#GrMiw

Mam 14 lat i od pewnego czasu czuję się bardzo zagubiony w życiu. Zauważyłem, że zaczęli podobać mi się chłopcy, a na dziewczyny patrzę obojętnie. Nie jestem z tego powodu szczęśliwy, przede wszystkim dlatego, że chciałbym mieć w przyszłości zwyczajną rodzinę z dziećmi, ale przecież nie zapowiada się na to skoro nie podobają mi się dziewczyny.



Przez to moje samopoczucie i samoocena leżą bardzo nisko. Nie wiem zupełnie co mam robić, z każdym dniem czuję się z tego powodu gorzej. Wiem, że mnóstwo moich znajomych czyta anonimowe, ale wątpię żeby ktokolwiek się domyślił że to akurat ja, bo z pozoru nie wyglądam na kogoś kto gustuje w chłopakach. Nie wiem co mam zrobić...

#br39Y

Przeżyłem historię jak z filmu.

Widziałem ją kilka razy w życiu, 2 lub 3. Byliśmy w tych samych miejscach, ale nie poznaliśmy się nigdy osobiście. Zapadła mi w pamięć. Po kolejnym razie gdy ją widziałem, chciałem spróbować ją odszukać. Wiedząc, że jest z innego miasta, ale skoro się widzieliśmy, to mamy wspólnych znajomych itd. Nie mogłem jej odszukać, zero śladu w internecie, głupio wprost wypytywać znajomych. Pogodziłem się, ale nie zapomniałem. Minęło ponad 1,5 roku, w międzyczasie przeprowadziłem się do innego miasta.

Ostatnio poznałem w internecie dziewczynę, z którą okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Nie czekaliśmy długo i umówiliśmy się na spotkanie.
Oczom nie uwierzyłem, kto przyszedł. Ona.
Uczucie jak spełnienie marzenia, do dziś mi ciężko uwierzyć w aż taki przypadek.

Długo spacerowaliśmy, spędziliśmy cały wieczór razem w romantycznej atmosferze i świetnie się czuliśmy ze sobą.
Naprawdę, to jeden z lepszych dni jakie miałem w całym tym roku.
Nasze spotkanie zakończyło się obietnicą następnego, a ja nadal w to nie mogłem uwierzyć.
Przegadaliśmy jeszcze trochę do nocy i padłem.
Następnego ranka zajrzałem w telefon - są wiadomości, to nie był sen.

Rozmawialiśmy chwilę o wieczornym spotkaniu, trochę o następnym. Odważniej, kiedy wiedzieliśmy, że oboje nadajemy na tych samych falach.


Aż poczułem strzał w pysk. Następnego nie będzie, bo przecież ona ma kogoś.
"Chce odejść, ale nie może" i wszystko to dosłownie jak w filmach, które każdy z nas oglądał. Wiecie co potem... "przepraszam" i zerwany kontakt.

Przeżyłem historię jak z filmu, ale gdzie moje szczęśliwe zakończenie...?

#fQBWF

O mojej pierwszej galopującej satysfakcji w nowej pracy, jednakże parę słów wstępu celem nakreślenia sytuacji. 
Z różnych względów, od paru krótkich miesięcy stałem się dumnym pracownikiem popularnej sieciówki z zielonym płazem w logo. Mimo że do pracy zdążyłem się przyzwyczaić, to pojawił się jeden problem, jakim jest brak asertywności. Ciężko mi zwyczajnie sprzeczać się z klientem, ze strachu, że a nuż będę nieuprzejmy czy coś, pójdzie zgłoszenie, punkty polecą na weryfikacji i szef będzie musiał bulić zielone a ja dostanę rykoszetem. 

O ile większość klientów jest wspaniała - da się pożartować, porozmawiać czy pośmiać - to jest parę osóbek z którymi mam problem.
Z racji że sklep jest naprawdę miniaturowy - nie mamy zwyczajnie gdzie trzymać butelek po piwach. Dodatkowo, nasz sklep to spożywczy jest chyba tylko z nazwy, bo alkohol zajmuje tyle samo miejsca co reszta produktów. Na drzwiach wejściowych wisi, więc jak byk formułka - BUTELKI TYLKO NA WYMIANĘ. Nie dlatego, że my za nie płacimy - lecą do mycia przy dostawie i koszt odlicza się od następnej dostawy - ale dlatego, że wolnego miejsca w skrzynkach mam tylko tyle, ile zejdzie piw. O ile większość osób to rozumie (jak ktoś nie przesadza to też nie robię problemów, kupując przykładowo 4 piwa, a oddając 6 butelek, nikt by się na nikogo nie krzywił), to w bezpośredniej bliskości mojego sklepiku, mieszka pani X. 

