#RuPSJ

Jestem młoda, mam 15 lat.
Zdiagnozowano u mnie bardzo rzadki nowotwór macicy - nie jest złośliwy, ale niesie ze sobą bardzo, ale to bardzo krwotoczne miesiączki.
Obecnie czekam na operację. Jestem teraz w trakcie miesiączki (6 dzień).
Przez te 6 dni poziom hemoglobiny spadł mi do 8,3 (co oznacza bardzo szybką i dużą anemię), jakieś 20 minut temu wróciłam ze szpitala (2 dni leżałam i dostawałam krew).
Plan był taki, żebym jutro mogła iść do szkoły chociaż na jeden dzień (potem będą wzywać na operację).

Jednak się po prostu boję... Wystarczyło 10 minut, TYLKO 10 MINUT jazdy w samochodzie (a więc siedzenia), żeby po wstaniu dosłownie ze mnie wystrzeliło... Poleciało mi po nogach, dosłownie całe nogawki czerwone. Ale najlepsze zaczęło się w domu - jak tylko usiadłam na kibelku, pojawiło się to, czego najbardziej nie chciałam - skrzepy. Ale nie takie małe skrzepy krwi, moje skrzepy są wielkości dłoni, te największe wielkości zaciśniętej pięści.
Leciały przez 10 minut, potem poszłam w końcu do pokoju, jednak wróciłam po 3 minutach - krew leciała ciurkiem, a po chwili to obrzydliwe uczucie i spadł właśnie taki wielkości pięści - chlupnęło tak, że krew nakapała na powierzchni całej łazienki.. To było jak odkorkowanie - za tym największym skrzepem pojawiała się fala mniejszych i trwała jakieś 5 minut.
Naprawdę chcę iść jutro chociaż na jedną lekcję, ale jestem pewna, że po 45 minutach nie będę mogła ze wstydu wstać z krzesła (nie umiem ocenić, kiedy skrzepy się pojawią, więc nic nie dałoby poproszenie o pójście do łazienki).

Prawdopodobnie wytną mi całą macicę, z jednej strony jestem tym przerażona, jednak nie tym, że nie będę mogła mieć dzieci, a utratą hormonów i ich przyjmowaniem, a z drugiej to po prostu nie chcę jej mieć, nie chcę już przeżywać tych okresów (one potrafią trwać do 12 dni, z czego każdy tak obfity, jak opisałam).

#ViEl1

Mój nauczyciel od angielskiego zawsze chwalił się, że jego rodzina jest idealna, że wszyscy są ułożeni, zawsze kładł zdjęcie swojej uśmiechniętej rodziny na biurku i tak dalej. Jednocześnie mówił, że homoseksualizm, biseksualizm i aseksualizm biorą się z patologicznych rodzin.

A teraz wyobraźcie sobie jego minę, gdy zobaczył mnie - swojego byłego ucznia - całującego się z jego synem :D

#8d2Nk

Mieszkam w cudzie zwanym starym budownictwem, jeszcze częściowo do remontu.

Przyszła kolej na łazienkę. Jak wygląda sytuacja - na wierzchu odpływ od WC żeliwny, klejony żywicą, malowany 800 razy, estetyki zero. Przy remoncie wypadałoby taką rurę wymienić już na PVC. Majster robić tego nie mógł, więc poszedłem do spółdzielni. Przyszedł hydraulik, patrzy i mówi: Panie, ale z tej rury nic nie leci, póki dobra, to nikt tu nic nie wymieni.
Mówię, że coś musi się dać zrobić, toż nie będę remontu odwlekać przez takie coś, a zabudować tego też strach. No więc wziął hydraulik żabę, puknął w dwóch miejscach, że odpadła farba, wody z kranu wziął i psiknął w świeży wyrąb, lekki zaciek się zrobił i zabarwił na brązowo. Zrobił dwa zdjęcia, a do karty zgłoszenia wpisał, że uszkodzony pion.

