Poronienie w Polsce.
Pierwsza ciąża, ja niedoświadczona.
Zapisałam się do ginekologa jak tylko trzeci test ciążowy pokazał wynik pozytywny.
Termin: za 3 tyg. Wyliczyłam sobie, że jestem w 5/6 tyg., więc mogłam sobie poczekać.
W międzyczasie zaczęłam trochę krwawić, ale przypomniał mi się dokument, gdzie była mowa o tym, że kobieta w trakcie ciąży może mieć jeszcze okres.
Parę dni później: silniejsze krwawienie i ból brzucha.
Pojechałam na SOR ginekologiczny.
Tam usłyszałam, że test ginekologiczny to żadna diagnostyka i czemu nie zrobiłam badań krwi. Może dlatego, że czekałam na pierwszą wizytę u specjalisty i nie jestem lekarzem?
Podczas badania USG i badania ginekologicznego lekarz zasugerował mi, że to miesiączka i mam silniejsze bóle menstruacyjne, bo na jego oko żadnej ciąży nie ma. Mimo to zrobił mi badania krwi. Hormon ciąży w 7 tyg. taki, jaki powinien być w 4 tyg.
Diagnoza: poronienie.
Krwawiłam tak, że dwie podpaski na noc przeciekały mi po paru godzinach. Bolało tak, że płakałam. I co wtedy usłyszałam? Mam jechać do domu, bo skoro tu przyszłam sama, to sama też wrócę do domu.
Po drodze do domu zaszłam do apteki. Kupiłam pieluchomajtki, aby nie zakrwawić całego łóżka i tabletki przeciwbólowe.
Po 3 dniach było już lepiej.
Traumy nie mam, ale żal owszem.
Nie życzę tego żadnej kobiecie.
Będąc na renomowanym obozie skupiającym zdolnych ludzi przeżyłem, hm... chyba trójkąt (do dziś nie wiem, jak to nazwać) z dobrze zapowiadającym się politykiem oraz genialną biolożką. Do dziś nie wiem, jak to się stało. Wszyscy byliśmy trzeźwi.
Niedawno było tu wyznanie nastoletniego ucznia, który jest zagrożony z WF-u i trener nazywa go nieudacznikiem, niezdarą i leniem. Otóż takie przypadki w dawnych czasach były częste. Ja też byłem zagrożony z WF-u, było to w podstawówce, kiedy ze wszystkich innych przedmiotów miałem 5, tylko z muzyki i ZPT 4.
W czym problem: większość lekcji WF-u stanowiło bieganie, nauka podstaw gry w siatkówkę, koszykówkę, a sprawdziany były raczej z rzeczy "akrobatycznych", typu skok przez skrzynię albo "tygrysem" na materac. Za cholerę nie mogłem sobie z tym poradzić. Zdałem dzięki temu, że z trudem udało mi się zaliczyć sprawdziany "siłowe": z podciągania na drążku, stania na rękach, zwisu na drabince i zaliczyłem je tylko dzięki temu, że koledzy mnie podtrzymywali, a nauczycielka powiedziała: że zaliczy na tzw. "tróję na szynach".
Na stare lata postanowiłem schudnąć, ćwiczyć, wziąć się trochę za siebie. Zacząłem czytać artykuły, przeglądać filmy na YouTube. Autorzy tych instruktarzy podkreślają, że każde ćwiczenie przynosi efekt tylko gdy jest prawidłowo wykonywane, a jeśli mamy słabo wykształcone któreś partie mięśni, to nie bierzmy się za takie to a takie ćwiczenie, bo będziemy odruchowo nadrabiać innymi partiami i wyrządzi to więcej szkody niż pożytku.
Czyli teraz, po latach, widzę, że tych ćwiczeń, które miałem na zaliczeniu jako dzieciak, po prostu NIE DA się prawidłowo wykonać, jeśli nie jest się dostatecznie rozciągliwym i nie ma się rozwiniętych odpowiednich mięśni, a wyćwiczenie ich może trwać nawet miesiącami. Nie można od kogoś wymagać wykonania tego bez przygotowania, gdy na co dzień tych mięśni nie ma potrzeby używać. No powiedzcie: ile znacie osób, które mają w domu drabinki i zawieszają się codziennie na nich głową w dół? Fakt, że kiedyś niektóre dzieci spędzały czas na trzepaku, ja tego unikałem, bo się po prostu bałem i do dzisiaj jestem przekonany, że miałem rację, bo trzepaki wyglądały mało solidnie.
