#3lqWx
Ważną informację w tej historii stanowi fakt, że niedawno otrzymałam dosyć spory zastrzyk gotówki. Wspólnie z mężem ustaliliśmy, że odłożę te pieniądze, ponieważ on zarabia całkiem dobrze i żyjemy na niezłym poziomie.
Oboje mamy oddzielne konta, ja nigdy nie wtrącałam się w stan finansów męża, natomiast o swoich mówiłam mu bardzo otwarcie. Jako że obecnie wychowuję nasze dziecko, jestem na urlopie macierzyńskim i otrzymuję tylko "najniższą krajową". Co za tym idzie, opłacenie rachunków leżało bardziej na barkach męża, ja swoje środki przeznaczałam na drobne wydatki, codzienne zakupy do domu itp.
Ostatnio zdarzyło się tak, że mąż poprosił mnie o pieniądze na naprawę samochodu: "Aaa, bo ty przecież dostałaś, a ja mam na lokacie, nie mogę teraz wypłacić, ale później ci oddam". OK, dałam. Nie oddał i co? Będę się upominać? Samochód wspólny...
Jakiś miesiąc później podobna sytuacja. Mamy kupić dosyć drogi sprzęt do domu, teściowie obiecali, że nam zasponsorują w prezencie, więc jedziemy szczęśliwi kupić. Mąż mówi, że nie ma pieniędzy, jak kupię, to mi odda. OK, kupuję. Nie oddał... Teściowie się szczycą przed rodzinką, że zrobili nam taki prezent, a ja nie wiem, czy dali na to pieniądze i co w takim razie zrobił z nimi mąż? Głupio mi zapytać, staram się nie myśleć o tym, w końcu to wszystko NASZE, wspólne...
Dziś znów mąż powiedział do mnie "Kochanie, pożycz, oddam".
Pożyczyłam. I jestem teraz tak sfrustrowana, że aż bez powodu nakrzyczałam na dziecko.
I teraz nie wiem, czy przesadzam i jestem materialistką... czy mam rację, że się denerwuję, w końcu skoro mąż zarabia 4 razy tyle co ja, to dlaczego wciąż bierze pieniądze ode mnie? Z funduszy, które miały leżeć spokojnie odłożone...
Wiem, że jak się go o to zapytam, to powie znów "mam na lokacie". Co mam mu powiedzieć? "Udowodnij mi to?".
Chyba czeka mnie poważna rozmowa...
Żadna z ciebie materialistka. Zwyczajnie oczekujesz, żeby mąż dotrzymał danego ci słowa. A skoro tego nie zrobił...
Ja bym materializm zdefiniowała inaczej, niż chęć poznania, co naprawdę dzieje się z moimi pieniędzmi.
Ty teraz od niego pożycz. Ewentualnie poproś żeby ci oddał z potrąceniem za rachunki. No trzeba porozmawiać jednak, zapytah o co chodzi z tym prezentem od rodziców skoro i tak ty miałaś to kupić. Trochę porozumienia. Może on też uznaje, że twoja kolej się dorzucić za więcej, ale to też musi wyrazić.
Powodzenia.
I tak też załóż sobie lokate, tylko część odłóż na wyjątkowe nagłe sytuacje.
Wasze wspólne to jest dziecko. Wszystko inne nie było by oddzielne gdyby nie mówienie "oddam", "zarabiam", "dostałam". Te wyrazy to podział pomiędzy Wami, od Was zależy czy chcecie się tym dzielić czy uznać za wspólne.
jesteś dorosłą kobietą i masz takie problemy? przeraża mnie skala braku dialogu w rodzinach, jeśli twoim pierwszym instynktem jest wyżalenie się w internecie zamiast powiedzieć mężowi o swoich watpliwościach to gdzie zaufanie w waszym związku?
Dziękuję! Właśnie!
Sugeruje obycie poważnej rozmowy. Duże kwoty pieniędzy lubia znikać przy uzależniejiach np od hazardu.
