Nie zbieram naklejek na świeżaki w sklepie z owadem.
Moja dobra znajoma ma 5-letnie dziecko i gdy się o tym dowiedziała, to śmiertelnie się na mnie obraziła. Powiedziała, że jestem egoistką i w ogóle nie myślę o innych, bardziej potrzebujących osobach. Doszło nawet do tego, że umieściła na swoim profilu społecznościowym długi post, w którym to narzeka na swój ciężki los, że wszystko ona sama musi robić i że nikogo nie obchodzi los jej biednego synka. A wszystko dlatego, że powiedziałam, że nie zbieram i w sumie nie zamierzam zbierać tych naklejek. Oczywiście post był skierowany w moją stronę, bo udostępniła też mój profil.
Jakiś czas później sprawa przycichła, więc uznałam, że może jej przeszło. Ale gdzie tam! Napisałam do niej, chciałam jakoś załagodzić konflikt (mimo że cała sytuacja nieco mnie śmieszyła), ale usłyszałam tylko, że jej synuś ma przeze mnie depresję, bo nie może dostać tego świeżaka, którego sobie wymarzył. Generalnie to zakończyła naszą znajomość, gdyż cytuję "Ja nie mogę spotykać się z osobą, która krzywdzi moje dziecko! Chyba że zmienisz zdanie, to wtedy zastanowimy się razem z Krzysiem (imię chłopca zmienione), czy dać Ci drugą szansę".
Po tych słowach stwierdziłam, że chyba rzeczywiście nie ma sensu dalej ciągnąć tej znajomości. Szkoda tylko, że jakiś głupi pluszak pokazał, jak bardzo krucha była ta znajomość...
Musiałem pojechać z dzieckiem do szpitala, bo... uwaga... wypiło olejek do opalania, ponieważ zobaczyło na jutubie filmik, w którym jakiś koleś zapewniał, że po wypiciu olejek będzie się wypacał i równomiernie rozprowadzał po całym ciele. Rozumiecie to? To teraz uwaga. To moje dziecko ma 16 lat i na imię Konrad.
Błędem było to, że najpierw pokazałem ojcu profil mojej dziewczyny na Fejsie, a dopiero potem przyprowadziłem ją do domu. Ojciec nie mógł przestać drzeć łacha z jej kaczych-dzióbków z Fejsa i ciągle docinał tekstami typu "Nie dawaj jej chleba, bo jej napuchnie w brzuchu i umrze", śmiejąc się przy tym do rozpuku.
Było tu wyznanie o kolorowym piątku...
W moim zespole szkół również był on obchodzony. Był apel, pogadanka, nawet przedstawienie. Wszystko po to, by szkoła była tolerancyjna. Tego samego dnia, jak zawsze, byłam dręczona przez uczniów. Trwa to od dawna, nauczyciele wiedzą, ale mają to w nosie. Ojciec zazwyczaj leży pijany (co właśnie jest powodem szykan), a matka jest zbyt znerwicowana, więc nawet by ich to nie obeszło.
Szykany trwają codziennie, czasem są wyszukane, czasem to zwyczajne wyzwiska. W kolorowy piątek wspięli się na wyżyny swojej pomysłowości i wręczyli mi żyletkę. Kazali mi się zabić, bo nikt nie chce mnie na tym świecie, ktoś taki jak ja nie zasługuje na to, by żyć. Po raz pierwszy od dawna się rozryczałam się z bezsilności. Nauczyciele udawali, że nie widzą.
Dzisiaj dostałam drugą żyletkę, jeszcze bardziej dobitnie mi wyjaśniono, że mam się zabić, bo nikt mnie nie chce. Tym razem przyjęłam to ze spokojem. Taka szara myszka jak ja jest zbyt mało medialna, by ktoś przejął się tym, że dzień w dzień jest gnojona.
Mój komentarz do historii o nauczycielce, co to została wydalona z zawodu - nie lubię jak ktoś aż tak zmyśla, więc wyjaśnię coś.
Po pierwsze - aby móc wejść do szkoły z ramienia kuratorium trzeba być wizytatorem, a nie inspektorem.