Swój chłop :D

#Pm6S7

Powiem nieskromnie - mam bardzo ładną dziewczynę. Jestem o nią trochę zazdrosny, chociaż nigdy nie dała mi ku temu powodów. Cóż - moja ukochana pracuje w zawodzie, w którym ma kontakt z wieloma ludźmi, w tym i z imprezowiczami, którzy czasem do niej zagadują licząc na szybki romans. Jest hostessą.
Ostatnio trochę mnie ten fakt męczył, więc postanowiłem zapytać ją wprost, czy daje swój numer innym facetom i czy zdarza się jej korespondować z jakimiś fraglesami.
Z jednej strony ufam jej, ale z drugiej, no cóż - to chyba normalne, że trochę się niepokoję...
Odparła, że owszem - wielu gości prosi ją o numer, ale zazwyczaj albo odmawia, albo daje im telefon do jakiejś swojej koleżanki, aby ją strollować. "Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę" - burknąłem bezmyślnie i uspokojony zmieniłem temat.

Od tygodnia codziennie wydzwaniają do mnie jacyś goście z nieznanych mi numerów. Dostałem też kilka sprośnych SMS-ów, zaproszenie do sauny i dwa zdjęcia czyjegoś wacka...

#H0EBc

W 3 klasie liceum mieliśmy koleżankę zagrożoną z wielu przedmiotów - między innymi z języka polskiego. Nauczycielka dała jej szansę poprawienia ocen i kazała napisać wypracowanie.

Gdy nauczycielka zobaczyła pierwsze zdanie, już wiedziała, że jednak zakończy się na jedynce. Brzmiało ono tak: "Izabela Łęcka, główna bohaterka powieści Wesele...".

#NhI2J

Moja matka wciąż narzeka, że nie mam jeszcze dzieci. Za to z mojej młodszej siostry jest bardzo dumna, ponieważ ona ma już syna.

To nic, że Emilia (siostra) ma 14,5 roku.
To nic, że ojciec dziecka ma 22 lata i słuch o nim zaginął po tym, jak tylko dowiedział się o ciąży.
Jak ma na imię dziecko? Brajan, a jakżeby inaczej!

Ja mam 16 lat i jeszcze niedawno zamierzałam przedstawić matce moją dziewczynę, ale po jej wyczerpującej, obfitej w rozmaite wulgaryzmy przemowie o homoseksualizmie, wolę tego nie robić.

#fYsxY

Jestem 17-letnią dziewczyną i jakiś czas temu dość późno w nocy zaczął mnie boleć brzuch. Na początku uznałam to za przedmiesiączkowe bóle, wzięłam tabletki przeciwbólowe i wróciłam do nauki, ale nic nie przeszło. W tym momencie wiedziałam już, że coś jest nie tak, bo znam swoje reakcje na okres i tabletki - a że zapalenie wyrostka jest częste w mojej rodzinie, od razu poszłam do mamy, żeby zawiozła mnie do lekarza. I tu zaczyna się cyrk.

W szpitalu nikt mnie nie zbada, bo lekarz musiałby zejść dwa piętra, a przecież trzymam się na nogach, więc nie ma tragedii. Czy nie mam mieć przypadkiem okresu...? No, to wszystko jasne, małolata dramatyzuje. Jedziemy do nocnej przychodni na drugim końcu miasta - przyjmuje mnie lekarka, która po standardowym badaniu pyta konspiracyjnie, czy po prostu nie chcę się wymigać od szkoły. Ręce mi opadają, dostaję tylko receptę na ketonal i pełne politowania spojrzenie. Trudno, wracam do domu.
Rano ewidentnie już coś ze mną nie tak, jadę znowu do szpitala - bez skierowania nie przyjmą, niech dziewczyna idzie po szkole do przychodni. Jakiej szkole, od razu do przychodni. Czekam w kolejce godzinę - kasłający lekko 10-latek w końcu musi być przed mdlejącą na ławce dziewczyną (miny babć, które zobaczyły, jak osuwam się na krzesełka obok - jeszcze miejsce zajmuje (!)). Lekarka w przychodni z politowaniem mówi mi, że też miewa ciężkie okresy i jest pewna, że to nie wyrostek.
Proszę rodziców, żeby zawieźć mnie jeszcze na badania krwi, bo na 100% coś ze mną nie tak. Za godzinę z wynikami wchodzę na izbę przyjęć w szpitalu, gdzie bada mnie lekarka dyżurna i stwierdza, że zmiany we krwi to przez to, że jestem taka chuda. Upieram się, żeby zrobić mi USG, bo naprawdę zaczynam się bać.
Po badaniu ewidentnie widać, że coś dzieje mi się - uwaga - z wyrostkiem. Przyjmują mnie na oddział... i czekam kolejną dobę, bo stary ordynator klepie mnie po głowie z politowaniem i daje zastrzyk przeciwbólowy na "bolesną miesiączkę".
Dopiero kiedy następnego dnia rano nie mogę już chodzić, zabierają mnie na stół operacyjny. Na karcie wypisu ze szpitala dowiedziałam się, że tego samego ranka wyrostek w końcu mi pękł - gdyby ktokolwiek uwierzył mi wcześniej, oszczędziliby mi bólu, a sobie pracy przy usuwaniu go.

