#ZOCzp
Rozumiem, że rynek i tak zweryfikuje, ale nie zawsze. Znam masę osób, które wolą iść do osiedlowej "stylistki paznokci", która pracuje na czarno, a jedyne co świadczy o jej umiejętnościach to opinia pani Halinki ze sklepu i byle jaki certyfikat z byle jakiej placówki. Sterylizacja? Autoklaw? Używanie jednorazowych aplikatorów/pilników/bloczków? Zapomnij. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale na logikę... Urządzenia do sterylizacji są bardzo drogie i biorąc 20/30 zł od osoby nie jesteś w stanie zakupić odpowiedniego sprzętu, a bez działalności gospodarczej nie jesteś w stanie podpisać umowy ze szpitalem, żeby oni sterylizowali ci narzędzia. Toż to kpina.
Nie chcę tutaj uogólniać, ale muszę. Jestem członkiem grup na Facebooku typu "stylistki paznokci", wymieniamy się tam pomysłami na stylizację. Widzę czasami posty stylistek paznokci bez skończonych szkół. Nie potrafią nawet rozpoznać grzybicy... Nigdy nie wiadomo, co kto ma za choróbsko. Czasami tego nawet nie widać. Wszystkich trzeba traktować tak jak potencjalnych nosicieli grzyba, bakterii, chorób. Nieważne, czy to mama, ciocia, siostra czy sąsiadka. Nie wspomnę nawet o tym, ile klientek przychodzi do mnie ze zdeformowanymi paznokciami, bo koleżanka robiła i uszkodziła macierz paznokcia albo przepiłowała płytkę paznokcia. Nie zrozumcie mnie źle, ja też chodzę na szkolenia, ale mam oprócz tego podstawową wiedzę.
Możecie mnie obrzucić falą hejtu, ale jestem jak najbardziej za tym, by zabronić osobom po samych kursach/szkoleniach pracy na drugim człowieku. W tym zawodzie bardzo łatwo coś zepsuć, uszkodzić, zdeformować, zarazić drugą osobę. Kosmetologia to dziedzina z zakresu medycyny. Nie ma przecież lekarzy po kursach, którzy leczą tylko zapalenie gardła i nic innego, a tak jest z "domowymi kosmetyczkami".
Może to klasyczny "ból dupy", ale szczerze nie lubię kosmetyczek bez odpowiednich szkół. Wydaje mi się, że częściej szkodzą, niż pomagają. Poza tym nie mają pojęcia o anatomii, histologii, farmakologii, recepturze... O wielu dziedzinach nauki, które składają się na kosmetologię.
Ale proszę nie mylcie zawodów. Kosmetolog, kosmetyczka, makijażystka to są zupełnie inne zawody. Żeby być kosmetologiem nadal trzeba skończyć szkołe wyższą, kosmetolog to ktoś bardziej zbliżony do dermatologa. Kosmetyczka powinna mieć tytuł technika i dyplom, wykonuje proste zabiegi typu peeling, masaż twarzy itp. Makijażystka wykonuje makijaż twarzy, ale nie wykonuje żadnych zabiegów chyba, że ma uprawnienia. Teraz jest szał na hybrydy, znam kilka dziewczyn które wykonują hybrydy nie mając żadnych kursów, a kursy stylizacji paznokci również istnieją. A skoły są lepsze i gorsze wiadomo...
Kosmetolog to ktoś zbliżony do dermatologa? Dermatolog to lekarz po minimum 12 latach ciężkiej pracy.
Z czego większość tej pracy jest mu chyba do wykonywania, nawet idealnego, tej roboty niepotrzebna, nie?
Nazwy kości w ciele, ścięgna w nogach, choroby nie mające nic wspólnego z chorobami skóry...
Więc, przynajmniej na logikę, kosmetolog jak najbardziej może mieć zbliżone umiejętności gdy porównujemy tylko istotny zakres.
Możesz być dermatologiem pracującym w szpitalach, a możesz być takim, którego głównym zajęciem jest wstrzykiwanie botoksu i tym podobnych rzeczy, a wtedy tacy specjaliści najczęściej współpracują z kosmetologami.
