Jak miałam 15 lat moi rodzice się rozwiedli, tata wyjechał do UK, a ja zostałam z mamą, która mnie mocno olewała. Rok później poznałam Sebę, typowego dresa z osiedla, ale on przynajmniej mnie rozumiał, interesował się mną. Zostaliśmy parą, a pół roku później po kolejnej awanturze z matką i jej facetem wyprowadziłam się do niego.
Skończyłam szkołę średnią, on w tym czasie pracował, owszem nie byliśmy święci lubiliśmy poimprezować. Mając 20 lat zaszłam w ciąże, ogarnęłam się ,chciałam żebyśmy byli normalną rodziną, niestety Seba tego nie potrafił - dalej imprezował i coraz częściej załatwiał jakieś "interesy". Przymykałam oko i czekałam... Gdy nasz synek miał 3 miesiące na mieszkanie wpadła policja, zawinęli Sebę za kradzieże w dodatku okazało się, że mieszkanie jest zadłużone. Spakowałam siebie i dziecko i wyprowadziłam się do babci od strony taty.
Postanowiłam odebrać Sebie prawa rodzicielskie i odciąć się od niego całkowicie. Gdy wyszedł na przepustkę naćpany i pijany zabił naszego synka. Wjechał w nas motorem, gdy przechodziłam z synem przez ulicę, synek miał dwa lata... Mi z tamtego wydarzenia została tylko blizna na nodze i ból w sercu pomimo tylu lat. Potem była sprawa, dostał dożywocie. Jak sam mówił - chciałem zabić ją, żeby syn został ze mną. Przez tego idiotę moje życie straciło sens, codziennie odwiedzam grób synka i zastanawiam się, co by było gdyby żył… Dziś kończyłby 7 lat.
Jestem instruktorem windsurfingu od 3 lat. Bardzo dobra i opłacalna praca na wakacje generalnie rzecz biorąc. Ogólnie mocno nastawiona na kontakt z ludźmi. Od zawsze na każdej lekcji miałem tylko jeden cel. Klient musi być zadowolony na koniec. Dążyłem do tego za każdym razem. Nawet nie musi zrobić jak dla mnie jakiegoś dużego postępu. Musi być po prostu zadowolony i koniec, bo niektórych ciężko nauczyć. Najzwyczajniej w świecie nie każdy ma do tego sportu predyspozycje. Najciężej jednak jest z dziećmi. A może nie tyle z dziećmi, co z niektórymi ich rodzicami. Do najmłodszych kursantów akurat mam dobre podejście.
Nawet jak nie da się ich nauczyć, bo mają 6 lat i nie dają rady stać na desce, to zawsze zorganizuje im czas tak, że czegoś może się nauczą i na koniec będą zadowolone. Rodzice ich jednak żyją w przekonaniu, że gdy płacą pieniądze to ich dziecko po 3 godzinach będzie umiało pływać i zazwyczaj mają do mnie pretensje. Na nic tłumaczenia, że dziecko jest za młode żeby dążyć z nim do lekcji, po których będzie mógł samodzielnie pływać. Często maj dorosłych, którzy nie potrafią złapać równowagi to, co dopiero mówić o małym dziecku. Na szczęście mój szef, chociaż rozumie aspekty tej pracy.
Mam znajomą. Niedługo chyba już byłą.
Zawsze dogadywaliśmy się w miarę dobrze, lecz ostatnimi czasy zaczyna przeginać do kwadratu.
