#55Gd9

Mam 23 lata, mieszkam w niedużym mieście z matką i 6-letnim bratem, Danielem.
Żyło nam się dobrze, dopóki tata nie umarł 5 lat temu. Na początku rozumiałam, że mamie jest ciężko i ogarniałam dom, bo na rodzinę nie mamy co liczyć. Na szczęście mama opiekowała się małym. Teraz jednak mam już dość.

Pracuję na dwie zmiany w hotelu i naprawdę mam tam co robić. Oprócz renty po tacie i pomocy z MOPS-u to nasze jedyne dochody. Matki za nic nie potrafię przekonać, żeby poszła do pracy, chociaż Daniel chodzi do przedszkola. Ciągle ma milion wymówek. Na szczęście zajmuje się już domem.
Jakoś bym to zniosła, gdyby nie to, że coraz częściej przerzuca na mnie opiekę nad bratem.
A Daniel jest potwornie męczący. Nie da się z nim bawić, bo wszystko musi być jak on chce - inne dzieci nie chcą się z nim bawić, ale wg matki to wyłącznie ich wina. Młody też nie mówi normalnie, tylko krzyczy, w dodatku ma piskliwy głos.

Kiedy zostaje ze mną, czyli niemal codziennie, szaleje. Nie ma opcji, że się z nim pobawię albo dam mu zajęcie, a ja się pouczę. Próbował mnie bić, ale kiedy raz mu oddałam z taką samą siłą, przestał (tłumaczenia i prośby nie pomogły). Kiedy matka wraca z zakupów dziwi się, że jestem wykończona. Z zachowaniem brata nic nie robi, wręcz się z nim wiecznie cacka, a ja już nie mam siły z nią o tym rozmawiać.
Coraz więcej pracuję, z zajęć na studiach wracam późno, byle nie przebywać w domu.
W lipcu bronię dyplom i wyprowadzam się na drugi koniec Polski. Przyjaciółka pomogła mi znaleźć pracę w pensjonacie swojej cioci, mieszkanie będziemy dzieliły wspólnie. Matkę postawię przed faktem dokonanym w dniu wyjazdu.

Może i jestem wyrodna, ale jestem też psychicznie wykończona. Nie mam siły pracować, kontynuować studiów (chciałabym zrobić magisterkę), a po pracy niańczyć brata. Matka nie chce pomocy psychologa, chociaż proponowałam to milion razy. Marzę o tym, by po pracy chociaż 5 minut spędzić w ciszy, by zjeść spokojnie obiad, bez narzekania matki, hałasu kretyńskich kreskówek w telewizji i pokrzykiwania brata. Nie pamiętam, co to czas dla siebie. Oby wkrótce to się zmieniło.

#XtOVS

Parę lat temu, mieszkając jeszcze z rodzicami, pojechałam z moim ojcem na świąteczne zakupy. Każdy wie, jak wygląda okres przed Bożym Narodzeniem. Ludzi w sklepach tłumy i kilometrowe kolejki do kas. Rozdzieliliśmy się, aby zaoszczędzić na czasie. Święta są takim okresem, że zawsze kupujemy "lepsze" produkty, których na co dzień używamy z tych tańszych, np. podróbka coli na co dzień - cola oryginalna na święta itp.

Tata udał się alejkę obok, a ja miałam wziąć papier toaletowy... Przyciskając się z wózkiem pomiędzy papierem a ręcznikami zapytałam: "Tato, wziąć zwykły papier?", a mój tatuś (swoja drogą niezły śmieszek z niego) odpowiedział mi na to: "Nieee, weź Velvet, niech dupa też poczuje, że są święta".