Miałam praktyki studenckie w pewnym znanym "centrum edukacyjnym", które prowadzi różne kursy zawodowe, a także gimnazja oraz licea dla dorosłych. Ja pitole, powinni takie instytucje zamykać.
Ludzie nie chodzą na zajęcia, nie mają podstawowych informacji... Przepycha się wszystkich, byle zapłacili kolejne czesne. Na setki "uczniów" są zaledwie jednostki, które faktycznie uczęszczają na wszystkie zajęcia. A chciałabym zauważyć, że są tam takie kursy zawodowe jak masażysta, czy kosmetyczka. Strach pomyśleć, co tacy "absolwenci" mogą zrobić swojemu klientowi!!
Zasady są tam np. takie, że jak masz jakieś nieobecności, to możesz sobie przyjść do połowy następnego miesiąca i się po prostu podpisać w dzienniku!!! Po prostu. Nie chodziłeś cały styczeń na zajęcia? Przyjdź do 14 lutego i złóż kilkadziesiąt podpisów w 3 minuty i BUM! Cały styczeń pełna frekwencja.
Albo: Masz niezaliczony przedmiot? Luzik, zrób prezentację w power point'cie na 20 slajdów i masz tróję na koniec.
Paranoja.
Przez to, na co się ja napatrzyłam, uważam, że takie instytucje powinny być pod ścisłym nadzorem, a w razie wykrycia nieprawidłowości powinny być zamykane. To jest psucie rynku oraz oszukiwanie tych (w większości niestety niezbyt ogarniętych ludzi), że zdobywają jakieś wykształcenie i kwalifikacje, gdzie tak naprawdę zdobywają tylko papier, a każdy pracodawca od razu się zorientuje, że dana osoba nie ma pojęcia o dziedzinie, na którą ma dyplom. Nie mówiąc już o przyszłych klientach takich absolwentów, którzy są przekonani, że korzystają z usług wyszkolonych osób.
Paranoja od początku do końca.
W trakcie studiów uczęszczałam do szkoły policealnej i muszę powiedzieć, że to niestety norma. Nie powiem już jak wyglądał państwowy egzamin końcowy dajacy uprawnienia do zawodu bo to szok i niedowierzanie.
Potwierdzam, uczyłem w takim przybytku. Brzmi jak dokładny opis. Inna sprawa, że niektórzy nauczyciele chcą czegoś nauczyć tych ludzi, tylko no mentalność klienta nie pozwala.
Akurat z tymi obecnością mi, to patologia, że ktokolwiek ich wymaga, a jeszcze większa, że decyduje to o zaliczeniu czegokolwiek.
Zajęcia powinny być dla studentów, a chodzenie na nie powinno służyć tylko ich interesowi, by łatwiej im było zaliczyć egzamin, który sprawdza realne UMIEJETNOSCI i WIEDZĘ, nie to, czy chodziło się na szajecia.
@wergil
Naprawdę? W taki razie to naprawdę smutne. Nie używaj jednak ogólnego określenia "studia" bo bardzo się mylisz. Nie da się tak powiedzieć o wszystkich uczelniach i kierunkach. Na moich studiach (mówimy tu o 2 kierunkach na różnych uczelniach) miałam rzecz jasna teorie (wykłady) ćwiczenia z owej teorii (konwersatorium) oraz praktykę (ćwiczenia, laboratorium). By przystąpić do egzaminu z teorii, musiałam najpierw zaliczyć kolokwium z ćwiczeń/laboratoriów i konwersatorium. Nie zaliczenie któregoś skutkowało niedopuszczeniem do egzaminu. A znaczenie to ma ogromne.
Potwierdzam, że na wielu uczelniach jest podobnie. Kiedyś pomagałam doktorowi przy wpisywaniu ocen (sam prosił) i traf chciał, że trafił się ktoś z zaocznych i on szukał pracy tej osoby. I co się okazało? Przy tej samej ilości punktów z tego samego testu u nas był próg zaliczenia - 3, a na zaocznych 5. To chyba o czymś świadczy. Zresztą przeciąganie na siłę ma szczególnie zastosowanie przy obcokrajowcach którzy są tak ogromnym prestiżem na uczelni. To jakiś żart. Przestałam wierzyć w szkolnictwo jakiekolwiek.
