#UOAUN

Ostatnio wracałem z imprezy, a że mieszkam niedaleko klubu, wracałem na nogach. Poszedłem na skróty przez las i zaczepiły mnie 3 dziewczyny. Zapytały, czy mogę z nimi przejść przez ten las, bo się bardzo boją. Zażartowałem sobie z nich i powiedziałem, że jak byłem żywy, to też się bardzo bałem.

Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktokolwiek tak szybko uciekał i tak głośno krzyczał :D

#kI46u

Nigdy w życiu nie piłem espresso, więc będąc w kawiarni postanowiłem spróbować.

Zamawiając espresso, oprócz samej kawy dostajemy szklankę/kieliszek wody. Woda służy do oczyszczenia kubków smakowych, należy ją wypić przed kawą (są również osoby, które wypijają wodę po wypiciu kawy).

Nie mając o tym pojęcia, po prostu wlałem wodę do kawy...

#vNPsC

Zasmuciła mnie jedna rzecz, jaką zauważyłam u dzieci mojej sąsiadki. Chodzi dokładnie o nieszanowanie zabawek i prezentów…

Był to Dzień Dziecka, a moja sąsiadka (mająca dwie córki – 8 i 9 lat) postanowiła zaprosić swoją rodzinę oraz mnie z mężem na kawę, aby uczcić to wielkie święto Małych Ludzi :). Każdy z nas kupił dziewczynkom prezenty; część była „firmowymi” zabawkami, ale niektóre były zwykłymi pluszakami czy grami… Myślałam, że dzieci ucieszą się z tylu prezentów, ale niestety myliłam się…

- Słodyczy i owoców w ogóle nie uznały za prezent – wylądowały na ziemi i w trakcie zabaw wszystko podeptały; z czekolad zrobiły sobie paletki (!) do bicia siebie nawzajem, a żelkami zaczęły się rzucać;
- mniejsze prezenty tj. pisaki, ciastolinę, puzzle, kolorowanki od razu rzuciły do kąta, nawet nie patrząc co to jest;
- pieska na baterię, który szczekał i machał ogonkiem, kopały, by się przewrócił, już nie mówiąc, że dźgały go długopisem po oczach „Czy będzie piszczał?”; na końcu wyrzuciły go z balkonu sprawdzając, czy lata (BTW, to podobno jest z jakieś bajki!!);
- po plastikowych kręglach zaczęły deptać, by były płaskie;
- od jednego z gości dostały dużego pluszowego słonia – wzięły nożyczki i zaczęły obcinać trąbę, uszy, ogon… na końcu wrzuciły zabawkę do basenu i biły w nią nadmuchiwanymi piłkami, by zatonęła;
- lalkę, która śpiewała (typu „Jej wysokość Zosia”) zdążyły popsuć cały czas naciskając wszystkie możliwe guziki, a na końcu były tak zajęte obcinaniem uszu słoniowi, że lala spadła za fotel;
- pluszowy miś od pradziadków wylądował pod stołem, niestety nieświadomie kopany przez resztę domowników (powiem Wam, że to mnie najbardziej zasmuciło, ponieważ prababcia chyba pamiętała jak „mnóstwo” zabawek miała w swoim dzieciństwie i była naprawdę przygnębiona).

Gdy na to patrzyłam, byłam naprawdę smutna. Nasz prezent wylądował w grupie „dupereli w kącie”, a interaktywny piesek nie dotrwał do wieczora… Może ja pochodzę z jakiejś mało majętnej rodziny, ale przenigdy ani moje rodzeństwo, ani ja nie wpadlibyśmy na to, aby tak traktować prezenty. Wszystkie zabawki (czy plastikowe, czy pluszowe) były szanowane, ani razu nie rzucone na ziemię, już nie mówiąc o zniszczeniu.

