Przypomniała mi się historia sprzed kilku lat.
Byłam wówczas 17-letnią dziewczyną, miałam spory biust jak i pośladki wyrzeźbione ćwiczeniami, tyle słowem wstępu.
Dzień zapowiadał się wspaniale, miałam cały dom dla siebie. Postanowiłam to wykorzystać i zrobić sobie dłuugą i gorącą kąpiel, bez pośpieszających domowników. Woda nalana, piana zrobiona, nic tylko wchodzić! Przypomniałam sobie jednak o tym że nie zabrałam czystych majtek na zmianę, wyszłam więc z łazienki i udałam się w stronę pokoju, oczywiście naga.
Mój pokój znajdował się niedaleko drzwi wejściowych, nim zdążyłam zareagować stanął w nich mój tata, wyszedł wcześniej z pracy. Nie wiem co jest gorsze: to że widział mnie nago czy to, że mu stanął.
Mam wadę wymowy. Nie umiem wymówić literki "r" i z tego powodu nie umiem wymówić niektórych słów takich jak "euro" itd., więc stworzyłam sobie "grę", w której trzeba szukać synonimów do słowa, gdzie znajduje się "r". Wiadomo, że nie we wszystkich słowach się tak da, ale jednak...
Zakochałem się w swoim przyjacielu. Moi znajomi jak i on sam uważają, że to wszystko moja wina. Ale kto by się nie zakochał w osobie, która daje ci tak wyraźne znaki: łapie za rękę i przytula jak jesteśmy sami, uśmiecha się tylko jak mnie widzi, prawi cały czas komplementy, często mówi "jak byśmy do siebie pasowali" czy "byli byśmy dobra parą"...
Nikt nie wie o tym, że wychodziliśmy często razem i rozmawialiśmy do późnych godzin, a po tym przytulał mocno mówiąc, że będzie tęsknił. Przed wejściem w tą relacje myślałem, że jestem hetero a teraz już sam nie wiem.
Najlepsze jest to, że gdy mu powiedziałem że chyba coś do niego czuję, to on stwierdził, że w takim razie musimy ograniczyć nasz kontakt by mi przeszło. Chcąc nie chcąc spotykałem go na imprezach i tam robił dalej to samo.
Gdy się go pytam po co to robi automatycznie zmienia temat. Nie rozumiem jego zachowania do tego widzę, że jest zazdrosny, gdy gadam z innym chłopakiem niż nim. Obecnie nie wiem czy to friendzon czy jakiś dziwny rodzaj związku. To chyba będzie na tyle.
Wyznanie http://anonimowe.pl/D0nXa przypomniało mi moją przeszłość, którą najchętniej wymazałbym z pamięci.
Byłem w podobnym wieku co jego autor. Nie wiem skąd mi to się wzięło, ale wieczorami rozbierałem się do naga i na stole wymachiwałem wiadomo-czym, urządzałem "kino-bambino" przed moim rodzeństwem. Dodatkowo opowiadałem, że jak dorosnę to takimi pokazami będę zarabiał na życie, bo będzie tanio, więc ludzie tłumnie zlecą się na oglądanie.
Taki był ze mnie za młodu "Janusz Biznesu". Na całe szczęście nikt z mojej rodziny nie wypomina mi tego. Nawet nie wiecie jak im jestem za to wdzięczny!
Było to kilka lat temu - dokładniej: moja I Komunia Święta. Pamiętam, że prawie wszystkie dzieci miały na sobie tzw. alby - nie licząc kilku dziewczynek, które ubrane były w sukienki tak piękne i wymyślne, że niejedna panna młoda nie powstydziła by się owego kroju sukni. Ale do rzeczy.
Obok mnie w ławce siedział chłopak (dajmy na to Kamil), który za przeproszeniem miał chyba owsiki w miejscu gdzie słońce nie dochodzi. Przed nami siedziała jedna z niewielu dziewczynek w sukience kroju princesski - suknia miała metalowy stelaż - więc dziewczę wyglądało niczym księżniczka Disneya. Jako, że mieliśmy już zapalone świece, Kamil postanowił się trochę pobawić - na nieszczęście princesski - ponieważ jej długie kaskady ciemnych (aczkolwiek cholernie mocno polakierowanych) włosów zajęły się ogniem. Na szczęście pożar ugaszono, ale nie to było najgorsze.
Kiedy nasza princesska usiłowała wyjść z ławki, materiał jej sukni zaczepił o coś i tym sposobem dziewczę stało na środku kościoła nie mając już ani pięknych loków, ani nawet pięknej sukni - jedynie białe rajstopki i metalowy stelaż...
Z jednej strony to wspomnienie mnie bawi, z drugiej zaś smuci.
Bo gdyby jej rodzice zgodzili się na skromną albę - pewnie by do tego nie doszło. Jak dla mnie to I Komunia Święta jest czasem kiedy przyjmujemy święty sakrament - to nie jest rewia mody.
Razem z siostrą wychowaliśmy się w pełnej, szczęśliwej rodzinie. Nigdy niczego nam nie brakowało. Byłyśmy całkowicie inne. Moja siostra zawsze była zadumana. Dla niej liczyły się tylko pieniądze. Owszem mieliśmy ich dużo, tata był kierownikiem dużej firmy, mama miała własną kwiaciarnię. Zawsze miałam dobre serce, lubiłam pomagać potrzebującym. Siostrze się to nie podobało.