Lub przy lubiącej drogie prezenty kochance.
A ja nigdy nie zrozumiem tego jak mozna zyc wspolnie ale pieniadze miec oddzielne...
Moi rodzice tak żyją. Głównie dlatego, że ojciec to sknerus. Sam zarabia sporo, odkłada i kasa idzie głównie na niego. Mama ma troje dzieci na utrzymaniu, on łaskawie czasem się dorzuci. Gdy mama uniezależniła się finansowo, była taka kłótnia, że prawie się rozwiedli, nie mógł znieść, że nie będzie jej wydzielał kasy. Nienawidzę tego jak sknerzy i jak pieniądze są podzielone i nie ma tej wspólnoty majątkowej. Ale niestety, w niektórych małżeństwach tak jest.
a może dajcie ludziom żyć tak, jak chcą i jak im wygodniej?
A ja nie mogę zrozumieć co wam do tego jak ktoś żyje? Męża nie mam, ale partnera z którym mieszkam już tak. Zarabiamy praktycznie tak samo, każdy z nas ma swoje pieniądze i jest jasno określone, kto za co płaci. Rozumiem, jak kobieta/mężczyzna nie pracuje i mąż/żona daje jej/jemu pieniądze na jakieś tam wydatki. Ale jeżeli obydwoje pracujemy, to czemu mamy nie mieć swoich WŁASNYCH pieniędzy?
mieszkam z moim chłopakiem 3 lata, mamy oddzielne konta, ale nie mamy problemu z kasą. wszytko płacimy po połowie, mamy jedno dodatkowe konto, na które zawsze przesyłamy po tyle samo kasy i z tego konta opłacamy wszystkie rachunki, jedzenie, zakupy do domu, wakacje, podróże i inne takie, po prostu na wszystko z czego korzystamy oboje. funkcjonuje to super, nigdy się nie kłócimy o pieniądze, nigdy nie było czegoś takiego jak "pożycz/oddaj/to moje/to twoje". on zarabia więcej, ale i pracuje ciężej, więc nie mam problemu z tym, że za wszystko płacimy po połowie, przynajmniej jest sprawiedliwe.
A ja rozumiem, ale bez przesady. Dziwnie trochę kupić mężowi/żonie drogi prezent za jego/jej pieniądze. Jak konto sporo kosztuje to faktycznie warto mieć jedno (w Polsce większość jest za darmo, ale Polska nie jest całym światem), ale jak nie no to czemu nie mieć po 1 swoim i 1 wspólne? Niektórzy ludzie cebulą, inni są bardzo rozrzutni - niech każdy żyje po swojemu, a po co się kłócić o pieniądze? Poza tym takie wspólne konto napędza wydawanie, bo np. jak kupię sobie coś za stówę, a facet nic no to kolejną stówę przeznaczę w jakiś sposób na niego, żeby nie był poszkodowany (jak nie na rzecz to na jakieś wyjście gdzieś, czy coś), a mogliśmy być lżejsi tylko o 100 zł, a nie o 200 ;D
Małżeństwo według mnie to wspólnota. Dlaczego zgodziłas się na taki układ.
Tez tak uwazam, ale no nie mi oceniac. Mnie bardziej ciekawi czy maja podpisana intercyzje,bo jednak teraz moga robic i mowic co chca, ze,, to moje czy tamto'',ale w razie gdyby sie rozwiedli to moze byc nieciekawie.
Przeproś dziecko
moze zapytaj kiedy mu się kończy ta lokata? a tak w ogóle to ciężko mi sobie wyobrazić, że będąc razem nawet nie umiecie porozmawiać o pieniądzach. ja mam partnera, jeszcze nie męża, mieszkamy razem zarabiamy oboje, nie oddzielamy pieniędzy, mamy je wspólne, jasne większe wydatki konsultujemy, ale zawsze najważniejsza jest ROZMOWA.