Miny osób, które to usłyszały były bezcenne. :D

#rYcr4

Nie wychowywałem się w patologicznej rodzinie, nikt nie pił, rodzice jakoś dawali sobie radę, głodny i brudny nie chodziłem. Problemem było to, że matka - mimo że ogólnie była dobrą osobą - była potwornie, koszmarnie wręcz nerwowa. Krzyki za byle pierdołę, opieprzanie z góry na dół, agresja, tłuczenie pasem, "ciche dni" zmieniające się w tygodnie - to było na porządku dziennym. Kiedy miałem piątki - pochwał nie było, był po prostu brak opier...lu. Kiedy dostawałem gorszą ocenę, to nie było wyjaśniania co było nie tak, pomocy, były tylko awantury, często kończące się laniem. Ojciec nie pomagał, ciągle był w pracy, zaś kiedy wyjątkowo był w domu, zawsze brał stronę matki, dokładając do jej potoku słów jeszcze swoje. Byłem jedynakiem, więc w rodzeństwie też nie miałem oparcia. Do dziś pamiętam parę sytuacji - jak miałem odciśnięty na szyi ślad po klamrze od pasa, bo mamie "zeszło". Jak na podwórku ukradli mi samochodziki na resorach - wypadły mi z kurtki, wiedziałem, kto wziął... nikt się jednakże nie zainteresował złodziejem, za to spotkało mnie w domu piekło i wszystkie możliwe kary. Kary w ogóle się sypały jak z rękawa, jeśli nie chodziłem jak w zegarku, byłem karany każdym możliwym zakazem. Jak coś lubiłem robić w domu - było to wykorzystywane przeciwko mnie. Popadłem w kompleksy, straciłem wiarę w siebie, bo skoro rodzice mi ciągle dawali do zrozumienia, że mam się zmieniać na lepsze, bo nie jestem dobrym synem, to widocznie byłem złą osobą. Do dzisiaj mnie zresztą napadają takie myśli.

W pierwszych pięciu klasach podstawówki uczyłem się bardzo dobrze, świadectwa z czerwonym paskiem itp., ale po przeprowadzce do zupełnie innego miasta wszystko się pogorszyło - trafiłem na klasę sukinsynów, przez których byłem gnojony i poniżany na każdym kroku. Nauczyciele nie reagowali, rodzicom już nie ufałem, zamknąłem się w sobie. Gorsze wyniki zaowocowały większą ilością awantur i pasa. Błędne koło.

Jestem już od lat dorosły i nie widzę sensu wypominać czy wywlekać tego w rodzinie. Ojciec zostawił mamę lata temu, nawet nie wiem gdzie jest. Mamie pomagam jak mogę, zaś ona bardzo się zmieniła - często powtarza, że byłem dzieckiem idealnym, natomiast ona popełniła wiele błędów przez swoje ataki złości. Ja zawsze powtarzam jej, że nie mam o to pretensji, bo było, minęło... ale to kim jestem już się nie zmieni. A jestem introwertykiem, stroniącym od ludzi. Mam ponad 40 lat i do tej pory nie założyłem rodziny, między innymi dlatego, że boję się tego, że zamienię się w swoich rodziców. Boję się tego, że będę tak samo wychowywał swoje dzieci, pasem i wrzaskiem. Nie chcę im tego robić, wolę być singlem.

Na co dzień nie mam z tym wszystkim problemów, ale czasami mnie napadają ataki melancholii, jak sobie to wszystko przypomnę - mam nadzieję, że mi trochę ulży, że się tu wygadałem.

#gn7iH

Jestem ze swoim partnerem od 12 lat. Bardzo go kocham, on mnie podobno też. Mamy jedno dziecko, drugie w drodze, oboje pracujemy, teoretycznie wszystko jest OK. Ale nie jest OK.

Mój mąż i ja mieliśmy dość trudne dzieciństwo. U niego zaowocowało to nerwicą i zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, u mnie nawracającymi stanami depresyjnymi, z tym że jestem wysoko funkcjonalna, więc poza tym, że czuję się jak gówno, niewiele to wnosi. W sensie że wstaję z łóżka, chodzę do pracy, dbam o dom i rodzinę.
W zeszłym roku problemy mojego męża zaowocowały przygodą z kuratorem, bo nie panował nad złością. Od razu zaznaczam, że nie tłukł nas, ale ciężko było z nim wytrzymać, w każdym razie ja też wtedy miałam się gorzej, może nie wspierałam go wystarczająco, nie wiem, pewnie tak było. Dostał antydepresanty. Brał je przez 6 miesięcy, chyba pomogły. Ale.

W listopadzie, grudniu, zaczęłam myśleć że wszystko się ułoży. Jakoś normalniej rozmawialiśmy, okazywał mi w ogóle jakąś czułość, nie sypialiśmy ze sobą co prawda, ale myślałam, że to przez leki. Zasypia często na kanapie na dole, ale też nie widziałam w tym nic złego.