Otóż jest ona totalnym, fanatycznym, zacietrzewionym antyszczepionkowcem. Pod wpływem Internetu wbiła sobie kiedyś do głowy szkodliwość działania szczepionek i jeśli dyskusja w towarzystwie schodzi na tematy medyczne (a jak wiadomo w tym kraju trochę za często się gada o tym co nas boli) natychmiast zaczyna uprawiać swoją propagandę. Dla niej szczepionki to zło, spisek lobby lekarskiego by wyciągać od ludzi więcej forsy za szczepienia, strachy na Lachy, itede, itepe, potrafi tak godzinami. Posiłkuje się argumentami typowo emocjonalnymi i nic jej nie przekonuje. Nic. Nie trafiają do niej argumenty statystyczne ukazujące pozytywne skutki stosowania szczepień, nie rozumie, że kiedy zaczęto stosować szczepionki niektóre choroby znikły z powierzchni Ziemi (co ciekawe zaczynają się od niedawna znowu pojawiać w Ameryce, czyli w miejscu gdzie żyje największy na świecie odsetek antyszczepionkowców - przypadek?), opiera się na badaniach, które zostały obalone już w ubiegłym stuleciu (Andrew Wakefield, guru tych ludzi, naukowiec który przeprowadził pierwsze testy od których się zaczął cały ruch, został zdyskredytowany, uznany za szarlatana i pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarskiego ze względu na stronniczą interpretację eksperymentu - nie, dzieci z autyzmem nie uzyskały go dzięki szczepieniu!). Dla niej to wszystko spisek i już. A wy się nie znacie i nikt mi nie będzie mówił, co mam robić. Nosz kur...
Nie da się policzyć ile razy wybuchały z tego powodu awantury, tłumaczenia że skrzywdzi swoje dzieci (jeszcze ich nie ma, ale chce mieć), że inaczej będzie śpiewać jak jej pociecha zachoruje na polio, że zaszkodzi też innym wokół - zero, nic nie trafia. Ona wie lepiej.
Trochę szkoda znajomości, bo poza tym skrzywieniem jest ona miłą, fajną osobą. Niestety prędzej czy później zostanie ona sama albo co gorsza trafi do jakiejś grupy zrzeszającej podobnych do niej oszołomów - w naszym towarzystwie wszyscy mamy już jej dość.
Mój tata jest piratem drogowym. Jeździ agresywnie, wyprzedza, „poucza” kierowców. A przy tym nie widzi zupełnie swojej winy i myśli, że taka jazda jest zupełnie okej.
Gdy ja lub mama czasem mu mówimy, żeby nie wyprzedzał albo zwolnił trochę, bo się boimy, to reaguje śmiechem, wyrzutami do nas, że „rozpraszamy kierowcę” i często jeszcze przyspiesza żeby nam pokazać nie wiadomo co. Przez to wszystko boimy się go upominać.
I mimo, że tata przez kilkadziesiąt lat prowadzenia auta nigdy nie spowodował wypadku drogowego (z tego co wiem raz miał tylko jakąś drobną stłuczkę nie z jego winy), to za każdym razem gdy mam z nim wejść do samochodu, zwłaszcza gdy jedziemy w jakąś długą podróż, to po prostu się boję o życie mojej rodziny.
Jestem bezsilna, dzisiaj znowu będę się modlić o bezpieczna podróż, bo jutro jedziemy nad morze.
Życzcie nam bezpiecznej drogi i dużych korków.
O tym, jak mama uratowała mi życie.
Od rana bardzo bolał mnie brzuch. Nie poszłam do szkoły, a mama pojechała do pracy i powiedziała, że jak wróci do domu i dalej będzie mnie bolało, to pojedziemy do lekarza na następny dzień.
Jak wróciła, ja płakałam z bólu. Ja silna i twarda, może z 10-, 11-latka, płakałam z bólu. Mama przerażona, czemu nie dzwoniłam, bo miałam dzwonić jakby się pogorszyło.
Był wieczór. Mama załatwiła nam transport do miasta. Tata za granicą, mama prawka nie ma. Przyjechała po nas ciotka. Zawiozła nas na pogotowie ratunkowe. Tam lekarz stwierdził, że to nic takiego i że wcale nie wyglądam, jakby mnie bolało tak bardzo. A dzieci w tym wieku z byle powodu płaczą.
Chciał odesłać mnie do domu, ale moja mama wręcz wybłagała lekarza, aby ten chociaż na obserwację mnie przyjął, bo mieszkamy na wsi i jak w nocy się pogorszy, to karetka długo by jechała.
