"Karma to suka" tak mówią, ale przy mnie to pikuś.
Miałem kilka lat temu dziewczynę, dokładnie 6. Zachorowała, okazało się, że ma niewydolne nerki. Jedna została jej usunięta i potrzebowała przeszczepu. Okazałem się idealnym dawcą, zgodziłem się bez zastanowienia, bo czego nie robi się z miłości?
Po kilku tygodniach wyniki się bardzo polepszyły i przeszczep był zbędny. Po ponad roku, czyli w Dzień Babci, lekarz w 100% potwierdził, że nie ma potrzeby przeszczepu. Wiadomo, ogólna radość itd., no ale jednak kur.. nie do końca.
Po odwiezieniu mojej "ukochanej" usłyszałem "teraz już cię nie potrzebuję, bo znalazłam kogoś bogatszego". Stałem jak wryty. Po kilku dniach przypomniałem jej, że pożyczałem jej 15 tys. zł na leczenie, gdy zażądałem zwrotu, oskarżyła mnie o wielokrotny gwałt i pobicie. Panowie policjanci, którzy mnie zabierali z mieszkania byli bardzo mili, pełen profesjonalizm, bez agresji, bo "jestem podejrzewany, a nie winien". Gorzej było w areszcie (nie, nie zrobili mi z dupy jesieni średniowiecza, pobiłem się z kilkoma osadzonymi, a biję się dobrze), wyszedłem z połamanymi żebrami, nosem i bez 3 zębów. Niestety z tego wszystkiego moi rodzice popadli w depresję.
Na rozprawie dzięki mamie dziewczyny, która słyszała rozmowę córki z koleżanką i zeznawała przeciwko niej, zostałem oczyszczony z zarzutów i odzyskałem hajs.
Wielokrotnie po tym wdziałem ją, jak się woziła z fagasem w fajnych furach po mieście. W międzyczasie ja poznałem dziewczynę i teraz mam żonę i drugie dziecko w drodze.
Przed świętami zadzwonił dzwonek do drzwi, otwieram, a tam moja była prosto z mostu, że teraz to jednak jej naprawdę potrzebna jej ta nerka i ona mi nawet za nią zapłaci. Oczywiście kazałem jej spadać, bo teraz mam żyć dla kogoś innego.
Możecie mieć mnie za najgorsze ścierwo, ale szczerze, mam satysfakcję: za stracony honor, zdrowie psychiczne moich rodziców, za wpierdol, który dostałem i miłość, którą ona przerobiła w gówno wykorzystując mnie. A czy będzie żyła? Nie wiem, teraz ma kupę hajsu, to może od kogoś nerkę kupi...
Nie ufam ludziom tak bardzo, że kiedy stoję z nimi na przejściu dla pieszych, staram się jak najbardziej "wrosnąć" w ziemię, żeby nie wylecieć na ulicę, w razie gdyby ktoś mnie na nią wypchnął.
Należę do duszpasterstwa akademickiego. Krótka informacja dla niezorientowanych: zrzesza ono studentów, w poszczególne dni tygodnia są spotkania tematyczne (biblijne, dyskusyjne o wierze, społeczeństwie, schola itd.), wspólne śniadania, wyjazdy, wyjścia kulturalne albo do klubów. W grupie, w której jestem, na początku roku akademickiego poszła wieść: Ania i Marek się żenią! Wielka radość, wszyscy po cichu liczyliśmy na to, że tak się stanie. Jako że stanowimy niewielką (ok. 10 osób), ale zwartą grupę, zostaliśmy na ślub i wesele zaproszeni. Historia jakich ogólnie wiele, więc dlaczego się tu znalazła? Już tłumaczę.
Narzeczeni są miłośnikami tradycji, w związku z czym zdecydowali się na ślub w przedsoborowej formie rytu Mszy. Czyli, mówiąc najkrócej: ksiądz stoi tyłem ludzi, mówi po łacinie, część rzeczy wymawia po cichu tak, że ludzie nie słyszą, jest trochę dłuższa od normalnej. Ewentualnych Anonimowych Tradsów proszę o niekrytykowanie - wiem, o co w tym chodzi, to wyjaśnienie dla tych, co o tym pierwszy raz słyszą. Jedni przyjęli to z mniejszym, inni z większym zdziwieniem, ale ogólnie nastała akceptacja. Poza pewną osóbką, nazwijmy ją Klaudią.
