Nie chciało mi się iść do szkoły. Więc udałem, że wychodzę, a później ukryłem się za łóżkiem i czekam, aż tata pójdzie do pracy.
Mam 16 lat...
Chyba pora dorosnąć :D
W jednej dość pokaźnej grupie znajomych, których znam od wielu lat, męskie grono okrzyknęło mnie mianem "Zakopianki". Nazywają mnie tak mniej więcej od 2 lat. Nie ukrywam, że określenie nawet mi się spodobało, bo z Zakopanem mam bardzo dużo wspólnego. Jeździłam tam kilka razy do roku i przez ten cały czas myślałam, że geneza tego przezwiska jest właśnie taka, że jestem "Zakopianką", bo często bywam w Zakopanem.
Wydawało mi się to na tyle logiczne i proste, że nigdy nie drążyłam, dlaczego tak mnie zaczęli wołać.
Okazało się, że owa "Zakopianka" to taki synonim "Galerianki", tylko takiej, co nic w zamian "za usługi" nie chce.
Innymi słowy przez prawie 2 lata cisnęli mi, że jestem zakopiańską dziwką, a ja jeszcze przyjmowałam to z uśmiechem na twarzy. :| :| :|
Nie zrobiłem osiemnastych urodzin, bo bałem się, że nikt z zaproszonych by się nie pojawił.
Spędziłem je sam, płacząc w swoim pokoju jak dziecko.
Sobota wieczór, siedzę w swoim domu bliźniaku i uczę się na poniedziałkowe zaliczenie. Za ścianą w domu sąsiadki, bogatej baby, pracującej na wydziale prawa na uniwersytecie w moim mieście, wieczór kolęd. Płakać mi się chce. Przez te kolędy i podawanie darmowej wódki i żarcia, załatwia dobrą pracę swoim dzieciom. Sami z siebie nie dali rady jej znaleźć. Przyszli pracownicy wydziału, kancelarii. Jest mi po prostu strasznie smutno, że w Polsce większość stołków dostaje się dzieciom/ znajomym ważniaków, a ludzie tacy jak ja, z biedniejszych rodzin, bez układów mają minimalne szanse coś osiągnąć :/ Syn wyżej wspomnianej sąsiadki nie dostał się na prawo w naszym mieście, poszedł studiować do Katowic, po roku przeniósł się tam, gdzie się nie dostał. Dzięki rodzicom...
Ja dzięki licealnej harówce dostałam się na medycynę. Zaraz pewnie posypią się hejty, ale zaczekajcie - również nie dostałam się do rodzinnego miasta tylko na Śląsk. Sytuację mam tylko nieco inną, nie mam szans przenieść się na uniwerek blisko domu, nie mam układów, na tych studiach nie jestem w stanie być orłem. Przez 6 lat muszę oszczędzać każdy grosz i patrzeć tylko na te wszechobecne układy...
I liczyć, że jednak dam radę SAMA.
Właśnie czekałam na nocny, wracając z pracy i jakiś pan na przystanku spytał się mnie, czy nie chcę włożyć jego kurtki (jestem zimnolubna i przy >-5°C chodzę w cieniutkiej kurteczce i podkoszulku).
To była najmilsza osoba, którą dzisiaj spotkałam ❤
Chyba mam gorszy okres...
Bycie mamą jest naprawdę cudowne, ale jednak bycie tylko i wyłącznie z maluchami czasami przytłacza i chciałoby się wyjść z domu i odprężyć bez 1000 pytań po co, na co i dlaczego, przewijania, gotowania i sprzątania zabawek.
Ale dopiero dziś rano zrozumiałam, jak bardzo czuję się zmęczona domem. A to dlatego, że obudziłam się z płaczem, bo nie mogę wyjść do sklepu - bo nie mam z kim zostawić patelni.
Sny zmęczonej mamy...
Facet i choroba...
Jako że jest zima, jest też okres słabej odporności, a co za tym idzie - chorób.
I tak to okropne piętno dotknęło także mojego chłopaka. Nazywa się przeziębienie (piętno, nie chłopak) i nikt by nie pomyślał nawet, jak straszne niesie skutki.
Otóż dowiedziałam się, że podczas gdy ja spokojnie siedzę obok faceta, który ma zatkane zatoki i lekki kaszel, mój facet jest dogorywający - UMIERA. Na co?
Noo właśnie, bo (jak opowiadał ze smutkiem wizji końca życia) to przeziębienie się tak zaczyna: najpierw jest podwyższona temperatura i bóle głowy. Następnie zatkane zatoki i od nich wypływa ci mózg. Kaszlesz. Nie możesz tego odkaszleć i potem wypluwasz pęcherzyki płucne. I to jest przeziębienie - po prostu cię roztapia od środka i później umierasz.
Czy taki przypadek był już zgłoszony do rejestru chorób? Nie wiem. Ale zrobił mi tym opisem prywatnej apokalipsy dzień. :D
Wszystko zaczęło się, gdy byłam mała - mieszkaliśmy na bardzo zacofanej wsi, rodzice nie mogli znaleźć w okolicy dobrej pracy (żadne z nich nie było rolnikiem, tata łapał się czego się dało, no ale trudno o stałe zajęcie dla elektryka w dziurze na 200 mieszkańców) i w domu się nie przelewało. Nie powiedziałabym, że byliśmy bardzo biedni, ale żyliśmy skromnie i musieliśmy oszczędzać prawie na wszystkim.
