Miałam wtedy 12 może 13 lat. Zaginęła moja bliska koleżanka, wszyscy jej szukali, rodzice rozklejali plakaty, Policja nas wypytywała w szkole. Ja jako nieodpowiedzialna dziewczyna postanowiłam jej sama poszukać. Nie było to najmądrzejsze co mogłam zrobić, w końcu kto wie czy to nie jakiś pedofil czy inny wariat stał za tym zaginięciem. Ale i tak poszłam sama przeszukać liczne w okolicy pustostany.
Były to ruiny starych fabryk i magazynów opuszczone i zaniedbane przez długie dziesięciolecia. Policja tam szukała, ludzie też, ale tylko powierzchownie, bo naprawdę było tam mnóstwo zakamarków i trudno dostępnych pomieszczeń. Przechadzając się po kilku z nich, w końcu ruszyłam wydeptaną drogą do kolejnego, dużego budynku znajdującego się w pobliżu rzeki. I wtedy zobaczyłam jego, mężczyznę w średnim wieku, w garniturze pod muchą i w kapeluszu. Tylko, że on unosił się nad ziemią i był pół-przezroczysty. Każdy od razu pojąłby, że to duch. Czułam to w sobie, i wtedy on odezwał się do mnie:
- Proszę nie idź tam, jej tam nie ma. Jest tam. - I wskazał na drugą stronę rzeki.
Nie bałam się w tym momencie, kiedy skończył mówić - zniknął, po prostu się rozpłynął, inaczej być nie mogło, był ze dwa metry ode mnie. Przeraziłam się i uciekłam do domu. Nikomu nie powiedziałam o niczym. Kto by mi uwierzył? Nikt. Stałabym się pośmiewiskiem wszystkich. Więc o całej sprawie zapomniałam. A Jej nigdy nie znaleziono.
Kilka lat później przeprowadziłam, się z rodzicami do innego miasta, prawie 580 km dalej, babcie i dziadka odwiedzałam tylko raz czy dwa na rok, w czasie lata. Skończyłam studia i teraz sama mam córeczkę. Wczoraj wzięłam urlop i pojechałam do babci załatwić kilka spraw. Ostatni raz widziałam ją w kwietniu, to ona do nas przyjeżdża z dziadkiem na święta. Przyjechałam, a babcia jak to starsza kobieta podała herbatkę i ciasteczka i zaczęła opowiadać wszystko co się u niej zdarzyło.
Między innymi, że znaleźli moją koleżankę. Dwa miesiące temu podczas jakichś prac wykopali ją, jej zwłoki, kilkaset metrów od miejsca gdzie widziałam ducha. Dokładnie po drugiej stronie rzeki tam gdzie wskazywał. Ponieważ nie lubicie braku zakończenia, to nie odkryto nic nowego, nikogo nie złapali, w końcu co można zrobić po tylu latach kiedy zostały tylko kości i strzępy ubrań. Jestem rozbita, całe życie chciałam wiedzieć co się z nią stało, zachowałam do teraz nawet nasze zdjęcie zrobione niecały miesiąc przed jej zaginięciem. A teraz kiedy wiem, to nawet jest jeszcze gorzej.
Jestem zwykłą, nastoletnią dziewczyną. Niczym się nie wyróżniam. Na co dzień jestem uśmiechnięta, mam grupkę przyjaciół ze szkoły. Piekło zaczyna się po powrocie do domu.
Nienawidzę tej kobiety. Psuje mi dosłownie wszystko. Nieraz zdarzało mi się po prostu myśleć o samobójstwie. Ale muszę być silna. Daję radę od tych nastu lat, prawda?
Moja mama. Nie mam pojęcia, co jest z nią nie tak. Może ma jakąś chorobę psychiczną. Naprawdę nie jestem w stanie tego powiedzieć.
Jednak czasami jest najukochańsza na świecie. Mówi do mnie córeńko, skarbie, sratatatata.
Ale najczęściej zaczyna na mnie krzyczeć bez najmniejszego powodu. Udaję niewzruszoną, pozornie nie wywiera to na mnie wrażenia, ale po prostu sobie z tym nie radzę. Odbiera mi to całą chęć do życia. Nie jestem najgorsza - uczę się nieźle, nie sprawiam większych problemów. Jak to zwykła nastolatka - jakieś są, ale trzeba było nie majstrować kolejnego dzieciaka, no nic specjalnego, z poprzednimi dziećmi na pewno też tak było.