Jak to jest, że niewykwalifikowana nastolatka zdiagnozowała samą siebie dwa dni przed jakimkolwiek lekarzem?

#98C5A

Jestem życiową niezdarą/ciapą/kaleką czy jak inaczej kto woli. Żeby to lepiej zobrazować powiem, że gdy w tłumie leci butelka, to można być pewnym, że to akurat ja złapię ją głową. Dziś przebiłam wszystkie moje dotychczasowe ekscesy.

Prawie spaliłam mieszkanie przez lasagne i to w nie byle jakim stylu. Idąc z gorącym daniem potknęłam się i wylądowałam razem z serem i sosem beszamelowym na przedłużaczu. Spaliłam jedynie poduszkę i brzeg łóżka. No brawo ja.

#HAxzA

Czytając najróżniejsze wyznania natrafiłam na jedno o dziewczynie, która przerobiła pokój na Narnię. Jako że sama mam coś podobnego, postanowiłam podzielić się swoją historią:

Od wielu lat miałam w domu dwa puste pokoje. Nie widziałam, co z nimi zrobić. Narzeczony też nie mógł wpaść na żaden pomył. Dzieci mieć nie możemy, więc pokój dla nich odpadał. W końcu, po wielu rozmowach, wpadliśmy na pewien pomysł:
Wyburzyliśmy jedną ścianę (tym samym połączyliśmy pokoje), zamurowaliśmy drzwi. Zrobiliśmy dziurę w naszym pokoju tak, by dało się przejść do połączonych pokoi, a potem zaczęliśmy je dekorować. Kupiliśmy mnóstwo sztucznych roślin (i kilka prawdziwych), wiele ozdobnych półek na książki, chińskie lampy, nawet udało nam się stworzyć z kamieni i innych materiałów miniwodospad (woda w nim nie płynie, ale wygląda ślicznie). Na końcu kupiliśmy podwieszane łóżko, naklejki na ścianę w kształcie motyli i biedronek oraz dywan przypominający trawę i ładną, czarną ławkę.
W pokoju (w miejscu, gdzie była dziura) powiesiliśmy obraz, który namalowałam na starej, białej zasłonie (pewnie za jakiś czas przejście będzie bardziej "tajne" :))

Cztery lata zajęło nam skończenie tego. Nikt z rodziny nie wiedział, wszyscy myśleli, że jedynie pozbyliśmy się dwóch pomieszczeń. I tu zaczyna się historia.

Leżałam na podwieszanym łóżku, narzeczony siedział na ławce i czytaliśmy książki. W pewnym momencie ktoś zaczął pukać do drzwi, ale nie chciało nam się wstawać. Nagle ktoś wszedł do mieszkania, a po chwili słychać głos mojej matki (później okazało się, że zostawiłam klucze podczas ostatniej wizyty).
Mamuśka i tata obeszli cały dom, aż w końcu dotarli do pokoju. Matka zaczęła marudzić (jak to ja i narzeczony nie dbamy o dom), wyzywać (zwyzywała mnie i narzeczonego), zaczęła komentować wystrój. W końcu "zmęczona marudzeniem" oparła się o zasłonę. Oczywiście wywaliła się i wpadła do pokoju, w którym byliśmy my. Jej mina - bezcenna.
Dodaj anonimowe wyznanie