W święta okazało się, że nie miałam racji. Najpierw okazało się, że pieprzy laski na kamerach. Potem, że te częste wycieczki do kibla to nie żołądek, tylko dziewczyna, z którą ma internetowy romans. Pracuję na nocki, miał czas. Potem okazało się, że to wierzchołek góry lodowej, lasek było od października masę, nie spotkał się z żadną na żywo tylko dlatego, że nie chciały. On chciał. Cały czas twierdzi, że mnie kocha i nigdy nie chciał mnie zostawić. Faktycznie, odkąd odstawił leki jest lepiej, sam zostawił cały ten cyrk, wiem, że zostawił, bo sprawdziłam. Przeczytałam też wszystkie logi. I zasadniczo każdej mówił, że ma żonę którą kocha, tylko co z tego.

Nie umiem sobie z tym poradzić. Myślę o tym codziennie, przeszłam załamanie nerwowe, jestem w środku wrakiem. I nie mogę mu wybaczyć. Bo on uważa, że nie zrobił nic złego i nie potrzebuje mojego wybaczenia. Nie obchodzi go, jak ja się z tym czuję, nazywa mnie wariatką, ma pretensje, że o tym mówię. Chciałam usunąć tę ciążę, ale nie byłam w stanie, a jestem tak rozjebana wewnętrznie, że nie wyobrażam sobie wychowywania kolejnego dziecka. Przez całe lata prosiłam go o czułość, której mi nie dawał, ale miał ją dla innych - nawet teraz, kiedy jest lepiej, mówi zdrobniale o innych kobietach, do mnie nigdy.

Czuję się niekochana. Czuję się z tym samotna. Gdyby nie mój syn, to, że mnie potrzebuje, natychmiast bym się zabiła.

#FEU2U

Kiedy byłam jeszcze w przedszkolu, miałam super przyjaciółkę Wiktorię. Byłyśmy prawie nierozłączne.

Kiedyś Wiktoria przyszła do przedszkola z nową bransoletką. Bardzo mi się spodobała. Postanowiłam ją sobie przywłaszczyć.
Nie pamiętam jak, ale zabrałam jej ozdobę i schowałam w moim segregatorze (każda osoba miała swój segregator na prace). Wiktoria w płacz, bo zgubiła nową bransoletkę. Idzie do przedszkolanki i mówi jaka jest sytuacja. Kobieta zorganizowała akcję szukania przedmiotu.
Jako dobrą koleżanka "znalazłam" bransoletkę.

Prawie nikt o tym nie wie.

W późniejszych latach mojego życia kradłam innym kolejne przedmioty.
Podejrzewam, że jestem kleptomanką.

#G5ZFu

Od małego lubiłam podsłuchiwać prywatne rozmowy innych. Pewnie wyrosłabym na plotkarę zaczytaną w „Pudelku” czy innym gównie, gdyby nie jedno wydarzenie.

Miałam wtedy piętnaście lat. Moi rodzice od rana się do siebie nie odzywali i awantura ewidentnie wisiała w powietrzu. W końcu bańka pękła i zamknąwszy się w kuchni, zaczęli się kłócić. Ja oczywiście znalazłam dogodną pozycję i nadstawiłam ucha.
Okazało się, że moja mama regularnie zdradzała tatę. Nikt nie wie właściwie, kto jest moim biologicznym tatą, bo w okresie, kiedy zostałam spłodzona, mama miała „okres szaleństw”, co – jak się dowiedziałam – skończyło się na jej wizycie u psychologa i odwyku z uzależnienia od seksu. Na dobitkę dowiedziałam się, że mój tata też nie jest taki święty, bo ma dwójkę bliźniaków z jednorazowego skoku w boku, który zaliczył w ramach „zemsty” za zdradę ze strony mamy.
A najlepsze jest to, że pierwotnym powodem kłótni były niepozmywane naczynia po śniadaniu…

Minęło dziesięć lat. Właśnie zbieram się do rozmowy z rodzicami. Planuję im powiedzieć, że o wszystkim wiem.

#2tVOC

Śniło mi się, że mój 14-letni syn uprawiał seks z moją żoną, a swoją matką, ja z kolei się temu przyglądałem i sobie dogadzałem. Miałem pełną świadomość tego, co dzieje się przed moimi oczami, ale nie byłem w stanie nic zrobić: ani się ruszyć, ani cokolwiek powiedzieć. Próbowałem sam się wybudzić, ale nic z tego - wciąż ten sam, patologiczny akt przed moimi oczami. I tak przez dłuższą chwilę. Obudziłem się dopiero gdy syn w ekstazie zalał żonę hektolitrem nasienia.