Klaudia tego faktu nie mogła przeboleć. Ale jak to, ta staroć? Przecież to niemodne. (facepalm) I nie będzie piosenek z gitarami i bębnami? (nie, chorał). Nic nie zrozumie (są mszaliki, gdzie jest wszystko po kolei rozpisane po łacinie i polsku z opisem, co się dzieje, bo czasem średnio można ogarnąć). Nie interesują się w ogóle gośćmi. (ślub jest ich, nie?). W końcu z pewnych fochem zgodziła się na przyjście, bo wesele zapowiadało się świetnie, a głupio nie przyjść na sam ślub.
To, co odwaliła po nim, powoduje, że zaczęliśmy wątpić w to, czy umysłowo posunęła się dalej niż za podstawówkę. Podczas składania życzeń dała kopertę, jak się okazało później, pustą. Jednak para młoda nie usłyszała "zdrowia, szczęścia, pomyślności" czy innych mniej lub bardziej tradycyjnych życzeń. Nie. Została skrytykowana za to, co zrobiła, usłyszała, że to była strata czasu tu przychodzić, ma zniszczony dzień, ale skoro zaprosili, to na weselu się pojawi. Ania prawie się popłakała, wrażliwa z niej osoba, Marek chciał jej przywalić, nie dziwię się. Świadek zachował na tyle przytomności umysłu, żeby odciągnąć ją na bok i w żołnierskich słowach wyjaśnić, jak się powinna zachowywać, wraz z zapewnieniem, że prędzej chce widzieć na weselu menela spod mostu niż ją.
Odpowiadając już teraz na komentarze, jakie być może się pojawią - młodzi nie wiedzieli wiele o jej poglądach, były rozłożone w czasie, a sama dbała o to, żeby mówić je wtedy, kiedy tego nie słyszą. Fakt, nasz błąd, że im o tym nie powiedzieliśmy, ale nie przyszło nam do głowy, że może się to tak skończyć. Na szczęście wszystko inne wyszło super.
2 lata temu po 14 latach w związku zachorowałem na zapalenie płuc. Jak każdy chojrak powiedziałem do lekarza, zresztą mojego kolegi z podwórka: daj spokój, przepisz jakieś antybiotyki, wyleżę się w domu i przejdzie.
Po powrocie od lekarza poprosiłem swoją partnerkę, aby mi wykupiła lekarstwa, bo już nie miałem siły iść do apteki. Kupiła, rzuciła je na stół i powiedziała 34 zł się należy - jakbym od niej dostał w pysk.
Każde z nas miało swoje pieniądze, ale co miesiąc dokładałem do wydatków sporą sumę, nie brałem pod uwagę, że to jej mieszkanie, jak trzeba było coś kupić, kupowałem. Samochód chciała - proszę bardzo, kupiłem, może nie nowy, ale w dobrym stanie, ja miałem służbowy. Remont trzeba zrobić w domu - oczywiście, ze swojej pensyjki nie mogła uzbierać, dołożyłem 3/4.
Tak oto dowiedziałem się kim dla niej byłem, sponsorem, któremu za kasę dawała dupy.
Od kilu lat nie mieszkam w Polsce. Chodzę do szkoły w jednym z tych wielokulturowych krajów, ostatnio na lekcji przedstawiałam swój esej. Temat był dość kontrowersyjny, napisałam ponad osiem stron o tym, że ludzie to dupki. Pisałam o gwałtach, przemocy w rodzinie, dobroczynności na pokaz itp. Tak się w to wczułam, że aż się popłakałam, ale ważne, że dostałam najwyższą ocenę.
Po zajęciach usłyszałam od moich czarnych i arabskich kolegów, że jestem rasistką. Zgłupiałam. Znałam ich możliwości, więc zupełnie pominęłam temat ras i religii. Teoretycznie moja praca nie byłaby niepoprawna, ale wolałam nie ryzykować swojego spokoju.
Chodziło o to, że zaliczyłam ich do grona ludzi czyniących zło, a przecież oni są niewinni. Zgłupiałam jeszcze bardziej. Według mojego eseju wszyscy ludzie są dupkami, bez wyjątku. "Ludzie to najokrutniejsze zwierzęta", mnie więcej taki był tytuł, gdy to pisałam używałam formy "my", mówiąc w imieniu wszystkich ludzi. Gdy im to powiedziałam, zrozumieli to tak, że nie uważam czarnych i muzułmanów za ludzi. Nie dość, że zaliczyłam ich do grona złych, to jeszcze źle się wyraziłam i przypadkiem ich obraziłam, a przecież oni nigdy nikogo nie skrzywdzili, bo są czarni. Straszna ze mnie rasistka.
