Kompletnie nie potrafię rozróżnić ładnego człowieka od brzydkiego. Poważne. Koleżanki, którym to mówiłam, nie chcą mi wierzyć. A dla mnie ktoś musi mieć naprawdę rażąco „inną” twarz, żebym mogła stwierdzić, że jest brzydki. Kiedy przez cały okres szkolny koleżanki rozmawiały o tym, który to z chłopców jest najprzystojniejszy, ja zawsze siedziałam cicho i nie wiedziałam w sumie, dlaczego akurat on. Dla mnie prawie wszyscy są tacy sami, na takim samym poziomie piękna.
Ostatnio, kiedy „spodobał mi się” pewien człowiek (pokochałam jego opiekuńczość, poczucie humoru i to, że był niebywale miły) przyjaciółka chciała, abym jej pokazała, który to. Pokazałam jej zdjęcie, wyśmiała mnie, że zasłużyłam na ładniejszego.
A z kobietami to w ogóle jest kosmos, tutaj kompletnie nie rozróżniam nic, nie jestem nawet w stanie stwierdzić, czy ja sama jestem atrakcyjna.
Cóż, przynajmniej mam pewność, że jak pokocham, to za charakter.
Zawsze byłam cicha i zamknięta. Na studia wyjechałam do dalekiego miasta, nie znając nikogo. W akademiku trafiłam do budynku, w którym mieszkali studenci z zagranicy (wymiany i nie tylko). Chcąc nie chcąc musiałam komunikować się z nimi po angielsku i wtedy odkryłam, że gdy jestem w „trybie” anglojęzycznym, jestem lepszą wersją siebie. Łatwo nawiązuję kontakty, swobodnie się czuję i jestem szczęśliwsza. Nawiązywanie kontaktu z polskimi rówieśnikami po polsku jest dla mnie niesamowicie trudne. Brak tematów, niezręczna cisza. Nie potrafię się zintegrować z grupą na studiach, nawiązywać bliższych kontaktów niż: „Hej! Co tam?” na korytarzu. Umawiania się z Polakiem i rozmawiania po polsku nawet sobie nie mogę wyobrazić.
Nie potrafię funkcjonować po polsku. Jestem osobą aspołeczną po polsku i duszą towarzystwa po angielsku. Ktoś jeszcze tak ma?
Czy to normalne, że rodzice mojego chłopaka praktycznie ze mną nie rozmawiają? Za każdym razem, kiedy odwiedzam mojego chłopaka, czuję się jak intruz. Jego mama niby mnie lubi, ale kiedy przychodzę do niego, ona najczęściej mnie praktycznie ignoruje. Jak dochodzi do jakieś rozmowy między nami, to jedynie jak jest obok mój chłopak, lecz wtedy zwraca się tylko do niego, nawet jak sprawa dotyczy także mnie. To samo z ojcem. Mam wrażenie, że nie chcą mnie zbytnio poznawać. Jestem im obojętna. Strasznie źle się czuję w ich towarzystwie. Mówiłam o tym mojemu chłopakowi. Odpowiedział, że oni tacy są. Zauważyłam jednak, że do kolegów i koleżanek mojego chłopaka są bardziej otwarci. Nie wiem, co robić. Czy to ze mną jest coś nie tak?
Kiedyś w trakcie sprawdzianu z historii miałam megaorgazm, bo tak mocno ścisnęłam uda, żeby się nie zesrać. Przycisnęło, a wyjść z sali się nie dało, bo test.
Przynajmniej się nie zesrałam.
Wszystkim znajomym powiedziałem, że wyjeżdżam na pół roku do pracy za granicę, a tak naprawdę jutro idę do więzienia.
Wczoraj podczas rozmowy telefonicznej z przyszłą teściową usłyszałam: „Kocham cię, kocham was, będzie dobrze, dacie radę”, po czym zapadła cisza.
Było to podnoszące na duchu, ale i też było to jak cios w policzek. Moja własna mama nigdy mi tego nie powiedziała.
Spowiedź dla mnie zawsze była stresująca. Jako dziecko idące do Komunii, musiałam wyznać, co się nabroiło. Pierwsza spowiedź – wyrozumiały ksiądz mówił formułkę swoją i moją, ponieważ najzwyczajniej w świecie jej zapomniałam. Niestety, przy drugim podejściu ksiądz był inny. Po moim wyznaniu „kłócę się z mamą i biję z bratem” rozpoczął się monolog:
- Nie szanujesz ich? A chciałabyś, żeby umarli?
- Na pewno bawisz się lalkami, nigdy nie dorośniesz.
Co powinna odpowiedzieć na to 10-latka?...
W liceum byłem bity przez innych.
