Kiedyś w szkole dostałam strasznej biegunki. Po skorzystaniu z toalety naciskam spłuczkę i... Nic. Zepsuta.
Łzy w oczach, widok nieciekawy. Nie odważyłam się wyjść z kabiny, w toalecie pełno dziewczyn (mimo że toaleta mała i w niej tylko trzy kabiny). Czekałam tam do przerwy, chciałam wyjść, kiedy wszyscy będą już na lekcji i nikt nie zauważy, że to ja pozostawiłam po sobie brudną toaletę. Było mi wstyd i ogólnie źle się czułam, więc zwolniłam się wcześniej do domu.
Następnego dnia wszystkie dziewczyny z mojej klasy o czymś szeptały. Ktoś rzekomo zobaczył naszą nową matematyczkę - nauczycielkę młodą, ładną, świeżo po studiach - wychodzącą z damskiej toalety i pozostawiony za nią syf. Plotka po kilkunastu powtórzeniach urosła do rangi kupy na podłodze i obsranej ściany, a nauczycielka okrzyknięta została mianem "śmierdziuchy" i nazywana tak była za plecami do końca roku. Niektórzy nawet na kartkówkach rysowali z boku rysunki kup lub papieru toaletowego.
Nikomu się nie przyznałam, śmiałam się razem z nimi. Do dziś mi wstyd.
Zabrzmi to niewiarygodnie, ale chyba rosną mi... wypustki? Skrzydła? No, w każdym razie COŚ.
Jestem mężatką z pięcioletnim stażem, a nawet mój luby nic nie wie o sprawie. Wstydzę się i boję.
Sprawa ma swój początek dwa lata temu. Zaczęłam cierpieć na straszliwą "swędziawkę" pleców, konkretnie łopatek. Potrafiłam zedrzeć sobie naskórek robiąc bolesne rany - tak się harcowałam. Poszłam do alergologa - nic. Dermatolog - nic. A swędzenie narastało.
Po jakimś czasie, drapiąc się jak oszalała, poczułam... zgrubienia na łopatkach. Coś tam ewidentnie było! Wybebeszyłam swoje konto i pognałam na wszystkie możliwe badania, RTG, pełen pakiet.
I faktycznie, na moich łopatkach zaczęło coś rosnąć. Pierwsze myśli - o matko, rak czy inny nowotwór! Jednak kolejna seria badań to wykluczyła, na szczęście. Lekarz prowadzący mówi, że trzeba czekać i obserwować, potem ewentualnie operacyjne usunięcie "wyrostków". Nie ma pojęcia, co to jest.
Cholera no. Skrzydła?!
Przedstawię wam dzisiaj horror, jaki przeżyłam w podstawówce. Mimo że minęło wiele lat, nie potrafię wymazać tego wydarzenia z pamięci.
Jako młoda dziewczynka, w wieku 9 lat, dostałam pierwszą miesiączkę. Wiele kobiet ma pewnie podobne dolegliwości, a mianowicie biegunkę, która jest jedną z dolegliwości podczas okresu.
W klasie okres miałam jako pierwsza, wtedy był to powód do wstydu - podpaski trzeba było absolutnie ukrywać przed chłopcami, o okresie nie mówić.
Ogólnie cała ta sytuacja była dla mnie stresująca i niekomfortowa, tym bardziej że byłam bardzo nieśmiała i nigdy, w razie potrzeby, nie miałam odwagi prosić nikogo o pomoc.
Pisaliśmy sprawdzian z matematyki, kiedy nagle poczułam silną potrzebę udania się do toalety. Spytałam nauczycielkę o to, czy mogę wyjść i jeszcze przed usłyszeniem odpowiedzi, goniona potrzebą, wybiegłam z klasy.
Wtedy zaczął się koszmar. Ja w toalecie, silna biegunka. Przy okazji zauważyłam, że podpaskę miałam przekrzywioną i zdążyła mi przeciec, a siedząc przez godzinę na krześle byłam pewna, że zostawiłam ślad. Podpaski ze sobą nie mam, odwracam się - na rolce jakiś ostatni świstek papieru. Panika, nie wiem co robić. Nauczycielka przybiegła, wali w drzwi, wkurzona, że wyszłam z lekcji bez zgody, wydziera się, grozi obniżeniem oceny z zachowania. Okropne babsko dalej krzyczy, każe wychodzić, bo inaczej wyważy drzwi - u mnie łzy w oczach, cała się już trzęsę ze stresu. Ona biegnie po konserwatora, mówi, że zamek w łazience się zaciął, każe otwierać. W międzyczasie lekcja się skończyła, uczniowie zwabieni tymi krzykami zbiegli się na korytarzu. Dodam, że toalety wychodziły u nas bezpośrednio na korytarz, więc wszyscy obecni niedaleko byli świadkami całej sytuacji.
Koniec końców wyciągnęli drzwi z zawiasów (!!!), w środku zaryczane dziecko z zakrwawionymi majtkami, niepodtartą pupą, w kabinie zapach nieciekawy, konserwator z nauczycielką stoją w łazience i się gapią, uczniowie wścibiają głowy do środka, wszyscy zainteresowani całą akcją.