Po drugie - aby zostać wizytatorem trzeba być nauczycielem i mieć przygotowanie pedagogiczne - tego się raczej nie ma po prawie administracyjnym (pomijając że kierunek studiów to albo prawo, albo administracja, bo prawo administracyjne jest tylko jedną z gałęzi prawa - zwykle w toku studiów trwa do dwóch semestrów).
Po trzecie - wizytatorzy nie przeprowadzają wywiadów tylko kontrole, ewaluacje, monitorują lub wspomagają (rozporządzenie w sprawie nadzoru pedagogicznego).
Po czwarte - kurator nie wydaje polecenia wszczęcia postępowania dyscyplinarnego, tylko ewentualnie polecenie wszczęcia postępowania wyjaśniającego, bowiem o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego decyduje na posiedzeniu niejawnym skład orzekający (3-osobowy) komisji dyscyplinarnej przy wojewodzie (owszem, wchodzą w jej skład także wizytatorzy (a nie niepedagogiczni pracownicy kuratorium), ale również nauczyciele szkół z terenu danego województwa).
Po piąte - nawet za romans z uczniem nie wydala się z zawodu nauczycielskiego. Owszem można zostać zwolnionym z zakazem wykonywania zawodu w określonym czasie, ale na pewno nie wydalonym - orzecznictwo Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej dla Nauczycieli przy Ministrze Edukacji Narodowej nie zna takich przypadków.
Zatem brak jest faktycznej i prawnej możliwości, aby to autorka wyznania mogła podjąć decyzję o wydaleniu z zawodu nauczycielskiego. I trudno mi uwierzyć, żeby pracownik kuratorium (czy to wizytator, referent czy inny specjalista) nazwał się kuratorem (patrz cyt. "rozpoznała mnie jako ową kuratorkę).
Zatem pomarzyć dobra rzecz i jak ktoś słusznie w komentarzach zauważył - najważniejsze, że plusy lecą, a nauczycielka płacze. Choć chyba nie o to na tej stronie chodzi...
Czy pieniądze dają szczęście?
Kiedyś myślałam, że nie. W sumie dalej tak myślę, tylko nie w 100%. Ale po kolei.
Jestem młodą mamą, razem z partnerem wynajmujemy mieszkanie. Spłacamy drobną pożyczkę. Żyjemy skromnie, ale ani my, ani dziecko głodne nie chodzi. Starcza nam, jak to się mówi, od pierwszego do pierwszego, czasem zdarza się, że jesteśmy zmuszeni pożyczyć drobną sumę, którą zaraz po wypłacie oddajemy. Oszczędzamy jak tylko możemy, zero nałogów, zbędnego wydawania pieniędzy na coś, czego nie potrzebujemy.
Co w tym anonimowego?
Mimo tego całego oszczędzania, wystarcza nam na naprawdę niezbędne minimum. Moim marzeniem na chwilę obecną jest kupienie sobie czegoś, ale czegoś takiego tylko dla siebie. Wejść do sklepu i kupić bluzkę, która mi się po prostu spodoba, a nie tylko dlatego, że akurat jej potrzebuję. Nigdy za specjalnie nie miałam parcia na posiadanie dużej ilości ubrań i butów, ale w tym momencie posiadam 4 pary butów, na zimę, jesień, klapki na lato i adidasy, które zostały zakupione na bazarku i służą mi kolejny sezon. Za każdym razem gdy któreś zakładam jest mi cholernie smutno, że mimo ciężkiej pracy nie mogę pozwolić sobie na jakąś małą zachciankę.
Dla niektórych może wydawać się to błahym problemem, ale mi to nie daje spokoju, czuję się fatalnie z tym, że skarpetki zaszywam, bo boję się wydać kilka złotych, których może mi później zabraknąć.
Podsumowując, pieniądze czasem mogą dać szczęście. A dziurawe skarpetki doprowadzić do płaczu.
Cześć! Tutaj striptizerka-dziewica. Chciałabym opowiedzieć o tym dlaczego ktoś, kto nie ma żadnego doświadczenia seksualnego, zajmuje się tak intymną profesją.
