Parę lat temu kupiłem mamie na święta używany samochód. Od niej dostałem piżamę Batmana.
Niby słabo, ale wyszło na to, że to ja bardziej cieszyłem się z prezentu.
Mój chłopak przerwał w połowie sami wiecie czego i spytał mnie, czy chcę... kanapkę.
Jestem żydówką, ale nie, nie taką stereotypową, która wyglądem i zachowaniem wręcz krzyczy: jestem żydówką, patrzcie na mnie! Na ulicy nie sposób odróżnić mnie od "normalnych" dziewczyn. Historia nie będzie o tym, jak strasznie antysemityzm mnie w Polsce dotyka (bo nie dotyka) ani nic w deseń polityki...
Studiuję w jednym z największych miast Polski, na moim roku działa kółko teatralne i ogólnie jest sporo ciekawych wydarzeń i imprez. Jedna polegała na przebraniu się. Impreza w pełni, mój mało ambitny kostium księżniczki Lei z filmu Star Wars ginął w tłumie (ten w białym prześcieradle, nie złote bikini) i tam dojrzałam jego... 185 cm wzrostu,blond włosy zaczesane na bok, jasna, wręcz blada cera, niebieskie oczy... Do tego figura w typowe V i... mundur SS.
Nikt nie lubi niedokończonych historii, więc zakończenie będzie obszerne.
Zagadałam, był z kółka teatralnego, spędziliśmy tę imprezę razem, pierwszy raz w sypialni też był (trochę później) i on miał na sobie mundur (potem mniej munduru oczywiście). Powiedziałam mu, że jestem żydówką... On, że trochę zna niemiecki...
Najdziwniejsza akcja w moim życiu. Jestem chyba trochę dziwna, ale jeszcze nigdy nic tak na mnie nie działało, jak mój SS-man rzucający mnie na łóżko.
Jestem absolwentką jednej z lepszych szkół kosmetologicznych w Polsce. W zawodzie pracuję od ponad pięciu lat. Poświęciłam ogromne ilości czasu, pieniędzy i nerwów, by być ekspertem w tym, co robię. I tak szczerze powiedziawszy, nie wiem po co. Kiedyś (nawet te pięć lat temu) bycie kosmetologiem coś znaczyło. Może nie jest to jakiś prestiżowy zawód, ale liczyły się kompetencje, szkoły i umiejętności. A teraz? Teraz wystarczy zapłacić 1000 zł za kurs i już! Bez praktycznie żadnych umiejętności, bez wiedzy w danym temacie. Nie powiecie przecież, że z dwudniowego szkolenia wyniesiecie tyle, co ludzie przez pięć lat studiów.
Rozumiem, że rynek i tak zweryfikuje, ale nie zawsze. Znam masę osób, które wolą iść do osiedlowej "stylistki paznokci", która pracuje na czarno, a jedyne co świadczy o jej umiejętnościach to opinia pani Halinki ze sklepu i byle jaki certyfikat z byle jakiej placówki. Sterylizacja? Autoklaw? Używanie jednorazowych aplikatorów/pilników/bloczków? Zapomnij. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale na logikę... Urządzenia do sterylizacji są bardzo drogie i biorąc 20/30 zł od osoby nie jesteś w stanie zakupić odpowiedniego sprzętu, a bez działalności gospodarczej nie jesteś w stanie podpisać umowy ze szpitalem, żeby oni sterylizowali ci narzędzia. Toż to kpina.
Nie chcę tutaj uogólniać, ale muszę. Jestem członkiem grup na Facebooku typu "stylistki paznokci", wymieniamy się tam pomysłami na stylizację. Widzę czasami posty stylistek paznokci bez skończonych szkół. Nie potrafią nawet rozpoznać grzybicy... Nigdy nie wiadomo, co kto ma za choróbsko. Czasami tego nawet nie widać. Wszystkich trzeba traktować tak jak potencjalnych nosicieli grzyba, bakterii, chorób. Nieważne, czy to mama, ciocia, siostra czy sąsiadka. Nie wspomnę nawet o tym, ile klientek przychodzi do mnie ze zdeformowanymi paznokciami, bo koleżanka robiła i uszkodziła macierz paznokcia albo przepiłowała płytkę paznokcia. Nie zrozumcie mnie źle, ja też chodzę na szkolenia, ale mam oprócz tego podstawową wiedzę.