Najzabawniejsze jest to, że chyba naprawdę nią jestem. Chciałam napisać o ISIS i zestawić to z polskim KK, który zdążył zaleźć mi za skórę. Wyszłoby na to, że oczerniam muzułmanów. Niewolnictwo i rasizm wobec czarnych kontra sytuacja w RPA? Demonizuję czarnych. Samo niewolnictwo? Wmawiam innym, że czarni są słabi. Lubię zestawiać ze sobą skrajne przykłady, to były najmocniejsze wątki, bez nich moja praca wydała mi się mdła, ale trudno. Ja i moi biali, rasistowscy znajomi zdążyliśmy to przerobić. Nie chciałam, by moje rzeczy po raz kolejny wylądowały w klopie. Nie wyszło.
Jak mam nie być rasistką, skoro nie spotkałam żadnego normalnego czarnego lub muzułmanina? Nie mam ani jednej czarnej koleżanki, gdy byłam jeszcze naiwną gówniarą, próbowałam. Część nie dopuściła mnie do siebie, bo białas ich nie zrozumie, ci co zrobili mi tę łaskę byli zbyt zafiksowani na punkcie rasizmu, gdy zepchnęli mnie ze schodów z powodu nierozumienia ich problemów, dałam sobie spokój.
Mogę być rasistką. To nie USA, większość to imigranci w pierwszym pokoleniu, ich mentalność jest dziwna. Bez problemu dogaduję się z Azjatami (mniej niż 5% uczniów), są w podobnej sytuacji co czarni, a zachowują się zupełnie inaczej, po prostu normalnie. O białych się nie wypowiem, bo nas rasizm nie dotyczy, to my dyskryminujemy. A jak ktoś po raz kolejny mnie nazwie białą polską ku*wą, to przecież zasłużyłam.
PS Poznam Afroamerykanina, który pomoże mi przestać być rasistką. Mimo tego, że spotykam samych idiotów, to wiem, że tych normalnych również jest sporo... Prawda?
Wczoraj byłem tak pijany, że kiedy za przejście na czerwonym spisywała mnie policja, próbowałem zadzwonić na własny numer PESEL, twierdząc, że dzwonię do adwokata.
Jednemu z policjantów włączył się tryb śmieszka, bo przyłożył swój mandatownik do ucha i zaczął udawać rozmowę telefoniczną jako mój adwokat. W rozmowie dla żartu przyznałem się do handlu dopalaczami i ponoć do "zgwałcenia kozy sąsiada z góry".
Zabrali mnie na całonocne przesłuchanie na dołek.
Mój ojciec lubi grzebać w moich prywatnych rzeczach. Ostatnio w jednej z szafek szukał nożyczek, bo chciał coś przeciąć, a w tym czasie nie było mnie w domu. Może nie byłoby nic w tym takiego dziwnego, ale znalazł tam kartkę ze wszystkimi naklejkami Roberta Pattinsona, jakie udało mi się znaleźć. Do tego były dopiski typu „Hot Edward”, „Bierz mnie” i zrobione „całuski” z odbitej pomadki do ust. Zrobiłem tę kartkę, bo moja koleżanka uwielbia Zmierzch i Edwarda i chciałem dać to na jej zbliżające się urodziny.
Mój ojciec nie za bardzo wierzy w te tłumaczenia i myśli, że zakochałem się w chłopaku.
O tym, jak moja rodzina znienawidziła mnie po jednym małym incydencie...
Interesuję się od małego gadami, płazami, pajęczakami i innymi takimi. Jako że to dość drogie hobby, postanowiłem rozmnożyć parkę pająków brachypelma albopilosum, aby później je sprzedać; są łatwe w hodowli i nie mają silnego jadu. Samiczka po kopulacji złożyła jajka i trzymała je w woreczku, ale aby cały wylęg móc później połapać, trzeba jej zabrać woreczek i włożyć gdzieś, gdzie łatwo będzie się je pobierało.
Wylęg się udał i szedłem na dół pokazać dziadkowi i tacie, ale moja niezdarność nie pozwoliła, aby wszystko było okej, spadłem ze schodów z pudełkiem około setki młodych. Pudełko się otworzyło i jeszcze białe pajączki rozbiegły się po domu...
