Na pewno część z was kojarzy te grupy na fejsie, typu "Matura 2017 język polski", do których krótko przed tym egzaminem dołączały tysiące zdesperowanych maturzystów. Na kilka dni przed maturą było tam pełno ogłoszeń, że ktoś robi konwersację, w której powtarza się materiał, np. z danej lektury.
Postanowiłam utworzyć taką konwersację, bo jestem tak samotna, że fajnie usłyszeć dźwięk powiadomienia i móc sobie z kimkolwiek popisać, chociażby o lekturze...
Rodzice mają sklep połączony z domem. Gdy mój kilkanaście lat młodszy brat był jeszcze małym bobaskiem i wymagał stałej opieki (a ciężki był z niego przypadek; jak dostawał histerii, to nikt i nic poza mamą nie było w stanie sprawić, żeby przestał płakać, a w zasadzie wydzierać się jak te wszystkie stare prześcieradła, które tak lubił obsikiwać), tata w tych godzinach pracował poza domem, więc czasem mama prosiła mnie, żebym otworzyła sklep o 5. rano i sprzedawała do czasu pojawienia się ekspedientki (czyli ok. 6.).
Nie był to dla mnie problem, jednak nie należałam do rannych ptaszków, toteż mój mózg nie działał na najlepszych obrotach o tej pogańskiej porze. Klienci to zwykle stali bywalcy - wiedzieli, kim jestem, ja znałam ich z widzenia. Wykazywali zatem cierpliwość wobec mojego porannego zaćmienia umysłu. Oto kilka przykładów:
1. Pewien pan poprosił o bułkę z serem. Ja lekko zdziwiona jego ignorancją (przecież jest tu codziennie i chyba trochę kojarzy naszą ofertę!) odpowiadam grzecznie, że nie mamy gotowych kanapek, ale jeśli sobie życzy, to mogę mu podać ser w plastrach i bułkę (zaproponowałam nawet dobrodusznie, że przekroję mu ją na pół). Wtedy klient mnie oświecił, że miał na myśli bułkę słodką...
2. Klient położył na ladzie 4 butelki i poprosił o Żubry "na wymianę". Zasugerowana tą magiczną liczbą porcji piwa zapytałam, czy podać czteropak, czy może woli "luzem". Gdy już mi przypomniał, że do wymiany lepiej nadają się jednak te w butelce, spytałam, czy doliczyć butelki, czy może zamierza je za chwilę zwrócić.
3. Gdy kończyłam obsługiwać pewną osobę, zerknęłam na kolejną w kolejce - mężczyzna. Szkoda, że jedynie komuś towarzyszył i ulotnił się, gdy odkładałam jakąś szynkę do lodówki, co przeoczyłam i zanim podniosłam wzrok, rzuciłam w kierunku kolejnego w kolejce jegomościa: "Dzień dobry. Co pan sobie życzy?". Jegomościem okazała się kobieta z pokaźnym wąsem, który po tym haśle zakryła dłonią z prędkością światła, a jej twarz nabrała barwy uroczo zarumienionego noska przeciętnego Pana Żula.
4. Facet poprosił kilogram kiełbasy. Ładnie zapakowałam, położyłam przed nim na ladzie i wstukuję cenę na wadze - poza ceną same zera. Resetuję dane i znów wprowadzam wartość śląskiej... Nadal same zera. Przez chwilę patrzę na wagę niczym cielę na malowane wrota, po czym głośno stwierdzam, że waga zapewne się zepsuła. "A może by tak położyła pani kiełbasę na tej wadze?".
5. Klient poprawiający sobie ułożenie sztucznej szczęki prosi o "pyziajek". Proszę o powtórzenie raz, drugi i trzeci, aż mi się głupio zrobiło, no ale muszę wiedzieć, cóż takiego pan zamierza zakupić, więc pytam zawstydzona po raz kolejny. Wtedy szczęka ustawiła się "jak trza!" i facet wrzasnął: "Jajka! Pięć jajek!".
PS: Brat wyrósł na grzecznego i mądrego chłopca.
Historia będzie o tym jakich to my mamy wspaniałych, wykształconych nauczycieli.