Co do tego, że nie można mówić ogólnie o szkołach policealnych- ja nic nie pisałam na ich temat bo zwyczajnie w świecie ich nie znam. Co do tego, że większość kierunków to kpina. To zależy od tego o jakich uczelniach mówimy i jaka grupę weźmiemy za wyznacznik. Powiedz, że nie trzeba nic robić by zdać,a teoria to tylko formalność, studentowi medycyny na uniwersytecie Warszawski. Wyśmieje Cie. Jasne, student Podhalańskiej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Targu (tak to też uniwersytet) potwierdzi (Doskonale zdaję sobie sprawę, że sa i takie uczelnie dlatego nie twierdzę, że każdy kierunek to straszny wysiłek). Lepsze uczelnie zwyczajnie w świecie nie chcą tracić renomy bo to przekłada się na pieniążki. Gdyby dali tytuł magistra biotechnologowi, który nie potrafi wykonać najprostszych procedur w pracy to wystawili by sobie dość marną recenzje. Ilośc wymagających prowadzacych (bo przecież studia to nie tylko wykłady) zależy od renomy uczelni i trudności kierunku. Nie powiesz mi, ze chirurgom zaliczają ćwiczenia na piękne oczy ;)
U mnie na roku zaczynało 350 osób, skończyło studia 1 stopnia, 90 (2 natomiast 50). Część zrezygnowała, ale duża część wyleciała, albo przerosły ich zaliczenia warunkowe. Oczywiście na tej samej uczelni istniał kierunek komunikacja społeczna gdzie już nie było takiego przemiału. By być obiektywnym trzeba wziąć pod uwagę ogół zjawiska (dobre i słabe uczelnie, trudne i łatwiejsze kierunki). Bo odnoszenie się tylko do doświadczeń swoich i swoich znajomych to marny wyznacznik- mogą równie dobrze studiować na samych bardzo trudnych kierunkach jak i same odpowiedniki turystyki w Pcimiu dolnym.
@wergil
Sama wspomniałam, że czym innym jest komunikacja społeczna, a czym innym np. biotechnologia jeśli chodzi o wymagania. Są kierunki w które trzeba włożyć mniej i więcej pracy to oczywiste, nie sprawia to jednak, ze jeśli egzaminy na turystyce są formalnością, to na kierunku lekarskim też.
@quashi
Wybacz mi za błąd PPWSZ to w świetle Polskiego prawa uczelnia wyższa oferujaca studia licencjackie, magisterskie, oraz inżynierskie. Mój błąd ;) To oczywiste, że są przedmioty banalne.U mnie było nim np. OWI, ale są tez przedmioty bardzo trudne (np. hodowla tkankowa, immunologia). Jednak istnienie kursów "zapychaczy" dalej nie świadczy o całej jakości kierunku, poziomu trudności i szkolnictwie wyższym ogólnie. Co do porównywania kierunków. Jednocześnie zaczęłam Studiować biotechnologie na UJ oraz Psychologie na pedagogicznym. Po roku zrezygnowałam z psychologi. Po napisaniu licencjatu z Biotechnologi, zrekrutowałam się na psychologie na Uj jako drugi kierunek. Różnice w poziomie trudności i wymaganiach są kosmiczne. Więc da się mówić o różnicach wynikających z samego wyboru uczelni. Kierunki jak najbardziej da sie oceniać robi to np. Polska komisja akredytacyjna. Poza tym istnieje coś takiego jak parametryzacja jednostek naukowychi tak np. Wydział Biotechnolgii,biofyzki i biochemi ramach parametryzacji polskich jednostek naukowo-badawczych uzyskał A+, a wydział biologi jedynie A, a to przekłada się na pieniądze otrzymywane przez uczelnie.