Dlaczego rodzice nie reagowali na takie zachowanie? Przecież za kilka lat dziewczynki będą niszczyły wszystko i niczego nie uszanują… W pewnym momencie powiedziałam przy stole „Jak byłam mała, to za takie rzucanie zabawek dostałabym po łbie”… Wtedy rodzice na mnie ruszyli „Przecież to dzieci! Muszą się bawić!”, „A co, mają siedzieć i czytać książki?!” i powiedzieli… że chyba się zasiedzieli. I mieli rację, bo dłużej na takie bananowe wychowanie nie mogłabym patrzeć.

#pf2xs

Tak ostatni wzięło mnie na wspominanie mojej świętej pamięci babci. Gdy byłem w podstawówce, seniorka naszego rodu miała już trochę nierówno pod dekielkiem, delikatnie mówiąc. Alzheimer i parę innych umysłowych zaburzeń. Babcia co chwilę odwalała jakieś numery. A to usiłowała odgrzać sobie obiad w telewizorze, myląc go z mikrofalówką, a to nagle przypominała sobie, że musi zadzwonić do swojej koleżanki – Helenki, która to odeszła z tego świata pół wieku wcześniej.

Mieszkała razem z nami. Trzeba było ją pilnować i dbać o to, aby przy kolejnym „odpale” nie przyszło jej do głowy np. podgrzewać wody w wannie za pomocą suszarki czy wyrównywać fałdy na dywanie za pomocą rozgrzanego żelazka.

Mimo że babcia była szalona, to wszyscy bardzo ją kochaliśmy i prawdę mówiąc to mieliśmy z nią dużo śmiechu. Ona sama, zdając sobie sprawę ze swoich ułomności i wiedząc, że jest z nami bezpieczna, czuła się z swobodnie w rodzinnym domu, wśród najbliższych jej osób.

Umówiliśmy się, że nie będziemy dawać jej do zrozumienia, że jest starą wariatką – to mogłoby jej sprawić przykrość. Znosiliśmy więc jej „wybryki” dzielnie. Pamiętam, że od moich najmłodszych lat babcia podkradała mi zabawki, które następnie pod koniec roku pakowała w papier śniadaniowy i kładła pod choinką w formie prezentu dla mnie. I tak też do perfekcji opanowałem sztukę teatralnego cieszenia się z otrzymanych od babci samochodzików, ludzików GI Joe, czy kartridżów do Pegasusa, które starowinka bezczelnie zajumała mi parę miesięcy wcześniej...

#CMpef

Moja babcia codziennie patrzy przez okno i czeka na mojego dziadka, aż wróci z pracy. Codziennie przygotowuje dla niego śniadanie, obiad i kolację. Prasuje i pierze jego ubrania. Kupuje jego ulubione piwo, wyciąga dwie szklanki, nalewa do nich piwa, po czym rozmawia z dziadkiem. Kiedy potrzebuje w czymś pomocy, woła: "Wojtek, przyjdź na chwilę".

Dziadek nie żyje od trzynastu lat. Płaczę, pisząc to wyznanie - jest mi jej okropnie żal...

#wevr1

Uchodzę za spokojną, radosną i porządną nastolatkę. Chodzę do bardzo dobrej szkoły, wzorowa uczennica. Przyjaciele często się śmieją, że zazdroszczą mi weekendów spędzonych w górach czy nad morzem, wyjazdów na koncerty, droższych ubrań, itp. Uważają, że moi rodzice są świetni, bo mi na wszystko pozwalają, mogę robić, co chcę i jeszcze mieszkam sama.



Prawda jest taka, że poszłam do dobrej szkoły, bo chciałam uciec od psychicznego znęcania. Z rodzicami kontakt mam bardzo mały, czasami weekendy, ferie i wakacje. Pieniędzy skąpią mi na wszystko. Na pokój, na ubrania, na podstawowe rzeczy jak szampon czy podpaski (nie jakieś wybitnie drogie, zwykłe, najtańsze). Za pieniądze rodziców muszę wyżyć za ok. 30 złotych tygodniowo. Mam stypendia, ale pieniędzy z nich nie widzę. Moje zdrowie nie pozwala mi na jedzenie wszystkiego, co popadnie. Na część produktów (cały nabiał odpada, mięso też) mój organizm reaguje bardzo negatywnie. A nikt nie będzie cały czas jadł ziemniaków, marchewki czy makaronu.