Przykładowa sytuacja? Wróciłam dziś do domu i powiedziałam lodówce, że ktoś zjadł mi parówki. Mama była w pobliżu. Przysięgam, jak włączyła syrenę, tak myślałam że wieś się zleci. W dupie mi się poprzewracało, jestem rozpieszczona, co ja sobie wyobrażam, mam nie wymyślać, naprawdę wszyscy mają mnie dość, starają się na mnie nie krzyczeć (tu aż się uśmiechnęłam), ale jestem nie do zniesienia i mają mnie dość.
Natomiast nie dalej jak dwa miesiące temu rodzicielka powiedziała mi wprost, że jestem jej najgorszym dzieckiem. Jak do tego doszło?
Mama wyszła z toalety. A że byłam w pobliżu, zaczęła krzyczeć, że co ja nie robię, że przepuszczam pieniądze przez dom, że 1 listek papieru toaletowego wystarczy, ja używam dwóch, jestem jej najgorszym dzieckiem, rodzeństwo chociaż coś robiło, a ja nic. Uśmiechnęłam się i wyszłam. I nigdy nie wróciłam już taka sama. Mam tego dosyć. Jestem najgorszym dzieckiem matki, bo zużywam o jeden listek papieru za dużo.
Boję się, że będę taka jak ona. Że moje dzieci będą się mnie bały. Że jako pięciolatki będą chowały się w miejscu, którego się boją, żeby schronić się przed matką. Może jako nastolatki będą starały się nie mieć ze mną nic do czynienia. Może to ja będę śniła się w najgorszych koszmarach. Może to przeze mnie nie będzie się chciało wracać do domu, czy wychodzić z pokoju. Może to ja będę powodem większości łez.
A może nie dożyję posiadania dzieci.
Kiedy miałam ok. 8 lat często chodziłam z mamą na zakupy do centrum handlowego. Wiadomo, jak to małe dziecko często się nudziłam. Chodząc po sklepach wpadłam na świetny pomysł.
Ubrania często w sklepach były porozrzucane, więc z nudów składałam je jak najładniej z nadzieją, że ktoś zauważy mój talent do składania ubrań i zatrudni mnie jako pracownika. Ja zostałabym najmłodszym pracownikiem, a wszyscy przychodziliby do sklepu się mną zachwycać. Nie. Nie zatrudnili mnie.
W czasach przedszkola mieliśmy z mamą małą tradycję, każdej niedzieli po dobranocce moja rodzicielka nalewała pełną wannę wody i pozwalała się wyszaleć przed nadchodzącym tygodniem.
Jednak pewnego razu, w jedną z niedziel wpadłem na "znakomity" pomysł.. Czekałem aż usłyszę kroki mamy zmierzającej do łazienki, by natychmiastowo wstrzymać oddech, położyć się na brzuchu i dryfować w wannie niczym topielec.
Mama otworzyła drzwi, krzyk, panika, podbiegła by mnie wyciągnąć aż tu nagle niespodzianka! Synek podnosi głowę rozbawiony, gluty zwisają mu z nosa i dziwi się, że mama płacze. Kary nie dostałem, klapsa również, jedynie reprymenda oraz tulenie przez kilka dobrych minut.
Pomimo upływu lat, nadal zdarza mi się przeprosić mamę za ten żałosny wybryk...
Ps. Brak dobranocki na TVP 1 uważam za największą porażkę od czasów pamiętnej przegranej polskich hokeistów 0 do 20..
Dawno, dawno temu, gdy do Internetu się dzwoniło, nie każdy miał komórkę lub aparat cyfrowy, nie było opcji "prawy klik-szukaj grafiki w Google", a o tinderach i innych takich nie było mowy, byłam gejem przez trzy lata.
Tak, dobrze czytacie. Stworzyłam internetową postać, wchodziłam na czaty, podrywałam facetów (wtedy jeszcze wchodzili tam zwykli ludzie szukający znajomości i/lub przgodnego seksu, bo po prostu nie było innej opcji, aby poznać kogoś "z branży").
Miałam nawet chłopaka, i to przez dłuższy czas. Swoją drogą naprawdę go polubilam i było mi dość przykro, gdy z braku czasu i ogólnego sensu trzeba było zakończyć znajomość.
Oczywiście nie wykluczam możliwości, że był to taki sam troll jak ja, ani takiej, że chłopak faktycznie z początku dał się nabrać, a potem przejrzał mnie, lecz ciągnął farsę dla zabawy... ale jest też opcja, że biedak niczego nie podejrzewał. Rozmawialiśmy o dość bliskich sercu i poważnych sprawach, było naprawdę miło i nawet dziś, po latach, łezka mi się w oku kręci, gdy wspominam mojego robaczka. Jeśli tak było, to w dobie wirtualnego świata jestem skłonna uznać, że mój pierwszy i jak dotąd jedyny chłopak był gejem.
Czemu jedyny?