Nie wiem, jak dzisiaj wygląda WF w szkołach. Na pewno infrastruktura jest lepsza, ale z tamtego wyznania wynika, że niektórzy trenerzy tkwią dalej mentalnie w PRL-u. Jeśli macie dzieci, zwróćcie uwagę na to, co ćwiczą na lekcjach i na kwalifikacje nauczycieli. Zachęcajcie do aktywności fizycznej, ale nie obrażajcie, jeśli z czymś sobie nie radzą - może akurat do czegoś nie mają predyspozycji? Pokażcie, że sport jest fajny, najlepiej dajcie przykład samemu. To ma być przyjemność, a nie narzędzie do wyrabiania samodyscypliny. Nie można traktować swojego ciała jako wroga, którego trzeba do czegoś zmuszać, sport ma być formą dbania o swój organizm i samopoczucie.
Mając koło 8 lat moi rodzice w trosce o moje życie przyjechali do domu wraz z policją, bo przez dłuższy czas nie odbierałam telefonu, który miał mnie obudzić. Mój strach przed wstaniem z łóżka był tak wielki, że słuchałam dźwięku telefonu przez ponad godzinę. Nie pamiętam jak się wytłumaczyłam z tego rodzicom, ale uwierzyli.
Prawda jest taka, że dzień wcześniej obejrzałam Harry'ego Pottera i Komnatę Tajemnic, jako małe dziecko bałam się węży, także Bazyliszka, który się tam pojawił. Przez cały ten czas leżałam zapłakana w poduszkę i bałam się, że przechodząc obok łazienki (a musiałam przejść, żeby dostać się do telefonu). Bazyliszek wyjdzie, ja się spojrzę i zamienię się na zawsze w kamień.
Nikt nie wie jak było naprawdę. Nikt.
Pracuję w miejscu o bardzo nieregularnych godzinach pracy, poza tym jestem mega śpiochem. Czasem zdarza się jednak, że sypiam po 4-5 godzin, bo następnego dnia trzeba iść na ranną zmianę. Co wtedy robię?
Śpię w poprzek łóżka, w pozycji siedzącej, najlepiej tak, żeby było mi jak najbardziej niewygodnie. Budzę się co godzinę, ale przynajmniej nie zasypiam do pracy :)
Uwielbiam zapach swoich majtek, które noszę. Nie podnieca mnie to, po prostu uwielbiam je wąchać.
Kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że "czarny rynek" jest prawdziwym, osobnym targiem, gdzie przeprowadza się nielegalne transakcje.
Jestem nieśmiała, podobno ładna i nie potrafię zaufać ludziom.
Kiedy napisze do mnie jakiś chłopak, któremu się podobam to próbuje go zbyć, tak żeby sam odpuścił. Metoda ta, zawsze działa i po kilku dniach odpuszczają.
Jednak kiedy po kilku miesiącach widzę go z inną jest mi przykro, że jestem nadal sama.
Lubię, kiedy moje siuśki są zimniejsze niż woda, w której właśnie siedzę.
Czasami zastanawiam się czy nie cierpię na jakąś formę nerwicy, czy po prostu zakodowane mam w głowie dbanie o swoje prywatne rzeczy. Zdarza mi się to bardzo często w ciągu dnia i nocy.
Mianowicie chodzi o sprawdzenie czy wszystkie ważne dla mnie rzeczy są na swoim miejscu (m. in. klucze od auta, dokumenty i pieniądze). Potrafię, gdy w nocy się przebudzę, wstać, skontrolować czy niczego nie zgubiłam i dopiero mogę ponownie spokojnie zasnąć. Dotyczy to też takich rzeczy jak upewnienie się, czy zgasiłam światła w samochodzie. W tym wypadku potrafię przebrać się w nocy z piżamy, zejść na dół z bloku i to sprawdzić dla świętego spokoju. Na co dzień nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy niczego zgubić, a i tak regularnie powtarzam swój "rytuał", bo inaczej nie mogę skupić się na innych rzeczach w dzień, a, gdy jest wieczór, zasnąć. Nawet, gdy jestem święcie przekonana, że na pewno wszystko jest w porządku (bo pamiętam), to i tak muszę to zrobić, gdyż istnieje jednak możliwość, że coś po drodze zgubiłam.
Potrafi to być na tyle męczące, że zdarza mi się zrobić zdjęcie przekręconego przełącznika, który upewni mnie jak już będę w mieszkaniu, że na pewno światła zostawiłam wyłączone tego dnia i nie ma potrzeby, aby to sprawdzać. Jednak kontrolowanie, czy wszystkie ww. rzeczy są na swoim miejscu, chyba pozostanie ze mną na zawsze.
Dodaj anonimowe wyznanie