#gwfW6
Zaczęłam sadzić okrutne cichacze, oczywiście nie przyznając się, że to ja. Tata na początku bez większego przejęcia komentował "Ale zaśmierdziało... To chyba z pola", a przy kolejnym cichaczu "Co to znowu tak wali? Zesrałaś się?". Oczywiście się nie przyznałam. Parę kolejnych cichaczy przeszło mimochodem, bo akurat okno było otwarte, jednak po cichaczu mordercy ojciec już nie wytrzymał. Zatrzymał się na pierwszym lepszym poboczu, wysiadł z samochodu i poszedł otworzyć tylne drzwi, przy czym zarzucił tekstem "wypierdalaj srać". Wygonił niczemu winnego zaspanego psa z samochodu. Psisko nie wiedziało o co chodzi, po czym wróciło do samochodu dalej spać, a ja stwierdziłam, że skoro i tak już wina jest na psa, to sadziłam cichacze prawie do końca podróży.
Pies już dawno nie żyje, ojciec nie raz wspomina o tym, jak Tina waliła bąki w aucie, a ja się do tej pory nie przyznałam, że to byłam ja.
Przypomniało mi się jak pojechałam kiedyś z mamą, jej przyjaciółką i córką przyjaciółki na wakacje do mojej cioci, która mieszkała wtedy nad morzem. Cioci suka akurat miała młode i córka przyjaciółki mojej mamy chciała jednego wziąć, więc w drodze powrotnej towarzyszył nam mały szczeniak. Jechaliśmy jakieś 9 godzin i przez całą drogę puszczałam śmierdzące bąki. Wszyscy myśleli, że to pies i koleżanka nazwała go z tej okazji Shrek xD Shrek staruszek żyje do dziś i wciąż nikt nie wie, że to byłam ja.
Shrek wie.
A się uśmiałam w głos, mąż jak na głupią patrzy:)
Pies nie żyje, bo już się nie przebudził?
Zagazowany
Pies z Jerozolimy?
"wypierdalaj srać" śmiechłam srogo 😂
Myślałem, że na koniec się zesrałaś i się wydało, że to jednak ty sadziłaś bączory.
Pies, jak rozumiem, został zagazowany?
Śmiechłam. Też miałam psa, a co za tym idzie, bezkonsekwentną możliwość zwalenia winy za pierdy.
A otoczenie nie dziwi, że psa już nie ma, a dalej śmierdzi "jego" pierdami co jakiś czas? 😂
Przyjechałem do domu na Wszystkich Świętych. Pora wieczorna, głodny jak wilk więc inspekcja lodówki i bingo! Jajecznica będzie. Mamuśka jeszcze do mnie z tekstem "cebulki sobie weź, w piwnicy jest, z domowego ogródka". Więc tak uczyniłem. Jajecznica na cebulce, pełna patelnia. Na drugi dzień z rana jedziemy odwiedzić cmentarze. Ja za lejce, rodzicielka z boku, chryzantemy z tylu. Niestety jajecznica (albo bardziej cebula) zaczęła się odzywać wygrywając w brzuszku marsze żałobne. Po chwili salwa cichaczy. Ale nie takich zwykłych- takie że aż się ciepło robi pod siedzeniem. Kiedy gazowa mieszanka jajowo-cebulasta dotarła do moich nozdrzy uświadomiłem sobie że mimo iż jestem hydraulikiem i na zapachy jestem uodporniony tego testu nie przejdę. Okno na full, oddychaj ustami, dasz radę. Ja wytrzymałem (jakieś 500 metrów było do cmentarza czyli do miejsca w którym można bezpiecznie opuścić komorę gazową i zapalić. Tak, nawet się zapalić bałem w aucie, co by nie spłonąć). Mamuśka jednak nie wytrzymała. Otwarcie okna nie pomogło, zawiesina była cięższa niż świeże powietrze. Ps. Na szczęście miałem gumowe wycieraczki. A orzygany bok auta dało się ogarnąć na myjni. Mamo przepraszam!
Tata swoje wie :)
Nie chciał psuć ważnych relacji podczas jazdy, więc zawalił na psa. Zresztą nie ważne, nadzieja umiera ostatnia ;)
Popłakałam się ze śmiechu 😂😂
Dobrze, że ojciec nie zjechał do rowu.