Jak wiecie albo i nie, w drugiej klasie gimnazjum trzeba zaliczyć projekt z wybranego przedmiotu.
Chłopaki z naszej klasy wybrali informatykę, bo najłatwiej.
Problem w tym, że Pani nazwijmy ją Zosia, z informatyką ma mniej wspólnego od nas.
Temat wybrany - "Życiorys xxx". A, że slajdów było dużo, chłopaki stwierdzili, że czytać nie będą. Mądra Pani Zosia wpadła na pomysł - wstawcie lektora.
Wyszło jak wyszło, nie udało się. Chłopaki przychodzą do naszej szanownej Pani informatyk i mówią, że nie da rady.
Na to Pani Zosia w krzyk, że olewackie podejście, że się nie przyłożyli itp. itd.
Wzięła się, więc za to zadanie sama. Koniec z końcem po cichaczu lektora wstawił chłopak z trzeciej klasy, bo sama nie umiała.
Chłopakom za to ich złe podejście projektu nie zaliczyła.
Jak to mówi polskie przysłowie - "Uczył Marcin, Marcina sam był głupi jak (sami skończcie)
Uwielbiam mówić do siebie, ale się tego bardzo wstydzę, mimo, że u mnie w rodzinie uważane jest to za naturalne. Mówię do siebie tylko w domu jeżeli nikogo nie ma (ale wykluczam uczenie się, bo też robię to "na głos"). Jednak, gdy ktoś mnie na tym nakryje, to czuje się jak schizofrenik XD
Strasznie mnie podnieca, kiedy mój chłopak w trakcie seksu opowiada mi o chemii i biologii. Cokolwiek. Nigdy nie lubiłam tych przedmiotów i chyba właśnie to mnie kręci.
Anonimowo?
Ostatnio w moim domu doszło do wielkiej awantury. Po prostu koniec świata, apokalipsa i armagedon w jednym. I naprawdę nie przesadzam.
Mama zwymyślała mnie od egoistek zapatrzonych w siebie, samolubów, egocentryków i niewdzięczników. Wrzeszczała przez godzinę, w pewnym momencie już sama do siebie, jakby ją sam szatan opętał. Że w ogóle nie myślę o niej, że dbam tylko o swoją dupę itd.
A dlaczego?
Bo zakomunikowałam jej, że kupię sobie... łuk. Interesuje się łucznictwem i postanowiłam zainwestować w to moje własne pieniądze. Wykrzyczała mi, że poprzewracało mi się w dupie, że dlaczego nie mogę mieć normalnych zainteresowań jak dzieci jej koleżanek tylko wymyśliłam bieganie po polu z łukiem, skoki na bungee, podróżowanie albo pole dance. Oczywiście nie zrobiłam NIC z wyżej wymienionych, żeby uniknąć awantur albo, żeby nie dostała zawału jak wyjadę do Japonii. Ale powiedziałam, że jestem młoda i chciałabym coś przeżyć w życiu. I było jeszcze gorzej. Bo przecież ona pozwala mi wychodzić z domu, mogę sobie iść na dwór i do kina, będą dni naszego miasta, przecież mogę iść i korzystać z życia, najlepiej zapraszając Cudownego Syna Państwa Iksińskich, bo a nóż coś z tego wyjdzie.
Nie wiem, czy moje cne, niewieście serduszko wytrzyma takie ekstremalne doznania...
W każdym razie, na zakończenie dodała, że ona marzy o tym, żeby zaprosić mnie wraz z mężem na niedzielny obiad albo iść z wnukiem na spacer, ale oczywiście taka egoistka jak ja ma to głęboko w poważaniu.
Mam dwadzieścia jeden lat, nie mam nawet chłopaka, nie wspominając o mężu i dziecku. I w najbliższej przyszłości nie planuję tego zmieniać, więc dla mojej matki pozostanę gorszą kategorią człowieka.
A łuk i tak kupię, bo mam dość ustępowania jej na każdym kroku.