Piętro niżej mieszkała młoda, samotna matka E. z dwójką dzieci. Jedno chore na porażenie mózgowe, drugie malutkie. Ta rodzina ledwo wiązała koniec z końcem. Pragnęłam im pomagać. Robiłam paczki dla dzieci, odwiedzałam. Mama nie miała nic przeciwko. Siostra jednak nie popierała mnie. Pławiła się w luksusie. Tato kupował jej co tylko chciała, była przecież wymarzoną córeczką tatusia. Miała własne auto i wszystko co sobie zapragnęła. Ja chciałam się usamodzielnić. Znalazłam pracę bez pomocy rodziców, wynajęłam kawalerkę. Z dnia na dzień moje relacje z siostrą pogarszały się. Wyśmiewała mnie. To co zarobiłam - za to żyłam i pomagałam innym. Jeździłam do domów dziecka, do różnych fundacji, opiekowałam się dzieciaczkami, robiłam im niespodzianki. Ich uśmiech dawał mi energię na cały dzień. Te maleństwa potrzebowały czułości.
Nadszedł czas kiedy to starsza siostra musiała opuścić gniazdo i w końcu też się usamodzielnić. Jej było tak wygodnie. Zawsze miała to czego chciała, no a teraz się skończyło. Tato zaczął chorować. Mama zajmowała się nim, podawała leki. Starsza siostra była niewdzięczna. Nie obchodziła ją choroba taty, udawała tylko lekkie zainteresowanie, by jak najdłużej zostać w domu i się nie wyprowadzać. Tata zmarł. Siostra wyprowadziła się. Nie odwiedzała mamy. Nie miała po co, przecież mamy na litość nie weźmie.
Minęły 2 lata. Ostatnio spotkałam ją w sklepie. Była w ciąży. Nie wyglądała już jak kiedyś. Nie była już tą modną nastolatką, obwieszoną złotem i srebrem jak kiedyś. Nie wiem czy się zmieniła, wiem tylko, że już nie jest tą bogatą, rozpieszczoną i rozkapryszoną gówniarą. Tak jak byłyśmy inne, lata zmieniły i teraz jesteśmy takie same, na takim samym statusie materialnym. Teraz wiem jak to pieniądze zmieniają człowieka.
Kilka dni temu napisała, że chce się spotkać, że żałuje tych ostatnich lat. Wiem, że odbudujemy relacje, kocham ją i jej maleństwo. To moja siostra, mimo wszystko zawsze jej pomogę.
Jestem facetem. Sam do końca nie wiem jakiej orientacji, bo najbardziej na świecie podniecają mnie minotaury. Nie gejowskie, nie lesbijskie porno, nawet nie klasyczne, tylko minotaury. Wielkie, włochate, dzikie i potężne. Jest nich po prostu coś tak niesamowitego, sam nie umiem tego opisać. Niestety nie znam nikogo innego w Internecie, kto podzielałby mój fetysz. I co ciekawe, brzydzę się zoofilią.
Ktoś ma pojęcie co jest ze mną nie tak?
Czasami chciałbym po prostu przestać istnieć. Ale nie, nie chcę się zabijać. Uważam to za głupie. Czasem jednak chciałbym mieć taki przycisk escape, tak aby wszystko się zatrzymało.
Moje życie nie jest ani smutne, ani złe, ani nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. Nadal się uczę, aktualnie nie pracuję, więc utrzymują mnie rodzice. Jednak mimo to moim problemem jest to, że nic nie sprawia mi przyjemności. Nie potrafię się do niczego zebrać. Nic mnie nie obchodzi mimo, że chciałbym aby było inaczej. To coś w rodzaju, chcenia, ale tak naprawdę to chyba jednak nie. Wszystko wydaje się takie... "żadne".
Nie pamiętam kiedy ostatnio czymś się ekscytowałem, czy kiedy ostatnio czułem motywację do czegokolwiek. Do tego cały czas czuję się zmęczony. Gdy tylko wyjdę z domu z przyjaciółmi, po powrocie czuję się jakbym cały dzień ciężko pracował, mimo że wszystko co robiłem to jedynie spędzanie czasu z przyjaciółmi. Sam nie wiem jak to opisać. Po prostu męczy mnie to jaki jestem, ale nie umiem nic z tym zrobić. Wiem, że to głupie, bo przecież jest wielu, którzy mają większe problemy niż ja, ale czasem jednak nadal chciałbym mieć po prostu przycisk "exit".
Moja babcia jest bardzo starej daty i nie rozumie XXI wieku.
Wszyscy w domu mamy dekodery, a jak jest brzydka pogoda (większy deszcz lub burza), to często na telewizorze pojawia się pasek z informacją o braku sygnału.
Tak samo było wczoraj wieczorem.
Dziś rano podczas rodzinnego śniadania, moja babcia zaczęła opowiadać o "Jakiej to melodii", że to bardzo fajny program. Mówiła tylko, że trochę przez pogodę jej przerywało, pokazywały się paski, ale pan prowadzący był bardzo miły i czekał z dalszym prowadzeniem programu, dopóki nie znikną jej te paski z telewizora... :)
Czytałam niedawno anonimowe o tym jak pijany mąż powiedział żonie, że nie kocha go, gdyż nie połyka. I przypomniało mi się... ;)
Kochałam się ze swoim facetem, z którym byliśmy w związku ok. 2 lat. Któregoś razu zapytał czy może skończyć w moim ustach. Zgodziłam się - żadna nowość. Gdy on przeżywał swoje chwile uniesienia, w mojej głowie urodził się pomysł - jak pomyślałam tak zrobiłam. Udałam, że przełknęłam dzienną dawkę białka, pod pretekstem buziaka wlałam całą zawartość spermy w jego usta. I wiecie co? Chyba mnie kochał, bo połknął. :D
Jak możecie się spodziewać, nie jesteśmy razem. :D
Dodaj anonimowe wyznanie