Opiszę wam niesamowicie żałosną historię mojego życia.
Jestem od dwóch lat mężatką. Niezbyt szczęśliwą, z racji, że mąż raczej traktuje mnie na zasadzie kury domowej. Wyjść gdzieś bez jego zgody? Awantura. Tak sobie siedzę, myślę kilka miesięcy temu o rozwodzie, no ale jakoś minęło. Zaczęło się smutne, rutynowe życie.
Z racji pewnych problemów zdrowotnych poszłam do endokrynologa. Ten zlecił badania i odesłał do endo-ginekologa. Tutaj pani doktor stwierdziła policystyczne jajniki i cykle bezowulacyjne, załamana płakałam po kątach, mąż - zero otuchy.
Tydzień temu okazało się, że jestem w ciąży. Cieszyć się czy płakać? A kij! Walczyć! Jutro pakuję rzeczy, zostawię mu USG i test ciążowy na pożegnanie razem z liścikiem i tyle mnie widział. Oto ja! Kobieta, która się ulotniła po zajściu w ciążę. Tak że nie tyko panowie tacy źli :).
Moja dziewczyna stwierdziła, że ma dość świątecznych ozdób, choinek i PRL-owskich bombek. Z tego powodu zarządziła, że w tym roku ozdobi dom „świątecznymi ANANASAMI”. Wczoraj przygotowała pierwszą sztukę i mamy już wystawionego w oknie pierwszego, całego w brokacie, serduszkach i światełkach, świątecznego ananasa.
Przynajmniej nigdy nie będzie mi się z nią nudzić.
Chwilę po tym, jak mój chłopak zapoznał mnie ze swoją rodziną, pojechaliśmy do niego w kolejne odwiedziny. Był tam też jego brat ze swoją 3-letnią córką.
Najpierw przez godzinę - przy cieście - słyszałam o trudach córki w wypróżnianiu, o konsystencji kału jaki oddaje, częstotliwości, co zwiastuje, że kupka nadchodzi itd. Jako że na dzieciach się nie znam, a słyszałam, że rodzice tak robią, to se myślę - luz.
Wszyscy wyszli z salonu, zostałam sama z bratem chłopaka, a on nagle z czystą euforią pyta córkę: chce ci się kupkę?! Ona ani nie przytakuje, ani nie zaprzecza, tylko się peszy. Na to tatuś: no to szerzej nóżki! Po chwili słyszę takie: plask, plask... Dziecko zesrało się na podłogę w salonie przy pełnej aprobacie ojca.
W życiu nie widziałam dziwniejszej akcji.
Mam 20 lat i studiuję. Od tego roku mieszkanie wynajmuję z moją kuzynką i przyjaciółką, każda z nas ma oddzielny pokój. Kuzynka jest starsza, jednak ja jestem na drugim roku studiów, a ona na pierwszym. Już od początku wiedziałam, że mieszkanie z nią nie będzie łatwe. Ona jest, delikatnie mówiąc, nieco nieporadna życiowo. Kiedy mieszkała z rodzicami miała wszystko podsuwane pod nos, serio, ona chyba sobie nigdy w życiu nie zrobiła kanapki. Myślałam, że skoro zdecydowała się na "dorosłe życie" bez mamusi obok, to trochę się ogarnie. No niestety myliłam się.
Kuzynka codziennie rano je na śniadanie płatki z mlekiem. Miliard razy pokazywałam jej jak nastawia się mikrofalówkę, żeby mogła podgrzać mleko. Nic z tego, albo budzi mnie, żebym jej zrobiła te płatki, albo je je z zimnym mlekiem. Na zakupy zawsze chodzi wtedy co ja, bo ona wstydzi się płacić przy kasie, więc tę czynność również wykonuję ja. Zawsze muszę odprowadzić ją na przystanek autobusowy, do którego droga jest bardzo prosta i zajmuje dwie minuty, no ale dziewczynka może się przecież zgubić.
Nie wspomnę, ile takich codziennych czynności muszę za nią wykonywać, albo w ilu muszę jej pomagać, bo nawet nie jestem w stanie tego zliczyć. Ostatnio jednak przebiła wszystko.
Z racji tego, że praca mojego chłopaka związana jest z ciągłymi wyjazdami, dosyć rzadko spędza on u mnie weekendy. Jednak jakiś czas temu przyjechał do mnie w piątek i miał nocować do niedzieli. Kiedy tylko przekroczył próg mieszkania, kuzynka zamknęła się w swoim pokoju i nie wychodziła z niego do momentu, aż pojechał. Rozumiecie? Trzy dni bez jedzenia, mycia się, bez załatwiania potrzeb fizjologicznych, a to wszystko dlatego, że się wstydzi - tak przynajmniej powiedziała mojej przyjaciółce, bo kiedy ja się jej zapytałam o co chodzi, to twierdziła, że się źle czuje. Oczywiście od razu wiedziałam, że kłamie, bo wówczas miałabym tysiąc nieodebranych połączeń od jej matki, a mojej ciotki, żebym się nią zaopiekowała, zapisała do lekarza albo żebym skoczyła do apteki po lekarstwa.
Całą tą sytuacją jestem już zmęczona, nie umiem spojrzeć na tę dziewczynę w pozytywny sposób, widzę tylko dziecko, które zostało potwornie skrzywdzone przez swoich rodziców, którzy "wychowali" ją w taki sposób. Czasami mam wrażenie, że mam pod opieką kilkuletnie dziecko, a przecież jest to pełnoletnia, starsza ode mnie (!) kobieta.
Jej rodzice w ogóle nie reagują na moje sugestie, zlewają temat, bo przecież nie wszyscy są tacy jak ja, są też osoby nieśmiałe. No OK, ale aż tak? W tym przypadku sprawdza się niestety powiedzenie, że z rodziną to tylko na zdjęciu.
Po przeczytaniu wyznania chłopaka, który lubi się przebierać w damskie ciuchy, postanowiłem sam opisać swoje, chyba jeszcze bardziej poryte "hobby." Anonimowo, bo nigdy w życiu nikomu bym się do tego nie przyznał.
Facet, level 26. Samotny jak palec, dlatego od lat przebieram się potajemnie w damskie ubrania, oglądam w lustrze i delektuję uczuciem kobiecości. Głównie są to eleganckie ubrania - spódniczki, koszule, żakiety, rajstopy i szpilki - kręci mnie to. Jest jednak jeszcze jeden powód tych przebieranek, który kręci mnie jeszcze bardziej.
Od dziecka wykazywałem dziwne zainteresowanie mokrymi materiałami. Przypadkowo upuszczony do wanny ręcznik, koszulka w mocnym deszczu, dziewczyny w śmigus-dyngus. Szybko okazało się, że mam bzika na punkcie fetyszu wetlook - kobiet w ubraniach pod prysznicem, w wannie, pływających w basenie czy rzece. Niesamowicie mnie podnieca sposób, w jaki mokre ubrania opinają i oklejają kobiece ciało. Moim marzeniem, rzecz jasna, jest być z kobietą, która zrozumie moje pasje i zgodzi się wziąć udział w takich zabawach. Póki co jednak, jako marny substytut, sam upodabniam się do kobiet (nietrudne, bo jestem szczupły i oprócz braku piersi mam dość kobiece kształty) i kąpię się w ciuchach. Czasami, w ciepłe noce, idę nad rzekę i tam pływam ubrany w garsonkę czy sukienkę. Oprócz wyglądu mokrych ubrań, fascynuje mnie też sposób, w jaki zachowują się pod wodą i sam fakt, że robię coś powszechnie uważanego za tabu.
Wstrząsającej puenty nie będzie, bo póki co nikt mnie nie złapał na gorącym uczynku. A póki co, jako że to wyznanie napisałem ubrany "na sekretarkę", idę się trochę pomoczyć w wannie i delektować nieziemskim uczuciem i widokiem.
Jak byłam w podstawówce, moja aktywność fizyczna była bliska zeru. Jakieś 600 m do szkoły, ewentualny WF, na którym i tak za wiele się nie ruszałam, i leniwy powrót do domu. Łatwo wywnioskować, że byłam niezłą kluską. Dlatego zaskakiwałam każdego tym, jak szybko i bez widocznego zmęczenia potrafię wbiegać po schodach.
W czym tkwił sekret? Będąc w zerówce, obejrzałam przypadkiem kawałek strasznego filmu. Od tej pory uważałam, że muszę być gotowa w razie W, jakby ktoś mnie gonił i wszedł za mną do klatki bloku, żebym bez problemu wbiegła na samą górę (mieszkam na najwyższym piętrze). Tak więc dzień w dzień biłam rekordy w przeskakiwaniu po kilka stopni z jak największym obciążeniem (plecak).
Cóż, podobno każda motywacja jest dobra, a te wszystkie memy o tym, że ktoś biega na wypadek apokalipsy zombie, mają w sobie coś prawdziwego.
W podstawówce otrzymałam pierwszą lekcję niesprawiedliwości życia. Nasza klasa brała udział w zawodach, które organizowała inna szkoła, sportowa. Jako że byłam dobra w celowaniu do tarczy rzutkami, z chęcią przystąpiłam do konkursu. Stałam w kolejce z innymi chętnymi do ustrzelenia jak najwyższego punktowo celu.
Obok prowadzącego stała dziewczyna, a on wyraźnie dał do zrozumienia, że to jego uczennica, że ma najlepszy wynik i nikt jej nie pobije. Miałam takiego farta, że praktycznie za każdym razem trafiałam w sam środek tarczy. Facet niechętnie przyznał, że na razie mam najlepszy wynik. I byłam jedną z ostatnich w tej kolejce. Przyszła pora na ogłoszenie wyników i rozdanie nagród. Moja klasa niemal wypchnęła mnie na podium, gdy padły słowa "zwycięzcą w kategorii rzutów do tarczy jest...". Jakiż był mój szok, gdy padło inne imię i nazwisko niż moje i na scenę wyszła właśnie ta dziewczyna, z której tak dumny był jej nauczyciel.
Oczywiście po fakcie nauczyciele tej szkoły "zorientowali się", że doszło do "pomyłki" i za kulisami dostałam jakąś tam nagrodę... Zupełnie dla mnie bez znaczenia... Sprawa załatwiona po cichu, ja smutna wracająca autobusem, nawet nie czułam radości z tej "wygranej". Ludzie to świnie. Facetowi po prostu było nie w smak, że zaraz po tym, jak głośno chwalił się swoim (i jego uczennicy) zwycięstwem, ktoś pokonał jego słowa czynami.
Jestem policjantem. Wczoraj dostaliśmy zgłoszenie o stłuczce, więc jedziemy. Na miejscu okazało się, że szkody były niewielkie. Mężczyzna stuknął kobietę w lewy bok. Państwu bardziej chodziło o ustalenie kto miał pierwszeństwo niż o szkody. Dlatego nas wezwali. Nawet się o to kłócili.
Jak się później okazało, państwo było małżeństwem w trakcie rozwodu. I to mężczyzna chciał udowodnić swojej żonie, że to on miał pierwszeństwo, bo on zawsze ma rację. No niestety, nie tym razem. Jak mu to uświadomiłem, zdziwiłem się jego reakcją. Przeprosił żonę i nas również za kłopot.
Szczerze mówiąc, rzadko zdarza mi się widzieć takie zachowanie, przyznanie się do winy. W dodatku małżeństwo w trakcie rozwodu.
Dodaję to wyznanie, bo od wczoraj trzyma mnie złość i wstyd jednocześnie.
Jestem na początku ciąży i pracuję, ale wczoraj naprawdę źle się czułam i szef zwolnił mnie wcześniej do domu. Auto akurat mam w naprawie, a do pracy w tym czasie chodzę spacerem, ale tego dnia było naprawdę kiepsko, więc postanowiłam te parę przystanków (trasa autobusem z domu do pracy jest naokoło, natomiast ja chodzę skrótem przez las, stad te parę przystanków) podjechać autobusem, żeby nie zasłabnąć po drodze w lesie. Usiadłam na jedynym wolnym miejscu, „jedynce” pośrodku autobusu.
Nagle wsiada ona, korpulentna starsza kobieta z dwoma siatami i równie wielką koleżanką. Stały obok mnie, więc chcąc nie chcąc słyszałam ich rozmowę, marząc tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu. Opowiadały o tym, jak od rana jeżdżą na targ, do Aneczki na kawkę, a teraz do domu zrobić pranie i jakie to one nie są zajęte w ciągu dnia.
Nagle pierwsza z kobiet zwróciła się do mnie z tekstem, że chyba jestem niepoważna, że nadal siedzę, jak one tu stoją i stoją z ciężkimi siatami, a ja im miejsca nie ustępuję. Byłam w szoku, czytałam czasem o przypadkach niemiłych moherów, ale myślałam, że to wymyślone bajki i że takie rzeczy się nie zdarzają. Odpowiedziałam pani grzecznie, że ustąpiłabym jej miejsca, ale niestety bardzo źle się czuję, jestem w ciąży i jest mi słabo - myślałam, że po tym da mi spokój.
Ona zrobiła się natomiast cała czerwona, stanęła przede mną i powiedziała, że nic jej to nie obchodzi, padło nawet słynne „trzeba było się puszczać z fagasem, który ma auto i by woził taką księżniczkę jak ty”. Jakiś młody chłopak zwrócił kobiecie uwagę, że zachowuje się co najmniej bezczelnie, więc zaczęła nas oboje wyzywać, że jak śmiemy, mnie wyzywać od puszczalskich szmat, a jego od niewychowanych gnoi. Jestem mu wdzięczna za to, że chociaż próbował, bo reszta pasażerów udawała, że nas nie widzi.
Kobieta zaczęła mnie szarpać za ramię, a mnie wzmagały się wymioty. W końcu nie wytrzymałam i puściłam na nią największego pawia w życiu. Jest mi tak wstyd... Kierowca zatrzymał się na następnym przystanku i wyrzucił mnie z autobusu, przez co miałam jeszcze dalszą drogę do domu niż zwykle. Czuję się upokorzona, czy takie zachowanie jest normalne?
Do dziś pamiętam, jak 10-letni ja zapytałem się swojej mamy, dlaczego kobiety cierpią przy porodzie. Ta popatrzyła się na mnie z politowaniem, uśmiechnęła serdecznie, pogłaskała po włosach i odpowiedziała:
- Skarbie, dlatego, że nic wartościowego nie rodzi się bez bólu.
Mądra mama :)
Dodaj anonimowe wyznanie