Lekarz na początku ją wyśmiał, ale potem powiedział, że w sumie może mnie na chwilę na obserwację wziąć i poczekać na wyniki badań.
Mama pojechała do domu. Ja w szpitalu. Przyszły wyniki badań. Za godzinę byłam już na stole operacyjnym. Właśnie pękł mi wyrostek robaczkowy. Zalał mnie w środku. Z tego co potem słyszałam od mamy, lekarze mówili, że miałam dużo szczęścia, bo gdyby stało się to w domu, to mogłoby mnie już na tym świecie nie być.
Szczęścia? Może po prostu rozsądku matki, która jak widać jest lepszym lekarzem niż ten, który mnie badał.
Dzięki mojej mamie nadal żyję. Kocham ją bardzo mocno :).
Wiecie jak irytują dzieci? Na pewno. Nie raz i nie dwa pewnie zdarzyło wam się kląć na te małe, wrzeszczące potwory.
Jestem matką jednego z nich. I chociaż bardzo go kocham, nadal jest to wrzeszczący, niekiedy okropnie irytujący potwór, który wyprowadza mnie z równowagi jak nikt inny. A raczej wyprowadzał.
Ciężko było mi wejść w rolę matki. Niekiedy krzyczałam tak, że słyszała mnie cała kamienica, innym razem płakałam z bezsilności głośniej niż dziecko (kto spędza z dzieckiem czas 24 h na dobę, w dodatku niemal samotnie, ten wie o czym mówię). Miałam dość. Czasem przeklinałam dzień, w którym zdecydowałam się na dziecko. Do czasu, aż przypadkiem nie zawędrowałam w pewne miejsce...
Dziś, kiedy czuję, że nie wytrzymam, biorę dziecko w wózek lub zostawiam je mężowi pod opiekę i idę na cmentarz. Kieruję się w stronę tych najmniejszych grobów. Widzę różowy grób dziewczynki, która za życia kochała księżniczki Disneya. Widzę wyryty w kamieniu portret chłopca, który wiele lat temu został brutalnie zamordowany. Na nagrobkach siedzą pluszowe misie, których już nikt nie przytuli. Widzę groby dzieci, które przeżyły tylko kilka dni. Takie, którym udało się przeżyć rok. Takie, które zmarły w wieku mojego dziecka. I niemal namacalnie czuję ten ból ich rodziców... I dociera do mnie, jak wielką jestem szczęściarą. Jak wielu rodziców oddałoby wszystko, by móc, tak jak ja, po raz setny tłumaczyć swojemu dziecku, że widelca nie wkłada się do oka. Że podawanie przed snem wody do picia po raz piąty to żaden problem. Że kolejna koszulka ubrudzona jagodami to tylko rzecz, którą mogę znów kupić w sklepie. Że są rzeczy dużo ważniejsze niż popisana ściana.
Nikt, poza moją córka, nie wie skąd we mnie wzięła się nagle cierpliwość. Ot, moja mała, tajemnicza terapia wstrząsowa. Pomaga lepiej niż niejeden psycholog.
Dostałam dzisiaj mandat.. Zakładam z góry, że nikt nie zgadnie za co. Jechałam z synem do miasta, machał on każdemu jadącemu z naprzeciwka z ogromnym uśmiechem :).
Jakiś patrol chyba miał gorszy dzień i otrzymałam 150 złotych mandatu.
Powód? Machanie do kierowców ich rozprasza i może dojść do wypadku.
Z zażenowania nawet nie dałam rady odmówić przyjęcia mandatu…
Świat powoli się kończy.
Szedłem podenerwowany na rozmowę o pracę i przed siedzibą firmy puściłem bąka. Z "kleksem"...
Nie wypadłem najlepiej.
Dzięki dekoltowi niemal udało mi się uniknąć mandatu, ale policjant się schylił i zauważył, że nie jestem kobietą.
Kiedy wróciłem do domu, zastałem mojego współlokatora trącego suchą bułkę i próbującego wciągnąć ją nosem. :D
Dodaj anonimowe wyznanie