Co do porównywania kulturoznawstwa z kierunkiem medycznym. Pisze ogólnie o studiach bo ogólnie zjawisko studiów zostało tutaj wymienione.
Co do szkół policealnych to oczywiste, że nie każdy musi być Panem magistrem i w wielu kierunkach bardziej przydatne jest wykształcenie zawodowe. Jednak na pewno nie powinien być stawiany znak równości między kompetencjami osoby kończąca taka szkołę, a osobą po studiach wyższych gdyż jest to inny poziom i rodzaj wykształcenia.
Uczelnie wyższe to kpina. Studiowałam na kierunku ściśle technicznym i co? Najtrudniejsze były przedmioty nie mające żadnego znaczenia. Jakieś wyliczanie współrzędnych gwiazd za pomocą kalkulatora! Gdzie takie rzeczy można wykonać za pomocą arkusza Excel w parę sekund. Jasne, nie uczymy ludzi wykorzystywania osiągnięć współczesnej nauki i techniki. Wykonujmy obliczenia niczym Galileusz xD
Wiem co za instytucje masz na myśli...
Sama tam chodziłam i wystarczyło płacić czesne i się zdawało; )
Szkoły policealne i Wyższe Szkoły Czegos to kpina. Dla ludzi, którzy ledwo zdali maturę ale na wsi chcą się popisać, ze „skończyli szkole”. I jeszcze ich ulubiony argument „na państwowych tez puszczają wszystkich”, „ja bez studiów zarabiam 3 tysiące” uwielbiam ...
W pewnym stopniu się zgadzam. Jest masa "kosmetyczek" które słowa dezynfekcja nie słyszała nigdy, nie wspominając o sterylizacji, która jest niezbędna. Często takie "profesjonalistki" bez kursów robią masakrę z paznokci ze względu na brak wiedzy.
Ale.
W ciągu ostatniego roku odwiedziłam 10 profesjonalnych salonów kosmetycznych w których robiłam paznokcie. W każdym z tych salonów pracowały kobiety po studiach, z milionem certyfikatów i kursów. Cena w każdym z nich była co najmniej na poziomie porządnych salonów w moim mieście, czasem nawet wyższa. Miałam więc prawo wymagać sterylnych warunków i dobrze zrobionego manicure. A jaka była prawda? Na 10 salonów tylko w 4 narzędzia były sterylne. W jednym z nich żele za 150 zł wyglądały jak łopaty i odpadły po tygodniu. W jednym moje skórki były zmasakrowane, a na połowie paznokci top pokrywał tylko środek paznokcia tworząc majestatyczne fale. W innym stylistka wiedziała lepiej jaki kolor powinnam wybrać i dopiero po dłuższej dyskusji i moim uporze z trudem zgodziła się na mój wybór. W jednym przez całą godzinę słuchałam niewybrednych komentarzy, na mój temat, bo moje paznokcie mają tendencję do rozdwajania i jak ja mogę tak chodzić. Nie wspominając już o syfie w części salonów na widok którego uciekałam.
Także studia studiami, ale to jeszcze nie daje gwarancji profesjonalizmu. Pomijając fakt, że stylizacja paznokci nie jest sferą do której potrzeba 5 lat studiów, znajomości wszystkich mięśni twarzy, budowy komórkowej i podstaw medycyny estetycznej, której uczą na kosmetologii.
a najgorzej jak takie biorą się za medycyne estetyczną
bo umowmy sie do malowania paznokci to nie trzeba 5 lat studiów, ale moim zdaniem już do wypełniczy czy botoksu powinno się być lekarzem.
W Polsce botoks moze podawac tylko lekarz z tego co wiem. Nie wiem jak wypelniacze, chyba kosmetolog moze. Jezeli bym szla na botoks to nie dalabym sie komus innemu dziabnac niz lekarzowi. Tu juz wchodzi w znajomosc uklad nerwow i miesni twarzy. Szukalam dentysty w Gdansku: bardzo wielu robi botoks :D myslalam, ze padne ze smiechu. Dobre opinie ze wzgledu na zastrzyki, a nie borowanie. I wez tu znajdz dobrego dentyste :P
Otóż to!