Całe szczęście wraz z tym tłumem zwabiony został nauczyciel starszych klas, z którym nigdy nie miałam lekcji, który kazał się wszystkim rozejść, sam zasłonił kabinę drzwiami, żebym zdążyła chociaż założyć z powrotem spodnie, a potem zaprowadził mnie do łazienki dla nauczycieli. W międzyczasie zadzwonił do mojej mamy i podał jakąś bluzę, która od miesięcy leżała w rzeczach znalezionych w sekretariacie, abym przewiązała ją sobie w pasie i żeby prowizorycznie zasłonić czerwoną plamę na spodniach, kiedy szłam z mamą do samochodu.
Nigdy nie czułam się tak upokorzona jak wtedy. Jako ciekawostkę dodam, że po tym wydarzeniu została mi trauma, w wyniku której mój organizm zatrzymał miesiączkowanie i kolejny okres dostałam dopiero dwa lata później.
W naszej korpofirmie był to niezwykle ważny dzień, związany z bardzo ważnym kontraktem. A tu bach, jedna z koleżanek ledwie chodzi, skręca ją, biedna ma łzy w oczach, bo odpowiadała za kluczowy element prezentacji dla inwestora, a tu cóż... miłość i sraczka przychodzą znienacka. Nie jest to jednak typowe wyznanie o kupie, bo dziewczyna dzięki dobremu człowiekowi nie zaliczyła spektakularnej wpadki ani nic z tych rzeczy. Chodzi bardziej o zachowania, jakie taka sytuacja rodzi.
Słaniającą się zauważył ktoś z dyrekcji. Kazał jej jechać do domu, nie martwić się o nic, a nawet wezwał firmowego kierowcę, żeby dotarła szybko, bezpiecznie i bez wpadek. Zachowywał się bardzo dyskretnie i wyrozumiale - wiem to od samej zainteresowanej. Pojechała pewna, że pracę i tak już straciła. Prezentację wygłosił za nią sam dyrektor, który w naszym wewnętrznym gronie usprawiedliwił ją lakonicznym "Pani M. bardzo źle się poczuła, więc odesłałem ją do domu, ale spokojnie, damy sobie radę". Facet kulturalnie ani słowem nie wspomniał o dokładnej przyczynie, chociaż większość z nas albo wiedziała, albo się domyślała.
Zarząd naszego działu i kierownik byli znacznie mniej wyrozumiali niż tamten dyrektor. Cała sytuacja stała się najgorętszą sensacją. Koleżanka na szczęście była jeszcze na zwolnieniu... na szczęście, bo nie chcę wiedzieć co by czuła, jakby słyszała, że o jej rozwolnieniu za sprawą kierownika powoli huczy już pół firmy, i to huczy w tonie "powinna zostać, kto to widział, żeby człowiek mógł zachorować?!".
Sprawa nagle ucichła z godziny na godzinę. Dlaczego? Na zebranie zarządu działu, gdzie m.in. dyskutują o nagrodach, zwolnieniach i naganach, wbił dyrektor, który koleżance pomógł razem z jednym z prezesów, bo korposzczury narobiły takiego szumu o to nieszczęsne rozwolnienie, że dotarł on aż pod dach firmy. Prezes rzekł (cytuję): "Szanowni państwo, komu własne kiszki nigdy nie wbiły noża w plecy, niech pierwszy rzuci w tę panią zwolnieniem" i to wystarczyło. Prezes wyszedł, a dyrektor jeszcze opierd*lił krótko zarząd za chamstwo i brak kultury.
Jednak nie zawsze jest tak, że im wyżej ktoś siedzi, to tym mniej ma ludzkich odruchów.
Mam starszego znajomego, który niedawno stracił żonę. Zdążył pogodzić się już ze stratą, ale sytuacja, jaka miała miejsce kilka dni temu, po prostu mnie rozbroiła.
Mianowicie znajomy ten odwiedził mnie i zapytał, jak powinno się gotować jajka, bo cytując "jakieś pół godziny gotowałem, a one wciąż twarde". Kiedy ze zdziwieniem odparłam, że przecież jajka gotuje się do dwóch minut od zagotowania, jeśli chce się je zrobić na miękko, on oznajmił, iż przecież mięso trzeba długo trzymać, żeby zrobiło się dostatecznie dobre. Na końcu dodał coś o jakiejś specjalnej maszynie, jaką zamierza sobie kupić specjalnie do tych nieszczęsnych jajek, żeby nie było kłopotu i żeby mógł sobie zjeść swoje ulubione, na miękko.
Zgaduję, że kolega rzadko pomagał nieszczęsnej żonie w kuchni.
Drodzy mężczyźni, uczcie się gotować...
Mam 21 lat, a nadal żyję nadzieją, że uda mi się zdobyć supermoce.
Miesiąc temu przechodziłem koło miejsca samobójstwa pewnej młodej kobiety. To ja wezwałem pomoc i próbowałem udzielić pierwszej pomocy. Oddech zatrzymał jej się w połowie czekania na karetkę pogotowia.