Możecie mnie obrzucić falą hejtu, ale jestem jak najbardziej za tym, by zabronić osobom po samych kursach/szkoleniach pracy na drugim człowieku. W tym zawodzie bardzo łatwo coś zepsuć, uszkodzić, zdeformować, zarazić drugą osobę. Kosmetologia to dziedzina z zakresu medycyny. Nie ma przecież lekarzy po kursach, którzy leczą tylko zapalenie gardła i nic innego, a tak jest z "domowymi kosmetyczkami".
Może to klasyczny "ból dupy", ale szczerze nie lubię kosmetyczek bez odpowiednich szkół. Wydaje mi się, że częściej szkodzą, niż pomagają. Poza tym nie mają pojęcia o anatomii, histologii, farmakologii, recepturze... O wielu dziedzinach nauki, które składają się na kosmetologię.
Będąc ostatnio w sklepie z zielonym zwierzątkiem w nazwie, kupiłem dwa napoje. Miałem zapłacić 6 zł, dałem 20 zł i czekam na resztę. Upłynęło chyba z 30 sekund, zanim kasjerka zaczęła wydawać mi resztę. Okazało się, że wpisała w kasie, iż dałem 50 zł. Przez ten czas myślała, ile powinna wydać.
W końcu dała mi 4 zł i pyta: Jest OK?
Mówię, że jeszcze dycha, a ona: A tak, przepraszam, bo źle mi się wpisało na kasie.
Widać prosta matematyka się na coś przydaje.
Dziś wyjąłem z tyłka kawałek nici dentystycznej. To jak się tam dostała będzie jedną z największych zagadek w całej pieprzonej tajemnicy twierdzy szyfrów.
Zawsze interesowałem się koleją i wszystkim co z nią związane. To moja wielka pasja, więc starałem się jak mogłem i dostałem się nawet do technikum o takim kierunku. Po paru latach wreszcie dostałem moją wymarzoną pracę i pierwszego dnia jako samodzielny "kierowca pociągu" ruszyłem sobie w piękną, malowniczą trasę. To był też ten dzień, w którym pod mój pociąg postanowił rzucić się samobójca. Nie miałem szans na reakcję - zabiłem go.
Nigdy więcej nie wróciłem już do tej pracy.
Mam jednego świetnego kumpla, takiego od piaskownicy. Zawsze mu we wszystkim pomagałem, bo to w końcu świetny kumpel i zawsze bardzo go lubiłem. W szkole, w domu, w pracy, z nauką, czasem z kasą, no ogólnie jak tylko mogłem, to zawsze służyłem mu pomocą.
A teraz gwóźdź programu. Przez ostatni tydzień, jak byłem w delegacji, to przychodził do mojego domu na małe co nieco z moją narzeczoną. Oczywiście kumpla już nie mam, a ona... Cóż, doskonale wiedziała, że jej przecież nie zostawię, bo jest ze mną w 5 miesiącu ciąży! Rozumiecie to? Zostałem kolesiem zdradzonym przez kumpla, zdradzonym przez narzeczoną, a w dodatku typowo "złapanym na dziecko". Kurwa, czym ja sobie na to zasłużyłem...
Kiedy byłam mała, miałam lalkę-chłopca. Z włosami obciętymi na jeża, w spodniach, koszuli. To był czas odkrywania pewnych rzeczy, a mianowicie robienia sobie dobrze, tak więc głowa owej lalki lądowała często w moich spodenkach. Do tej pory jej współczuję... ale to nie koniec.
Po jakimś czasie zaczęłam tyć (rośnięcie, za dużo słodyczy) i pomyślałam, że jestem w ciąży z lalką! Wystraszona myślałam co robić, przecież się przyznam się rodzicom, będą wściekli! Wpadłam na inny pomysł. Od tamtej pory kładłam się brzuchem na brzegu łóżka, tak że tułów zwisał mi z niego, i tym oto sposobem przeżyłam pierwsze w moim 6-letnim życiu "poronienie".
Gdziekolwiek jesteś, moje plastikowe dziecię, wybacz mi!
W bibliotece zwróciłem uwagę jakiejś babie, że jest za głośno i przeszkadza innym. Co zrobiła? Nawrzeszczała na mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie