Mój ojciec wziął ostatnio ślub. Nie zostałem zaproszony na uroczystość, jak się okazało, ze względu na to, że popsułbym im ładne, ślubne, rodzinne zdjęcia.
Wszystko przez to, że pół roku temu amputowano mi nogę.
Przyjaciel zlokalizował mojego skradzionego dwa miesiące temu psa. Okazało się, że kupiła go rodzina z dzieckiem chorym na Aspergera. Na komendzie powiedzieli, że mogę odzyskać psa, ale uważają, że muszę być strasznym skurwielem.
Dawno, dawno temu, jakoś tak jeszcze pod koniec ubiegłego wieku, znany i dość kontrowersyjny artysta Zbigniew Hołdys wydawał pewien magazyn. Był to muzyczny miesięcznik o nietypowej nazwie - ”Ultra szmata”. Pisemko pełne było wywiadów z czołowymi polskimi rockersami, recenzjami interesujących albumów i co najważniejsze – charakteryzowało się mięsistym, czarnym humorem, który absolutnie do mnie, nastoletniego metalowca, trafiał.
Najlepszym sposobem na zdobycie tego niskonakładowego tytułu była wizyta w Empiku. Czasem jednak nie chciało mi się do tego sklepu jechać, więc pytałem o magazyn w osiedlowych kioskach, co – jak się okazało – nie zawsze było dobrym pomysłem.
- Dobry! - przywitałem się z grubą, starszą panią przysypiającą w lokalnej budce Ruchu. – Czy jest „Ultra szmata”?
W ciągu ułamka sekundy lico kioskarki przybrało kolor czereśniowej czerwieni.
- O, ty gówniarzu pierd#lony! - wrzasnęła kobieta. – Obrażać mnie będzie, gnojek! Psi syn! Bachor! Bodaj cię diabły zabrały! Czeeeekaj, no…! - Rycząc niczym rozjuszony bawół, otworzyła drzwiczki swojej budy, wypadła z kiosku i wymachując parasolką zaszarżowała wściekle w moim kierunku.
Co miałem robić? Rzuciłem się do ucieczki krzycząc rozpaczliwie, że naprawdę istnieje takie pismo, że jest bardzo ciekawe, że Hołdys, że wywiady z cenionymi artystami, że humor, że nakład niski… Goniła mnie przez dwie przecznice, jak jakaś rozsierdzona bestia. Widok musiał być mocno absurdalny. Oto biegnie, błagając o litość, powiewając za sobą długim włosiem, odziany na czarno metalowiec, a zaraz za nim, kręcąc parasolką młynki, otyła starsza pani, rycząca niczym ranny dzik broniący swego terytorium.
W końcu zmęczyła się i odpuściła. Do dziś jednak nie zapomnę wstydu, którego się najadłem. Tych wszystkich śmiejących się przechodniów, trąbiących samochodów i dzieci wytykających mnie palcami. To był ostatni raz, kiedy po „Ultra szmatę” poszedłem do kiosku.
Wyszedłem z domu, przeszedłem kilka ulic, na skrzyżowaniu skręciłem w prawo. Na wprost mnie był ogromny budynek - garaż piętrowy, wszedłem na jego teren i windą wjechałem na najwyżej położony poziom.
Usiadłem z nogami na zewnątrz, spoglądałem ukradkiem w dół na asfaltową, twardą i ciemną ulicę. Na wprost mnie budynek z metalu i szkła.
Dzwoni telefon, ze zdjęcia patrzą na mnie tak nieaktualnie wesołe uśmiechnięte oczy, jedne zielone, drugie brązowe. To żona.
Nie odbieram. Mógłbym, ale to nic nie zmieni, nic nie zmieni przeszłości.
Minęło 9 miesięcy od pogrzebu 9-letniej dziewczynki z brązowymi oczkami, tak ufnie patrzącymi w moją stronę.
Potrzebowała nerki. Nikt jej nie dał nerki, chciałem dać jej swoją, dałbym jej wszystkie narządy, jakich by potrzebowała. Płuca, wątrobę... Serce już moje dawno miała, ale to bijące też bym jej oddał, gdybym pasował.
Nie pasowałem, ojciec nie pasował do dziecka.
Druga osoba na zdjęciu, zielonooka blondynka, żona... Która po tylu latach przyznała się, że to nie była moja córka.
Jak do cholery jasnej przejść nad tym do normalności?! Dni, tygodnie, lata - pełne kłamstwa i obłudy! Ku*wa mać!
To nie jest apel, po prostu robię wszystko, żeby wyrzucić z siebie trochę tego co czuję, mając nadzieję, że obarczając was sam poczuję się lepiej.
Swego czasu studiowałam i dorabiałam w weekendy, aby dorzucać się do wspólnego budżetu z facetem. On mnie zdradził, ja się chciałam wyprowadzić, więc musiałam znaleźć coś konkretniejszego. Standardy obniżyłam do minimum i aplikowałam wszędzie. W końcu się udało i znalazłam pracę w małym sklepie.