Mama uciekła z domu i powiedziała, że nie wraca, póki nie zobaczy ciał pozabijanych pająków. Zdołałem złapać 24 sztuki, mało pocieszające... Jako że była późna wiosna, pająki mogły przeżyć, a pokarm by znalazły.
Wczoraj mama będąc w piwnicy po dżemy odsunęła karton i był tam osobnik, duży, nie wiem, jak zdołał przetrwać do tej pory. Mama skacząc rozwaliła półkę i dżemy się potłukły.
Babcia znalazła kolejnego przed świętami między swoimi książkami, jednak się nie bała i dobiła go Biblią.
Ja nocą, jak idę do łazienki, czasami widzę jakiegoś pająka, ale nie zdążam go złapać.
Teraz mam zakaz rozmnażania zwierząt i zakaz zakupu nowych. Kieszonkowego dawno nie widziałem, a mama zarzuca mi, że przeze mnie nie może spać spokojnie.
Mam współlokatorkę, która jest dla mnie jak młodsza siostra. Nazwijmy ją Ania. Ania z każdej, nawet najgorszej sytuacji potrafi wyjść obronną ręką (czasami przez głupotę). Ale do rzeczy.
Siedzę ze znajomymi w mieszkaniu i imprezujemy. Ania była u koleżanki na urodzinach.
Około 5 nad ranem słyszę klucze w drzwiach. Po jej wejściu widzę osobę po ostrej imprezie. Włosy potargane, spódnica trochę podjechała, gdzieniegdzie trochę ziemi. Myślę sobie, no nic młodzi dobrze się bawili. Oczywiście moja kochana współlokatorka nie poszła spać, tylko chciała z nami posiedzieć. I zaczęła opowiadać o swojej imprezie.
Od początku siedzieliśmy zapłakani, bo Ania potrafi naprawdę rozbawić swoją publikę. Dopóki nie zaczęła opowiadać o swoim powrocie.
Początek historii był dość nudny, ale później zaczęło się...
"No i idę tym laskiem, tym wiecie, niedaleko naszego bloku, ciemno dookoła jak w du***, nagle jakiś ruch i wyskakuje facet z krzaków. Łapie mnie za włosy i ciągnie w te krzaki". Nagle każdemu z nas (ok 10 osób) stanęło serce. Ale Ania jak gdyby nigdy nic opowiada dalej.
"No i zaczyna mnie rozbierać, więc go zatrzymuje i mówię:
- Ej kolego powoli, bo ogólnie rzecz biorąc to wole związki, ale niedawno zerwałam z chłopakiem i jakoś tak nocka z nieznajomym wydaje mi się spoko pomysłem. Także nie ma problemu, że chcesz mnie przelecieć, ale chciałabym przynajmniej znać Twoje imię. No i fajnie też by było pójść gdzieś gdzie nie będą mi się wbijały gałązki w dupę.
Jego odpowiedzi nie będę pisała, bo tak w skrócie krzyczał na nią, chciał żeby się wyrywała i uciekała, ale ona tego nie robiła.
Zostawił ją. Uciekł, bo nie walczyła. Nie krzyczała, nie piszczała, powiedziała tak. I to nie było dla niego już tak podniecające.
Policja uznała, że nie ma sprawy, ponieważ do gwałtu nie doszło. Ten ch** chodzi gdzieś tam i czeka na kolejną ofiarę.
Co do Ani, to większości tej historii już rano nie pamiętała. Na trzeźwo na pewno skończyłaby inaczej, ale po pijaku zachowała się irracjonalnie i to ją uratowało. Kupiłam jej gaz pieprzowy i ma dożywotni zakaz chodzenia na imprezy gdy któryś ze znajomych jej nie odprowadza.
Mamy taką nauczycielkę, której nikt nie lubi. Pewnego pięknego dnia musiałam wybrać się do niej na kółko, żeby napisać zaległy sprawdzian. Kiedy wychodziłam, słyszałam, jak opowiada kółkowiczom swoją historię.
Dowiedziała się, że kiedy była na grzybach, do jej samochodu wskoczył piesek. Był jej do kolana, był rudy, miał biały krawacik pod szyją i miał puchaty ogon. W dodatku zamiast szczekać, wydawał nieokreślone piski. I wszystkie psy go atakowały, a on uciekał.
Tak, przez sześć lat miała w domu lisa.
Nie chciałam niszczyć jej marzeń, więc po prostu wyszłam, tłumiąc śmiech.
Szkoda tylko, że ta nauczycielka uczy biologii...
Dodaj anonimowe wyznanie