Odkąd się przeprowadziłam jestem utrzymanką. Mój Pan sprawia, że jestem szczęśliwa. Dbam o siebie, odkładam dużą część pieniędzy na studia. Z tego, co mi zostaje wspieram różne organizacje, pobliskie schronisko. Pozwalam sobie na luksus i odrobinę szaleństwa, którego zawsze mi odmawiano. W międzyczasie pracuję, czasami sprzątam, czasami daję korepetycje.

Teoretycznie mam tyle pieniędzy odłożonych, że mogłabym skończyć tę relację i do końca szkoły żyć na poziomie. Lubię spełniać swoje zachcianki, ale nie jest to rzecz niezbędna.



Nie potrafię jednak zrezygnować z relacji z osobą, która się o mnie troszczy. Nie chcę odchodzić od mojego Pana. W przeciwieństwie do mojej rodziny, on dba o mnie. Pociesza, gdy widzi, że źle się czuję. Nasza relacja to nie tylko łóżko, to długie rozmowy i przyjaźń. Ja znam jego, on znam mnie. Nie jestem zakochaną nastolatką. Jestem po prostu wdzięczna, że na niego trafiłam. Jest najlepszym, co mnie do tej pory spotkało.

#8Zgst

Kiedy spóźniony dotarłem do domu znajomych, impreza już się rozkręciła. Od razu zauważyłem nową osobę w naszym skromnym towarzystwie. Przyprowadził ją jeden z kolegów, a na potrzeby wyznania dajmy jej nazwę ✓3 (mam już dosyć tych x i y). Głośno o czymś ciągle opowiadała i nie dała dojść nikomu do słowa. Większość historii jakie opowiadała przedstawiały ją jako bardzo szlachetną i pomocną.

Pewnie większość z was słyszała o akcji "pomoc mierzona kilometrami" (chodzi w tym o to, że włączasz endomondo i ilość km, które przejdziesz, jest zamieniana na pieniądze i przekazywana potrzebującym); właśnie w niej ✓3 brała udział. A że godzina była późna i parę butelek stało już bez wnętrzności, to i język się jej nieco plątał i szczerość wzrastała. Zapytałem ją, ile już udało jej się przejść kilometrów. Na co ✓3 odpowiedziała, że nie chce jej się chodzić, więc jeździ wolno samochodem z włączoną aplikacją.

Nikt do końca posiedzenia nie poinformował jej, że więcej by było darowizny, gdyby pieniądze wydane na paliwo przekazała na cele charytatywne.

#vkznw

Po śmierci babci mama zaopiekowała się niepełnosprawnym synem babci, a swoim przyrodnim bratem. Generalnie trochę roboty przy nim jest, w tym kąpanie go. Mama po organizowaniu babci pogrzebu, wszelkich formalności i innych była zmęczona i rozgoryczona. Kąpiąc go płakała i mówiła do siebie "Siostrze trafiła się pralka po babci i inne rzeczy, a mi co? Upośledzony brat".
W tym momencie z lustra w łazience zleciały wszystkie rzeczy z taką siłą, jakby je ktoś zmiótł ręką. Mama nie miała jak zahaczyć o lustro, ponieważ znajduje się ono dalej od kabiny prysznicowej.

Podobna sytuacja miała miejsce u mamy w pracy. Rozmawiała z koleżanką w stołówce pracowniczej na temat swego brata. Znowu popłynęły łzy, zaczęła się żalić i w tym momencie zarówno ona, jak i koleżanka były świadkami, jak stojący na suszarce talerz przeleciał przez pół kuchni i roztrzaskał się o ścianę.
Rozmawiałam z koleżanką mamy, która roztrzęsiona potwierdziła, że miało to miejsce.

Za życia babcia bardzo broniła swego syna i robiła awanturę każdemu, kto się go czepiał ze względu na jego niepełnosprawność. Widocznie po śmierci także jej to zostało.
Dodaj anonimowe wyznanie