Pierwszy dzień i pierwszy zgrzyt. Kartka papieru, która ich zdaniem była umową, nawet nie zawierała takiego tytułu! Była w jednym egzemplarzu i stanowiła wyłudzenie moich danych. Nie było na niej nic o tym, kto mnie zatrudnia, na jaki okres czasu, z jakim wynagrodzeniem ani co ja właściwie mam tam robić. Kazałam przygotować porządną wersję, bo tego na pewno nie podpiszę. No i od tamtej pory stałam się wrogiem numer jeden kierowniczki. Nic jej nie pasowało, w niczym mi nie pomagała. Przecież od pierwszego dnia powinnam znać ich system kasowy. Kiedy zapytałam o toaletę, to patrzyła na mnie jak głupia. Później liczyła mi czas, ile tam spędziłam i kazała tyle zostać po pracy! Bo przecież nie płaci mi za obijanie się. Klimatyzacja musiała jakaś być, bo przy ponad 30 stopniach na zewnątrz musiałam chodzić w ciepłej zimowej bluzie. Wciąż krzyczała, że za wolno pracuję i ona utnie mi to z wypłaty. Nie wiem z czego, bo na premię nie kazała mi liczyć, a miałam zarabiać najniższą krajową. Wytrzymałam tam całe 5 dni, o 5 dni za dużo.
Po niecałym miesiącu od całego zdarzenia zaczęłam regularnie wracać do tego sklepu. Po co? Aby się na niej zemścić. Chodzę między półkami i zawsze, ale to zawsze znajdę coś, czego nie dopatrzyła. Zamienione lub brak cen towarów, poprzekładane rzeczy, niepowykładane nowe rzeczy, przeterminowane kosmetyki, brud na półkach, brak towaru na półce, nieprzecenione rzeczy (wszystko w gazetce sklepu). Średnio co miesiąc piszę na nią skargę. Może i jestem wredna, ale za cały tydzień traktowania jak psa, należy jej się!
Kiedy mój pies przyniósł mi w zębach martwego królika, przypomniałem sobie, że rano dzieciaki sąsiada pytały, czy nie widziałem w okolicy ich króliczka.
Zostałem partnerem w zbrodni, ukryłem ciało.
Kiedyś miałem poprowadzić wykład. Przyszedłem, podłączyłem laptopa do projektora, przygotowałem sobie wszystko i skoczyłem na szybko do toalety.
Kiedy wróciłem, cała sala rozmawiała na Skype z moją mamą.
Gdy byłem mały, rodzice często zostawili mnie i moją siostrę pod opieką dziadków na weekend - zdarzało się, że była też tam również kuzynka.
Jako że byłem najmłodszy, często zdarzało mi się z płaczem biec do babci i żalić, jak to dwie starsze dziewczyny strasznie mi dokuczają.
Pewnego razu, gdy po raz kolejny przybiegłem zaryczany do babci aby się poskarżyć, dostałem od niej radę... "nie daj się, to ty jesteś facet, pokaż im, że masz jaja i nie jesteś baba".
Tak też za dobrą radą mojej babci, pobiegłem do pokoju i stojąc przed siostrą i kuzynką ściągnąłem spodnie... Nie pamiętam dokładnie co powiedziałem, ale pamiętam za to, jak obydwie wybuchły śmiechem, a ja uciekłem z płaczem do babci... Która zresztą też nie dała rady się powstrzymać, gdy jej powiedziałem co zrobiłem :D
Brzydzą mnie sesje fotograficzne noworodków. Nieważne jak ładna oprawa, jak pomysłowy fotograf, po prostu nie mogę patrzeć na te sztucznie upozowane dzieci. Kojarzy mi się to ze starymi sesjami pogrzebowymi, kiedy układano martwych ludzi do zdjęć.
Moja dziewczyna wyjechała na kilka miesięcy beze mnie. Jak się pewnie domyślacie, zdradziła mnie. Jak się o tym dowiedziałem? Otóż podróż się jeszcze nie skończyła, a ja już odnalazłem jednoznaczne zdjęcia na profilach społecznościowych jej znajomych.
Ona nie wie, że ja wiem. Rozmawiamy jak za dawnych dobrych czasów, jakby nic się nie stało. A co jest w tym najlepsze? To, że wydrukowałem te zdjęcia w formacie A1 i obkleiłem nimi CAŁE nasze mieszkanie. Trochę mnie to kosztowało, ale było warto.
Nie przemyślałem jednego. W międzyczasie rodzice do mnie dzwonili na kamerce. Za każdym razem odbierałem siedząc na kiblu, żeby nic nie widzieli. :D
Nie mogę się doczekać powrotu "mojej dziewczyny".
Dodaj anonimowe wyznanie