Możecie spytać, co w tym anonimowego... Otóż to, że rodzice zabrali mnie do psychologa, żebym porozmawiał na ten temat... A ja po prostu nic nie czułem, gdy ta kobieta umierała tuż obok mnie. Zastanawiam się, jak bardzo dziwne to jest...
Największym problemem dla pierwszoroczniaków medycznych jest anatomia. Zetknięcie z taką masą materiału, skomplikowanych łacińskich nazw, szczegółów, o istnieniu których się nie sądziło, a do tego krótki czas na przyswojenie tego powoduje, że szok jest nieodzowną częścią przynajmniej początku przygody z tym kierunkiem.
Znajoma z grupy, nazwijmy ją Ania, jest wrażliwa na natłok informacji, w związku z czym nie radzi sobie za dobrze. Dodatkowo sprawy nie ułatwia prowadzący, facet przed emeryturą, który nadal sądzi, że lekarzami powinni być mężczyźni, a kobiety nadają się najwyżej na pielęgniarki, a najlepiej to salowe, bo nie da się tam nic zepsuć. Wziął sobie biedaczkę na celownik i ewidentnie gnębił od początku, pytając na niemal każdych zajęciach (na szczęście oceny cząstkowe nie mają wpływu na dopuszczenie do kolokwiów). Ostatnio facet jednak przebił wszystko.
Przed każdym kolokwium dostajemy listę tematów, z których mamy się nauczyć teoretycznie. Potem losujemy z puli, mamy czas na przygotowanie i odpowiadamy. Ania wylosowała mięśnie przednie uda. Temat całkiem przyjemny, bez dziwnych nazw, unerwienie i unaczynienie w dużej mierze wspólne. No i mówi. Skończyła, a gość się pyta o nerw udowy. Ona robi wielkie oczy, przecież to jest inne pytanie. Nie, ma odpowiadać, bo jej nie zaliczy. Powiedziała wszystko. A od czego on wychodzi? Ze splotu lędźwiowego. Proszę o nim opowiedzieć. Kolejne osobne pytanie, do tego strasznie upierdliwe, z tych, o którego niewylosowanie modlą się studenci do Wielkiego Ducha Anatomii, względnie czaszki stojącej w pokoju. I tak dalej. Dziewczyna jednak obkuta, czasem się za długo zastanawia, ale jednak prawidłowo odpowiada.
Zagiął ją na czymś innym, nie pamiętam już. Ania odwołuje się, będzie zdawać komisyjnie.
I tu na doktorka jest hak. Zmienił się kierownik katedry. Za przechodzącego na emeryturę profesora przyjaźniącego się z prowadzącym przyszedł lekarz dość młody, ale z pozytywnym zacięciem i nielubiący się z naszym. No ale on jest kierownikiem, on pyta. Ania odpowiedziała na 4,5. Po tym prosi ją, żeby została na chwilę i żeby opowiedziała całą sytuację. Tak też zrobiła, nas poprosiła, żebyśmy w obrębie grupy zebrali świadectwa, jak się zachowuje prowadzący i przekazali to kierownikowi.
Na konsekwencje czekamy, ale chodzą słuchy, że będzie wywalony.
Oby, niech choć tutaj, na uczelni państwowej, sprawiedliwości stanie się zadość.
Krótko, zwięźle i na temat. Chyba jeszcze nikt z Was nie zaliczył takiej wtopy.
Kocham się w przyjaciółce już troszkę czasu, aż w końcu postanowiłem coś zmienić, ruszyć w kierunku związku. Zawsze kontakty mieliśmy niczym najbliższe rodzeństwo (razem spaliśmy, nie wstydziliśmy się bielizny itp.)
Pewnego dnia leżymy sobie w wyrku i się przekomarzamy. W pewnym momencie niczym to w najpiękniejszej komedii chciałem "wywrócić" się na nią i przypadkowo pocałować...
Skończyło się tak, że zajebałem jej moją brodą w zęby i w dodatku rozwaliłem wargę :)
Chyba jeszcze nie czas....
Przez uszkodzenia jej ciała przynajmniej nie wracaliśmy do tematu styknięcia się ustami. I weź tu bądź romantykiem.
Mojego obecnego chłopaka poznałam, gdy pewnego pięknego, słonecznego dnia stanął u mych drzwi i wręczył mi... różowe majtki w kwiatki. Zawstydzony wytłumaczył, że jego pies ukradł nam je ze sznurka i chciał je oddać (mieszkam pod lasem i nie mamy ogrodzenia). Zawstydzona ja podziękowałam, mówiąc, że przekażę je mamie. Odpowiedział, że myślał, że moje, bo rozmiar się zgadza (mama grubsza ode mnie o jakieś 20 kilogramów) i jeszcze bardziej zawstydzony zaczął mnie przepraszać. W sumie było to tak krępujące, że zaczęłam się śmiać. W ramach przeprosin dałam się zaprosić na spacer. I od tego momentu jesteśmy nierozłączni.
Ot, taka historia, jak majtki mogą połączyć ludzi.
PS: Majtki były moje, tzw. okresówki, duże, bawełniane i mocno sprane. Nie przyznałam się do dziś.
Dodaj anonimowe wyznanie