Gdyż "w realu" spotykam się i sypiam wyłącznie z kobietami.
Moi rodzice od zawsze chętnie chodzili do lasu na grzyby lub jagody, najczęściej, żeby je sprzedać i trochę zarobić.
Gdy miałam ok 7 lat, zanim rodzice poszli do lasu, poprosiłam mamę o jakieś drobne, żebym mogła kupić sobie coś słodkiego. Dostałam coś ok 50 gr. (lata 90-te :)). Tego dnia szła z nimi ich dobra znajoma, taka moja "ciocia". Stwierdziła, że się dorzuci i że mogę z kieszeni jej kurtki, którą u nas zostawia na czas grzybobrania, sama sobie wziąć z drobnych też coś około 50 groszy, co też zrobiłam.
Mój ojciec zabronił mi kogokolwiek zapraszać do domu, kiedy byłam sama, ale to dla mnie nic nowego właściwie, bo nigdy nikt do mnie nie mógł przyjść.
W każdym razie siedząc sobie w domu i bawiąc się na balkonie, zobaczyłam na dworze syna tej mojej "cioci", Adama. Gdy zobaczył, że jestem w domu, postanowił przyjść do mnie, żebyśmy się razem pobawili. Wiedziałam co prawda, że zakaz itd itp, ale skoro moi rodzice są z jego mamą w lesie, uznałam, że nie będzie tak źle. Czas mijał, poszliśmy potem znowu na podwórko, wydałam moją złotówkę na groszki (nie zapomnę tego do końca życia) i wróciłam do domu, gdy moi rodzice już w nim byli.
Moja ciocia akurat się przebierała i ubrała tę swoją kurtkę, którą u nas zostawiła. Włożyła rękę do kieszeni i stwierdziła, że miała tam dwuzłotową monetę, której teraz nie ma.. Mój ojciec dostał szału. Skoro była, a nie ma, a ja grzebałam, więc pewnie ukradłam. Nie dał się przekonać, że wzięłam tylko 50 groszy, które ciocia mi pozwoliła. Nie i już, ukradłam! Mój ojciec krzyczał jak opętany, biegał po całym pokoju z pasem w ręce i kazał mi się przyznać, obiecywał, że jak to zrobię to nie dostanę lania. Byłam małą dziewczynką, która strasznie bała się swojego ojca, więc się przyznałam.. Miało obyć się bez kary!
Skończyło się potężnym laniem, miesiącem niewychodzenia z domu, bez telewizora (musiałam sama siedzieć w moim pokoju, kiedy rodzice oglądali), musiałam cały wielki zeszyt zapisać zdaniem "nie będę nigdy kradła", a że nie zdążyłam w wyznaczonym czasie, dostałam kolejne mega wielkie lanie...
Mimo, że okazało się, że to Adam, widząc kurtkę swojej mamy stwierdził, że "pożyczy sobie" od niej pieniądze na coś słodkiego.
Mimo, że ciocia do dziś ma wyrzuty sumienia, mój ojciec nigdy mnie nie przeprosił. Dla niego jestem złodziejką.
Szkoda tylko, że dziś, po 20 latach, to on zawsze wszystkim pieniądze z portfela podkrada, kiedy ktoś zostawi go na wierzchu, żeby mieć na alkohol...
Dzięki tato.
Byłam weganką. Urodziłam się w rodzinie wegan i praktycznie przez około 20 lat nie jadłam produktów odzwierzęcych, nie nosiłam skórzanych ubrań, nie miałam naturalnej pościeli ani wełnianego koca. W dodatku byłam nadęta. Uważałam się za lepszą od "mięsożerców", a w przekonaniu tym skutecznie utwierdzali mnie rodzice.
Na studia wyjechałam do innego miasta. Rodzice nie mieli już na mnie takiego wpływu jak kiedyś. Kiedy w internecie trafiałam na jakieś dyskusje weganie vs nieweganie, odkrywałam, że często to ci drudzy mają sensowniejsze argumenty. Poznałam paru fajnych ludzi, z którymi mogłam pogadać o weganizmie bez nerwów, nie próbowali mnie na siłę przekonać do zmiany diety, ale jednocześnie również dawali mi powody do zastanawiania się, czy to co robię ma sens.
I tak w końcu powoli, małymi, bardzo małymi krokami, zaczęłam rzucać weganizm. Wszystko przychodziło stopniowo, poznawałam nowe smaki. Nie wszystkie przypadły mi do gustu, ale i tak znacznie rozszerzyłam swoją dietę. Gdy rozwaliły mi się zimowe buty, kolejne kupiłam skórzane - było to 7 lat temu i dalej je mam, chociaż poprzednie buty wytrzymywały tak średnio dwie zimy. Zmiana pościeli na naturalną przyniosła mi lepszy sen. No i odeszło mi z życia dużo stresu, bo kiedyś musiałam sprawdzać każdy kosmetyk czy nawet lek, czy przypadkiem nie ma w sobie nic odzwierzęcego.