Otóż mam 19 lat, a w klubie pracuję odkąd skończyłam 18. Jestem tam striptizerką, czyli tańczę na głównej sali i na salach prywatnych, zdejmując przy tym galoty. Jak to się stało? Otóż nigdy nie miałam jakiegoś wielkiego powodzenia u płci przeciwnej. Ba, nawet wcale. Nie to, żebym była jakaś wybitnie brzydka, bo nie byłam i nie jestem, ale to pewnie sprawka jakichś demonów czy innych czarownic. Wiele razy wychodziłam z inicjatywą - jestem dość kochliwa, więc moich "wybranków na całe życie" miałam wielu, ale niestety zawsze kończyło się odrzuceniem. Wciąż jestem młoda i nie wątpię, że kiedyś trafi swój na swego, ale jest jeden problem, a mianowicie moje fantazje. Moja miłosna klątwa sprawiła, że nigdy nie dane mi było trzymać faceta nawet za rękę, a ja jako dorastająca nastolatka czułam potrzebę za bliskością (seksem rzecz jasna). Zaspokajałam się ile mogłam, ale ciągle czegoś mi brakowało. Moja wyobraźnia jest bardzo wybujała i na samą myśl rozbierania się przed wieloma osobami czułam motyle w brzuchu. Zanim zaczęłam pracę spędzałam godziny na rozmyślaniu i napalaniu się na to, co mogłoby się dziać w takim klubie, żeby było jasne - miałam pociąg do rozbierania się i tańca, a nie prostytucji - to jak dla mnie za dużo. Kiedy skończyłam 18 lat, postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywistość choć trochę jest taka jak moje oczekiwania i wysłałam swoje zdjęcia do kilku największych klubów w Warszawie. Na odzew czekałam chwilę, bo już po 3 dniach miałam swój dzień próbny. Na rozmowie nie pytano mnie o sprawy prywatne, tylko o to, czy połączę szkołę dzienną z nocnym życiem i czy nie czuję skrępowania przed rozbieraniem się. Miałam troszkę wątpliwości, ale podpisałam umowę. Rodzice nie wiedzieli, ponieważ pracują na delegacjach i łatwo było mi to zataić. Szkoła też nic nie podejrzewała ;)
Pierwszego dnia nie szłam na prywatkę. Oswajałam się z miejscem i nawet weszłam kilka razy na podest. Wiecie co? Spodobało mi się. Z każdą kolejną zmianą byłam coraz śmielsza, a teraz jestem jedną z najlepszych tancerek. Chodzę na pokoje, gdzie rozbieram się cała, kuszę, uwodzę, ale nigdy nie pozwalam na nic więcej. Było kilka niebezpiecznych sytuacji, ale na szczęście ochrona zawsze przybywała na czas. Skończyłam szkołę i wyprowadziłam się z domu. Wszyscy myślą, że jestem barmanką w pubie, a tak naprawdę zbijam niesamowite pieniądze na tym co lubię - na rozbieraniu się.
Uprzedzając pytania - nie zamierzam się tym zajmować do końca życia. Pociągnę jeszcze z 2 lata, a potem chcę założyć własną cukiernię.
I tak, jestem niewyżytym dzieckiem, ale spełnionym i z dużą ilością pieniędzy. Kocham to.
Wybrałem się ostatnio na zakupy, żeby nabyć kilka podstawowych produktów żywnościowych. Sięgam po mleko, aż tu nagle zza moich pleców wyskakuje babuleńka. Babuleńka wyrywa mi mleko z rąk, aby po chwili rzucić się do szaleńczego biegu. Zdziwiony i zrezygnowano sięgnąłem więc po masło i - tym razem byłem jeszcze bardziej zaskoczony - ta sama babuleńka podeszła do mnie i zaczęła nawijać coś w deseń "jestem już w podeszłym wieku, reumatyzmy łupią, to już nie te czasy, kiedy schylać się można" i ładnie przeprosiła za wyrwanie mi mleka.
Z powagą słuchałem, coby babuleńce nie robić przykrości, mam słabość do staruszek.
Dopiero po podejściu do kasy wydał się prawdziwy powód szaleńczego biegu i zagadania mnie przez babuleńkę. Mój portfel, leżący wcześniej w koszyku, magicznie zniknął, pojawiając się na podłodze przy wyjściu z drugiej kasy, gdzie najwyraźniej zostawiła go zdenerwowana babuleńka, widząc jego zawartość.
Czyli dwie gumki i bon do kręgielni :)
Nie wiem co robić. Opowiem wam, jak polityka niszczy mi życie.