W końcu mama dostała pracę w podstawówce, jako woźna. To była mała szkoła, wszyscy się znali, więc większość nauczycieli wiedziała też, jaka jest sytuacja u nas w domu. Niektóre pracownice zaczęły wtedy przynosić mojej mamie ubrania po swoich dzieciach, albo jakieś buty, raz zdarzyła się nawet prawie nowa zimowa kurtka. Widać było po tych ciuchach, że były używane, ale mnie i mojej siostrze to nie przeszkadzało, bo dla nas to wszystko było "nowe". Zakładałyśmy te rzeczy do szkoły i nauczyciele, którzy nam je dali, nigdy nie odezwali się na ten temat ani słowem - ich dzieci też, chociaż ubrania kiedyś pewnie należały do nich. Nie byłyśmy też nigdy wyzywane. Nikt się nie dowiedział.
Prawda jest taka, że moja mama do dzisiaj dostaje od tych ludzi ubrania, bo wszyscy się już do tego przyzwyczaili. Teraz może w zamian za nie dawać nauczycielom np. świeże jajka (kilka lat temu zaczęła hobbystycznie hodować drób).
Ja mam 22 lata, siostra 24 i nadal chodzimy w ubraniach po dzieciach naszych nauczycielek z podstawówki.
Takie śmieszne wspomnienie ;)
Pojechałem z dziewczyną i jej rodzicami na wesele ich ciotki. Jej starsza siostra ze względu na złe samopoczucie została wtedy sama w domu.
Całkiem dobrze bawiliśmy się, co przerwał fakt 13. nieodebranych połączeń na telefonie mamy mojej lubej...
Była to jej starsza siostra, w której głosie dało się usłyszeć przeraźliwy lęk i strach, oraz słowa: "ktoś tu jest" i "boję się".
W te pędy wyruszyliśmy w stronę domu.
Po 12 minutach wparowaliśmy tam z hukiem zobaczyć co się stało.
Naszym oczom ukazała się siostra mojej dziewczyny zawinięta w koc i kołdrę. Była straszenie roztrzęsiona.
Gdy udało nam się ją uspokoić, zapytaliśmy co się stało. Prawie ze łzami w oczach odpowiedziała, że krzesło biurowe (które tymczasowo stało w kuchni) samo jeździło po całym pomieszczeniu kuchennym.
Nie do końca wierząc w tę historię, położyliśmy się spać.
W nocy siostra dziewczyny wstała z krzykiem "Znów to krzesło jeździ!!!".
Wtedy wstałem i nasłuchiwałem ten dźwięk. Okazało się, że to chomik mojej dziewczyny, który biegając w kołowrotku, uderzał prętami kołowrotka o pręty klatki, co wydało się dla jej siostry odgłosem krzesła...
W ten sposób chomik z udziałem starszej siostry mojej dziewczyny sprawili nam niezły ubaw i temat do wspomnień przy uroczystościach rodzinnych :D
Jestem Polakiem żyjącym w Czechach (urodziłem się tutaj). Moje dzieci i ja uczęszczaliśmy tutaj do polonijnych szkół. Jeżdżę do Polski, mam w Polsce rodzinę, rozmawiam i czytam po polsku. W domu rozmawiamy po polsku.
Na pytanie: "jsi víc Čechem, nebo Polákem" odpowiadam: "jsem Polák". To nie takie proste, bo Czesi Polaków specjalnie nie uwielbiają. Za swoje pochodzenie absolutnie się nie wstydzę. Kocham polski język, filmy, zespoły, historię...
Ale...
Na moment nie pomyślałem, żeby przeprowadzić się do Polski. Tak samo brat. Ma firmę w Polsce, ale codziennie jeździ 100km z Czech, tam i z powrotem. A co jest powodem? Polacy. Przynajmniej niektórzy. Na urlopie często nawet nam wstyd (w Alpach wyprzedzanie w kolejkach, w Egipcie "wypite" bary all/inclusive). Wiem, że to może tylko czarne owce, ale chamstwo bardzo widać.
Dewocja (porównując z ateistami Czechami to rower zostawiłbym nie zamknięty raczej w Ostrawie niż w Katowicach).
W Polsce jest fajnie, ale irytacja powoli narasta. Są to raczej drobiazgi, ale długofalowo to mega uciążliwe. Np. ten potoczny język. Jak można tak często kląć? Słów: kurwa, chuj, pierdolić, używają nawet wykształceni ludzie. Irytacja. Jak tak można?
Czesi nie są lepsi, ale są bardziej ehm... zachodni. Stonowani. Chamstwo jest mniej częste lub ewidentne. Mniej przekrętów, mniej przepychanek. Bardzo bezpiecznie.
A co na koniec? Zostaje tylko trzymać kciuki. Życie w Polsce to bitwa. Potrzeba stalowych nerwów. No i oby było lepiej...
Dodaj anonimowe wyznanie