Walczę o zwierzęta w inny sposób. Kupuję jajka tylko z wolnego wybiegu, a mięso ze sprawdzonych miejsc, a nie z marketów. Wpłacam często pieniądze na fundacje walczące o lepsze warunki dla zwierząt gospodarczych. Nie popieram noszenia futer ani wykorzystywania zwierząt w cyrkach. I co najważniejsze, nie jestem zołzą, która każdemu wciska na siłę swoje poglądy. Zmieniłam się na lepsze.
Gdy tracę chęci podczas nauki, stawiam sobie na biurku lusterko.
Dlaczego?
Podczas przyglądania się mojej twarzy przypominam sobie, że z moim ryjem bez wykształcenia nic nie osiągnę. Działa.
Jestem facetem w wieku 23 lat. Rozstałem sie z dziewczyną, z którą byłem 4 lata. Jest mi teraz tak bardzo brak rozmów, kontaktu wzrokowego z płcią przeciwna, że w akcie desperacji zagaduję do kobiet starszych oraz do tak zwanych "moherków" w czasie jazdy do pracy żeby tylko porozmawiać.
O dziwo z miłą chęcią ze mną rozmawiają. Przykre...
Dostałam się do najlepszej szkoły w mieście, nawet nie oczekując, że niektóre sytuacje doprowadzą mnie do tak wielkiego śmiechu.
1. Pan od informatyki, na oko jakieś 50-55 lat. Poszedł na boisko, przyniósł martwego gołębia i powiedział do niego "Spokojnie Andrzeju, już wszystko dobrze", kazał nam zrobić zdjęcie Andrzeja i obrobić tak, żeby latał.
2. Ksiądz, 35 lat, postanowił poznać moją klasę lepiej i rozdał karteczki, żebyśmy ewentualnie pytania do niego zadali anonimowo. Pierwsze pytanie - "Skoro homoseksualizm jest wbrew Kościołowi, dlaczego w męskim odbycie znajduje się punkt G?" Drugie pytanie -"Brokuł Bartek to Bartosz czy Bartłomiej?" Ksiądz dał każdemu obecnemu 5 (może 15 osób z 35) i kazał iść na przerwę.
3. Po raz kolejny cudowny informatyk. Kilka osób zapytało, co zrobić, żeby dostać 6 na semestr. Odpowiedź: "Zaimponować mi, tak jak Maciek z 2 liceum, on zrobił przysiad na jednej nodze, no i dostał 6".
4. Tym razem pani od geografii. Oddanie sprawdzianu ze stolic Afryki. Zatrzymuje się przy pewnym chłopaku i zaczyna kiwać głową z uznaniem. Mówi, że ona już różnych głupot się nasłuchała w życiu, ale że stolicą Etiopii jest Addis Ameba, to jeszcze nigdy nie słyszała.
5. Dzień ucznia, moja klasa proszona na aulę. Istotne jest to, że ogrzewanie włączyli dopiero w połowie listopada, przez wymianę kaloryferów. Dyrektor przebrany za Zeusa dumnie siada na tronie, przygotowanym z zwykłego szkolnego krzesła i dwóch kawałków kartonu. Ksiądz, posłaniec Bogów, oświadcza, że zgubił skrzydła. Podbiega do drzwi po puszkę red bulla i krzyczy na całe gardło "RED BULL DODA CI SKRZYDEŁ", po czym zakłada na plecy różowe skrzydła wróżki. Podbiega do dyrektora i wyciąga Prometeusza spod ławki. Rozgniewany Zeus krzyczy na Prometeusza, że podarował ludziom ogień, a znudzony ksiądz odpowiada "A ja się mu nie dziwię, co miał zrobić jak KOMUŚ - patrzy z wyrzutem na dyrektora - zachciało się wymieniać kaloryfery?!"
6. Tego samego dnia, z okazji dnia ucznia wszyscy nauczyciele zebrali się i ustawili na scenie. Nie wiadomo o co chodzi, aż tu nagle słychać pierwsze nuty tak dobrze znanej piosenki - Despacito.
7. Ostatnie już w tym wyznaniu, bohaterem jest uwielbiany przez nas ksiądz, który nikomu nie chce podać swojej nazwy na snapchacie, wchodzi do klasy, włącza popularną ostatnio piosenkę Katy Perry i tańczy jak chłopak z teledysku.
Nikt mi nie wmówi, że ta szkoła jest nudna.
Dodaj anonimowe wyznanie