Czwarta klasa podstawówki. Miałam w klasie dość dobrego kolegę, który też był moim sąsiadem. Ogólnie relacja między nami była dobra, nie jakaś bardzo przyjacielska, ale koleżeńska. Często szliśmy razem do szkoły, razem wracaliśmy, w szkole trzymaliśmy się ze sobą raczej średnio. W każdym razie większych wojen między nami nie było.
Tego dnia, na przerwie, Antek czymś mnie wkurzył. Już nie pamiętam, czy mi coś zabrał, popchnął mnie czy też zwyzywał, w każdym razie zaczął uciekać, a mi się ciśnienie podniosło. Na boisku szkolnym mieliśmy niewielką skarpę i z niej zbiegał. Ja stałam na górze, nie myśląc o konsekwencjach, podniosłam z ziemi garść żwiru (na górze skarpy była żwirowa ścieżka) i cisnęłam tym w niego.
Niefortunnie trafiłam w skroń, która się rozcięła i zaczęła krwawić, a Antek upadł na ziemię. Nie wiem, czy upadł od uderzenia, czy potknął się o coś, w każdym razie kilka chwil był zamroczony i nie załapał kto mu to zrobił i dlaczego krwawi. Ja byłam przerażona, widziałam kolegę, który leży na ziemi zakrwawiony i nie rusza się i miałam pewność, że go zabiłam. Podbiegłam szybko, wyciągnęłam chusteczkę i wycierałam mu skronie prosząc, by się do mnie odezwał i pytając jak mam na imię.
Koledze nic się nie stało, ale najzabawniejsze było to, że w momencie gdy na trzęsących się nogach do niego podbiegałam, zobaczyła mnie nauczycielka. Na najbliższym apelu szkolnym dostałam pochwałę dyrektorki za koleżeńską postawę i przed całą szkołą stawiano mnie za wzór do naśladowania. Nauczycielce nie przyznałam się nigdy, Antkowi powiedziałam o tym kilka lat po szkole średniej. Do dziś paczka znajomych śmieje się ze mnie, ale ja najbardziej pamiętam z tej sytuacji moje przerażenie i pewność, że wsadzą mnie do więzienia za morderstwo.
Do przedszkola poszłam w wieku trzech lat. Zaznaczyć muszę, że bardziej przypominałam chłopca niż dziewczynkę, z powodu bardzo kruchych i lichych blond włosów, które zaczęły mi rosnąć stosunkowo późno. Mama chuchała i dmuchała na te moje liche kłaczki.
W tym przedszkolu miałam najlepszą przyjaciółkę - Alicję. Bawiłyśmy się tylko ze sobą i z nikim innym w kącie sali obudowanym klockami. I podczas jednej z naszych zabaw bardzo się pokłóciłyśmy.
Kiedy obrażona Alicja odeszła w drugi kąt naszej bazy, stwierdziłam, że nie może jej ujść to na sucho i wymyśliłam zemstę idealną. Rozgniotłam w dłoniach plastelinę i wlepiłam ją we włosy. Z mściwym uśmiechem spojrzałam na Alicję i zaczęłam płakać, jakby obdzierali mnie ze skóry. Pani przedszkolance powiedziałam, że pokłóciłam się z Alicją i ona ze złości wlepiła mi plastelinę we włosy i teraz trzeba będzie je obciąć.
Przedszkolanka zaprowadziła mnie do pani dyrektor, gdzie udało się wyczesać plastelinę z włosów.
Ja dostałam cukierki na pocieszenie, a Alicja czerwony język, który trzeba było nosić na szyi cały dzień - znak najwyższej hańby i reprymendę od przedszkolanki i rodziców.
Dopiero niedawno przyznałam się rodzicom, że to byłam ja, a nie Alicja, z którą i tak pogodziłam się następnego dnia.
Siedzę sobie elegancko na przystanku, kontemplując swoje życie przegrywa. Upał taki, a ja zamiast jechać multiplą ojca czekam na autobus. Moje myśli skupiają się też na byciu wiecznym singlem oraz na tym, że zawsze się ten autobus spóźnia koło trzeciej, tak jakby o tej godzinie kierowcy wszystko rzucali, trzaskali drzwiami i szli na golonkę. Wyglądam, rysuję nogą w kurzu, patrzę a autobusu nie ma. Krew mnie zalewa. Kiedy moje nowe adidasy są już srogo pokryte kurzem, a ściągacz w skarpetce odcina mi dopływ krwi i czuję, że w życiu mnie nic dobrego nie spotka, nagle staję się świadkiem takiej oto sytuacji.
