nie podobalo I straszyly mnie, ze jezeli nie zjem wszystkiego to przyjdzie buraczany potwor I mnie porwie. Jak sie latwo mozna domyslic takie gadanie nie przekonalo mnie do jedzenia, a dalo wrecz przeciwny skutek. Dzisiaj mam 26 lat, ale "trauma" pozostala I buraczkow nie tkne chocby I kijem.
Fu.. Jakbym to miała zobaczyć na żywo sama bym z 10 razy zwróciła
Ja w swoim przedszkolu nie miałam śniadań, za to na obiad przynajmniej raz w tygodniu był barszcz czerwony z ziemniakami. Nienawidziałam tej cholernej paciaji.
Właśnie w tej chwili życzę smacznego wszystkim osobom jedzącom
Ps. Jestem jedną z nich ;D