Muszę zacząć od tego, że byłem dość nieśmiałym dzieciakiem i każdą znajomość wolałem zaczynać powoli i zawsze wolałem, żeby ktoś najpierw mnie polubił, zanim pozna mnie w pełni. Niestety przez sadystów z mojego liceum zostało to chyba „źle” odebrane. Pamiętam, jak pierwszy raz dopadli mnie po szkole, zaciągnęli w ustronne miejsce. Powiedzieli mi, że pierwszakom trzeba zrobić chrzest bojowy. Tego dnia było stosunkowo niewinnie – ot, zwykłe robienie pokrzywki na rękach. Tydzień później znowu mnie dopadli, bo stwierdzili, że chyba nie zostałem dostatecznie ochrzczony i znowu zaczęli robić pokrzywki na rękach, ale niestety nie skończyło się na tym. W pewnym momencie zdjęli mi bluzę i zaczęli wykręcać sutki. Wytrzymałem to, wmawiając sobie, że to tylko taki chrzest, głupia tradycja. Po tym wydarzeniu miałem na jakiś czas spokój. Do momentu aż na szkolnym korytarzu nie natknąłem się na jednego ze swoich oprawców, który rzucił jakiś komentarz w moją stronę, żeby się przed laskami popisać. Nic nie odpowiedziałem, po prostu poszedłem w swoją stronę. On poszedł za mną i krzyknął: „Odpowiadaj, jak do ciebie mówię”, a ja nic, po prostu sobie poszedłem. Na następnej przerwie on i jego kumple dopadli mnie, gdy byłem w łazience. Znowu pokrzywki na rękach, lecz tym razem do krwi, wykręcanie sutków. Tego nie wytrzymałem i wyrwałem się im, uderzając jednego z nich. Nie darowali mi tego. Znowu dopadli mnie po lekcjach, śmiali się ze mnie, pluli na mnie, a na koniec boleśnie pobili. Tego dnia wróciłem do domu z płaczem. Powiedziałem o wszystkim rodzicom, a oni momentalnie zawiadomili dyrekcję szkoły. Oczywiście podałem nazwiska swoich sadystów. Następnego dnia dyrektor wezwał mnie do siebie i zapytał, czy mam dowód na to, że te osoby mnie skrzywdziły. Powiedziałem, że nie mam, ale zasugerowałem, że może na monitoringu widać, jak mnie chociaż zaczepiają. Dyrektor zezłościł się na moją sugestię i powiedział, że następnym razem mam się nie wdawać w bójki i nie kłamać, po czym kazał mi wyjść i dodatkowo ochrzanił za bezpodstawne oskarżanie kolegów o pobicie.
Co się okazało? Że rodzice jednego z tych chłopaków byli głównymi fundatorami szkoły, tak więc on i jego przydupasy byli praktycznie bezkarni.
Tłukli mnie dalej. Nie zmieniłem szkoły – bałem się, że gdzie indziej będzie tylko gorzej.
Od tamtej pory minęło 7 lat, a ja wciąż mam traumę i boję się nawiązywać nowe znajomości. Ciągle boję się, że ktoś uderzy mnie tylko za to, że odezwę się niepytany lub za to, że po prostu żyję.
Jestem fetyszystą stóp. Szokujące? Pewnie nie.
Dawno temu, na nieistniejącym już forum dla stopomaniaków, wyhaczyłem pewną panią, która nie miała nic przeciwko typowym dla tego fetyszu zabawom. Do tego – o szczęście niepojęte – mieszkała w moim mieście, a nawet niedaleko mojej dzielnicy. Po wymianie paru uprzejmości postanowiliśmy się spotkać na tzw. kawę. Niestety, okazało się, że pani jest niska (wolę wysokie) i średniej urody, co jeszcze mógłbym przeboleć. Ale braku inteligencji już nie (niby człowiek wiedział ze sposobu pisania, a jednak się łudził). Przez to rozmowa kompletnie się nie kleiła. A w kulminacyjnym momencie usłyszałem wyznanie, że jest mężatką (nie pamiętam dokładnie wieku, ale miałem wtedy ok. 25 lat, ona była chyba po 30), a ze mną spotkała się dlatego, że jej się w tym małżeństwie po prostu nudzi.
W tym momencie grzecznie podziękowałem za dalszą znajomość, nie korzystając nawet z propozycji zobaczenia jej stóp (miała szpilki na nogach). Może jestem frajerem, ale zawsze uważałem, że realizowanie fetyszu z osobą trzecią to zdrada, a nie chciałem temu biedakowi przyprawiać rogów (no i oczywiście istniało ryzyko, że gość ma posturę Pudziana).
W ten sposób wyleczyłem się raz na zawsze z młodzieńczych fantazji o gorących laskach chętnych na sprośne zabawy. A moja obecna partnerka ma do stóp stosunek totalnie obojętny.
Po wielu nieudanych próbach i kliku miesiącach starań dziewczyna, która strasznie mi się podoba, zgodziła się na wspólne wyjście do kina.
Zaproponowała nawet, że przyprowadzi swojego chłopaka, żebym mógł go poznać.
Dodaj anonimowe wyznanie