Mam 25 lat, brak stalej pracy. Super chłopaka. Nigdy nie lubiłam dzieci. Boję się ich i nie lubię się nimi zajmować. W środku wiem, że dzieci nigdy nie chcę mieć.
Historia właściwa:
Mam cukrzycę i przez to musiałam zrezygnować z tabletek anty. Rozmawiałam z wieloma ginekologami i każdy powtarzał, że w Polsce nikt nie założy mi spirali przed urodzeniem 1 dziecka. Z racji wieku podwiązanie również nie wchodziło w grę.
Pękła gumka. Spojrzałam na kalendarz, duża szansa na zajście. Moja lekarka ginekolog wyjechała. Był piątek wieczór. Żaden ginekolog nie chciał mnie przyjąć prywatnie, tłumacząc, że to nie jest "nagła sytuacja typu komplikacje w ciąży albo poronienie". Pojechałam do szpitala na oddział gin-położniczy. Lekarz mnie wyśmiał mówiąc, że on nie wypisuje takich zaświadczeń, bo "nie zna pacjentki" i "sumienie mu na to nie pozwala". Rozryczałam się i pojechałam na dyżur nocny (pomoc świąteczna), internista mnie olał mówiąc, że nie ma uprawnień i tylko ginekolog może wystawiać takie zaświadczenie. Jeździłam od drzwi do drzwi i nikt nie chciał mi pomóc. Dopiero we wtorek znalazłam receptę, którą zamówiłam przez internet. Rozumiecie to? Tyle się mówi, że każdy lekarz ma prawo wypisać receptę. Nic z tego! Jeden lekarz wprost mi powiedział, że "oni się muszą z każdej takiej tabletki tłumaczyć wyżej i nie na rękę im to". OK, mam receptę. W promieniu 50 km znalazłam w końcu aptekę, która ją zrealizowała. I wiecie co... Było już za późno. Kiedyś na rynku były dostępne dwa rodzaje tabletek. Te, które nie dopuszczały do zapłodnienia i te, które nie pozwalały zagnieździć się zarodkowi. Ja wzięłam te 1. Nie działają w przypadku już zapłodnionej komórki...
Jestem w niechcianej ciąży. Nie chce mi się żyć. Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nie obwiniam nikogo, bo do łóżka sama poszłam. Pragnę zaznaczyć tylko, że jeżeli już powinie się noga, to często nikt Wam nie pomoże.. A to sprawka obecnej polityki, która kladzie nacisk na rodzenie i ograniczanie swobód kobietom.
Kiedyś w pubie strasznie zachciało mi się siku. Ale zonk, kolejka na 20 osób do jednego klopika, a ja muszę teraz, już, natychmiast! Dzielnie stoję, ale mocz już niemal leci mi po nogach. To nie tak, że głupia jestem i idę do kibelka w ostatniej chwili... pozostaje mi wierzyć, że wiecie, jak to jest po 6 piwach, albo jesteście bardzo wyrozumiali/ mieli zapalenie pęcherza/byli w ciąży (bo podobno wtedy strasznie siada pęcherz).
Poprosiłam obecne w knajpie, wysiusiane wcześniej kobitki o pomoc, bo mi podpaska przecieka, przepuścić nikt mnie nie chciał mimo gorących, błagalnych próśb, co tu robić? Panie solidarnie, odwrócone tyłem i z solidnym dystansem odcięły dostęp i widok do pomniejszej niszy (knajpa była w piwnicy z wieloma zakamarkami), a do tego zaczęły śpiewać, by mnie nie krępować ew. odgłosami. Jako że cały czas miałam mój kufel z resztkami piwa, piwo wypiłam, super cicho po ściance nasikałam do kufla i serdecznie im podziękowałam, po czym wyszłam "na papierosa" na ulicę i po chichu wylałam "piwo" do kanalizacji.
Kufel na siłę odkupiłam od barmana, bo niby kolekcjonuję. Do dzisiaj, od 10 lat, gdy mój mąż siedzi w kibelku drugą godzinę, a ja MUSZĘ siku, korzystam z tego kufla. Nie wolno go tykać ani z niego broń Boże pić, bo to starodawny kufel, święta pamiątka...
Dodaj anonimowe wyznanie