To było tak obleśne, że przez sen zwymiotowałem i zacząłem się tymi rzygowinami krztusić. Potem, w toalecie, srogo zwróciłem zawartość żołądka sprzed co najmniej 5 lat.
Kurwa, za co?

#lWOau

Od urodzenia mam problemy z wchłanianiem niektórych substancji odżywczych. W odpowiedzi na to w moim domu zawsze była dieta, a o słodyczach czy chipsach ledwie słyszałam. Później byłam już tak dobrze wytresowana, że nawet kiedy dzieciaki w szkole przynosiły cukierki na urodziny, grzecznie odmawiałam. Nie byłam zresztą fanką jedzenia w ogóle, bo wszystko smakowało dla mnie tak samo i myślałam, że każde inne "danie" też będzie podobne - było to spowodowane tym, że w domu w ogóle nie używało się przypraw.

Moja inicjacja jedzeniowa nastąpiła, kiedy miałam 10 lat. U koleżanki, jej mama poczęstowała mnie pomidorówką. Tak mi smakowało, że pomyślałam, że musiały tam być narkotyki i że na pewno pójdę do więzienia...

#ckyCn

Do niedawna byłem w długim i jak myślałem poważnym związku z pewną dziewczyną. Mimo 24 lat na karku mieszkaliśmy u mnie, zarabiałem wystarczająco, aby utrzymać naszą dwójkę. Pół roku temu po prawie czterech latach związku jej się oświadczyłem, planowaliśmy na razie odległy ślub.
Trzy miesiące później zerwała zaręczyny twierdząc, że w sumie to nigdy mnie nie kochała i zawsze to czuła, ale dopiero teraz ma odwagę mi to powiedzieć (?).
Byłem załamany, przez miesiąc byłem cieniem człowieka. Najgorszą wiadomością okazało się, że po paru dniach jest ze swoim cudownym "tylko przyjacielem", o którym zawsze mi opowiadała i o którego zawsze byłem trochę zazdrosny.
Depresja, psycholog, czułem się jak skopany pies.

Niedługo po tym, jak okazało się, że moja eks jest z Mateuszem, wezwał mnie do biura szef. Nie był zadowolony z mojej pracy w ciągu ostatniego tygodnia. Porozmawialiśmy.
Spoko gościu, dał mi dwa tygodnie wolnego i powiedział, że jak wrócę do pracy, to czeka na mnie awans. I podwyżka. Solidna podwyżka, bo o 50% mojej pensji, która nawiasem mówiąc mała już wtedy nie była.

Pod koniec samotnego urlopu musiałem wrócić do domu, bo ponoć siostra mojego zmarłego dziadka zmarła ze swoim mężem w wypadku. Mieszkali w USA, widziałem ich raz w życiu i parę razy jak rozmawiali na Skype z moim ojcem, wiedziałem tylko, że mają sporo pieniędzy i żadnych dzieci.
W testamencie zapisali wszystko wnukom, czyli mnie, mojemu bratu, dwóm kuzynom i kuzynce. Majątek wyceniono na prawie pół miliona amerykańskich dolarów, każdy z nas otrzymał sporą sumę, oczywiście część z tego każdy z nas podarował swoim rodzicom w postaci samochodu, przyszłych wakacji lub innych atrakcji.

Od podziału majątku minął dokładnie miesiąc i dwa dni. Właśnie okazało się, że w zagranicznym totolotku wygrałem równowartość około 320-400 tysięcy złotych (nie wiem jak z podatkiem).
W tym tempie jeśli nadal nie znajdę sobie kobiety, za parę miesięcy zostanę milionerem.

#NMnca

Chodzę do gimnazjum, w którym niektórzy nauczyciele pozwalają sobie na za dużo. Mam również nauczyciela, który jest typowym zbokiem i rzuca podtekstami na każdej lekcji. Mamy z dziewczynami z niego bekę i nie przejmujemy się nim, ponieważ uczy tylko męską część naszej klasy.



Po przeczytaniu anonimowego wyznania o Tinderze postanowiłam go tam wyszukać w jakiś sposób i zrobić sobie jaja. Poszukiwania nie przynosiły rezultatów, dlatego wpisałam jego dane w wyszukiwarkę i wyskoczył mi... jego blog, na którym opisuje w jaki sposób namówić żonę na seks w okresie połogu...
Dodaj anonimowe wyznanie