Na przystanek pierwszy przybywa kolo z dość mocno zmęczoną reklamówką z biedry. Myślałem, że będzie standardowe "kierowniku, masz poratować drobnymi?". A tu nie. On wyciąga kiść brązowawych bananów i bez słowa odrywa jednego i mi daje.
- Nie dziękuję, pić się chce - zażartowałem.
Patrzę, kolo grzebie dalej. Moim oczom ukazał się oczojebny kolor jakiegoś bliżej nieokreślonego trunku.
- Niech pije - mówi.
Coś było takiego stanowczego w jego głosie i w tym upale mi padła asertywność wraz z godnością człowieka. Pociągnąłem z gwinta, coraz intensywniej myśląc o tym jak żałosny jest mój byt. Wtedy to właśnie na pobliskim parkingu zatrzymał się samochód. Ja i mój nowo poznany ziomek gapiliśmy się tak przez kilka minut. Taki instynkt nic nie liczącego się świadka życia innych ludzi. Z czarnej beemki wyskoczył srogi koks. Komórka w łapie i jedzie na głośnomówiącym. Za moment podjeżdża kolejny. Na tym etapie już nie byłem w stanie rozkminić marki, ale jedno wiem - był różowy. Wtedy wysiada ona. Kruczoczarne włosy, białe spodnie, różowy top i masa, ale w ustach. Koks wymachuje łapami, ona mu tam faki i zaczyna się inba. Zaczynam widzieć podwójnie. Nagle słyszę "No nic" - i kolo wstaje, oddaje mi resztkę trunku.
Nadjeżdża autobus, ale widzę to jak przez sen. Zostaję na przystanku. Obserwuję sytuację, adidasy mi mówią, żebym był w pogotowiu, bo starszy człowiek idzie na interwencję ratować honor damy. Kolo niższy od koksa o połowę coś mu tam mówi, no i słyszy, że ma spierdalać. Różowa dama płacze, a kolo nie odpuszcza i zastawia ją swoim ciałem. Koks się nachyla nad kolem (moje nogi już mnie same niosą przez ulicę) i w tym momencie kolo wypłaca mu z tej reklamówki. Koks leży. Dama z gatunku Karynowatych dziękuje i pakuje się w różową landrynkę i odjeżdża.
- Ale jak? - pytam go, a on mówi:
- Gołębie karmię. Zajebałem mu zbożem.
Kolo miał w reklamówce z pięć kilo ziarna. Przez drogę do monopolowego opowiada mi, że jest byłym milicjantem. Wypiliśmy jeszcze dwa oczojebne specyfyfiki i zjedliśmy banany. Udowodnił mi, że rycerz nie musi chodzić w zbroi. W sobotę zabieram go na ryby multiplą ojca. Będziemy pili za zdrowie księżniczek i za honor polskiej szlachty!
Pewna dziewczyna pisała, że ma śmiech hieny cmentarnej.
Ja na początku śmieję się normalnie, ale jak się nakręcę, to wpadam w tryb osła. I to galopującego. Brzmi to mniej więcej "hi hi hi iiiiiiii, hi hi hi iiiii", na iiii łapię oddech i teraz sobie to odtwórzcie w bardzo szybkim tempie. Ludzie przy mnie płaczą ze śmiechu jak to słyszą. A, i to jest atak, nie mogę się uspokoić i potrafię tak z 10 minut.
Dawno temu jak czekaliśmy pod schroniskiem i wpadłem w rezonans osła, to śmiało się ze mną tak z 200 osób. Na szczęście teraz mogę to kontrolować i jak zamknę oczy, to potrafię się zatrzymać.
A teraz przyznać się, kto próbował zaintonować śmiech na osła :D
Dodaj anonimowe wyznanie