Paznokcie czy rzęsy nie są zbyt dużą ingerencja w organizm ale botox czy inne upiększania tego typu -tak
Nawet przy osobach które są lekarzami bym uważała -ile to się słyszy o błędach lekarskich...
Cóż, kiedyś wierzyłam, że ludzie podejmujący jakiś zawód mają jakiekolwiek pojęcie o tym, co robią... Póki nie poszłam do kosmetyczki na oczyszczanie twarzy. Przemiła Pani cały zabieg postanowiła przeprowadzić bez rękawiczek, co może przy umytych i odkażonych rękach nie było jeszcze problemem, ale kiedy w międzyczasie odeszła ode mnie, wydmuchała nos i nie myjąc rąk zabrała się dalej do pracy, trochę zwątpiłam w ludzi.
Tak, po oczyszczaniu pryszczy było więcej, niż przed, a do tej kosmetyczki już więcej nie poszłam.
Łoo matko...
Sama kiedyś z*****m stomatologa który mi badał dziąsła bez rękawiczek.
Jego odpowiedź ??
"Myłem przed chwilą ręce "
:O
@LubieHybrydy to jeszcze i tak nic, osoba z rodziny opowiadała mi, jak miała mieć jakiś zabieg w szpitalu i przed nim dostać kroplówkę, a pielęgniarka, która miała tę kroplówkę podłączyć, już ją niosła (wszystkie rurki przygotowane, odpakowane itp.) ale musiała odejść zrobić coś innego, więc położyła wszystko w nieszczególnie czystym zlewie, a jak wróciła podłączyła jakby nigdy nic...
Jeśli chodzi o stylistki paznokci (nie jestem osobą, która ślepo wierzy w programy telewizyjne) - kiedyś widziałam program, w którym odwiedzali „profesjonalne” salony gdzie cena takiej usługi wiadomo jest wyższa o połowę i wiesz co? Odkryli i grzybice i brak jakiejkolwiek higieny. Wiec wiesz, kwestia raczej ludzkiego sumienia niż wykształcenia, bo skoro robisz coś ingerującego w ciało to chyba nie zamierzasz potem stanąć w twarz z kimś kto wyniósł od Ciebie jakieś cholerstwo, prawda? A widzisz, niektórzy tak i to za grubą kasę ;) Byłam także pracownikiem perfumerii gdzie na tej samej ulicy urzędowała kosmetyczka - robiła maseczki przeterminowanymi produktami :)
No nie jest to może i sprawiedliwe, ale co zrobić. Sama wolę iść do koleżanki, niż płacić ponad dniówkę za byle paznokcie. Poza tym przy paznokciach liczy się wyczucie smaku, talent, tego nie nauczą na studiach, sorry. No i tak jak inni piszą, salon nie gwarantuje profesjonalizmu.
Jeśli chodzi o jakieś mikrodermabrazje itp, to fakt, liczy się wiedza, ale przy żelach? Nie potrzeba mi dyplomów.
Ciekawa jestem tylko czy koleżanka zna pojęcie dezynfekcja skoro ją tak chwalisz
No oczywiście, że nie zna, to trudne pojęcie. Przecież nie miała Profesora, który by jej powiedział, że musi być czysto, no to jedzie jak leci ;)
Te certyfikaty są o dupę rozbić. Płacisz hajs i masz. To samo z fryzjerstwem. Gdyby nie taki szajs to by nie było tych programów typu 'Oste cięcie'
Teraz to na wszystko można zrobić takie kursy... Na instruktora jazdy konnej można zrobić kurs internowy w 3 dni!! Bez spardzenia umiejętności... Masakra
Też ukończyłam kosmetologie i z przykrością zauważyłam, że kosmetolog jest bardzo często mylony z babkami po kursach albo technikum.
Ja osobiście wolę inną ścieżkę kariery niż kosmetologia upiekszająca - nie po to studiowałam aby pilowac pazury albo robić henne.