Koleżanki przestrzegają, że kradnie (od towaru przez prywatne papierosy sprzedawców, które nieopatrznie znalazły się w zasięgu jej rąk i poza zasięgiem naszych oczu), ma się za sympatyczną i uczciwą (mimo że kamery w jej poprzedniej pracy pokazują co innego). Do niedawna, żeby mieć spokój - pozwalałem jej czasem jakąś jedną butelkę czy te złotówkę donieść jak jej zabrakło. Szef mnie wyśmiewał, koleżanki patrzyły z niesmakiem wręcz (wspominałem o braku asertywności?). Jak dla mnie jednak, łatwiej było przymknąć oko, otworzyć własny budżet i czekać aż tylko nadejdzie dzień, gdy ze słowa się nie wywiąże. Parę tygodni temu, czas wreszcie nastał - miała donieść ze dwa złote do końca mojej zmiany, co jej się nie udało. Niby jestem 2 orzełki do tyłu, jednak uzyskałem w końcu coś czego wyczekiwałem. 

Od tamtej wizyty minęły niemal dwa tygodnie, po których myślała chyba że już zapomniałem. Wchodząc radośnie do sklepu z pełną reklamówką butelek, układa parę produktów ma ladzie i bierze trzy piwa - ja zaś kulturalnie ją kasuję. Jej miny gdy ze smutkiem kiwałem głową mówiąc iż zawiodła moje zaufanie więc moralność nie pozwala dłużej iść jej na rękę, jej rymowanki wyzwisk i gróźb że narobi mi kłopotów u szefa itd. po tym jak z ogromnym uśmiechem zapytałem czy oddać jej naście butelek czy bierze tyle piw więcej - nie zapomnę. Pierwszy raz w życiu miałem to wspaniałe uczucie, że pomogłem karmie wrócić.

#7PiUb

Kiedyś byłem na 5-dniowym szkoleniu w Krakowie. Za nocleg płaciłem sam, więc wybrałem tani hostel na Miodowej. Łóżka były niewygodne, do tego cały dzień spędzałem przy komputerze. Rozbolały mnie plecy i w żaden sposób nie mogłem pozbyć się tego uciążliwego bólu. Codziennie wracając do hostelu mijałem saunę i pomyślałem, że wygrzeje sobie porządnie plecy i ból pleców minie. Odwiedziłem wreszcie saunę. Wytrzymałem w niej dosłownie 10 minut. Nie z powodu temperatury, choć jak się okazało w saunie było "gorąco".


Porządnie zaparowane pomieszczenie, głęboko i donośnie wzdychający mężczyźni. Około 12 mężczyzn. Gdy opadła para, zobaczyłem cóż tam się wyczynia i zacząłem się obawiać że wygrzeją mi odbyt, a nie plecy. Wybiegłem w popłochu.
Ps. Przegooglowałem, że sauna Spartakus jest kultowym gejowskim miejscem na mapie Krakowa... bez jednej tęczowej flagi. Taka pułapka.
Ps2. Gdy opowiedziałem tą historię rodzinie, szwagier Tomasz zaczął porozumiewawczo puszczać do mnie oko.

#5ao9N

Rozmowy małe i duże na przerwie pracowniczej.
Temat dotyczył prezentów świątecznych. Koleżanka opowiada, że nie nie miała pomysłu na prezent dla swoich dziewczynek, więc pogadała z nimi i ostatecznie wybrały się na zakupy i kupiła dziewczynkom staniki. Bo chciały. Same wybrały wzory, modele itp., ona tylko zapłaciła.
Zapytałam, ile dziewczynki mają lat (obstawiałam przedział 12-17 lat max). Dziewczynki mają lat 26 i 30...

Jak widać, dzieckiem dla swoich rodziców jest się do końca życia :)

#U6VFE

Mam 25 lat i wszystko zaczęło się dawno temu. Zostałem hazardzistą. Jak to bywa, na początku było dobrze, wygrałem sporą ilość gotówki, bo ponad 70 tysięcy złotych. Niestety roztrwoniłem wszystko dość szybko, zapożyczyłem się, żeby grać, a przegrywałem kolejne pieniądze, bo liczyłem na szybki zarobek... Teraz mam bardzo dużo długu, komornika na karku, dodatkowo ukradłem pieniądze swoim rodzicom. Nie potrafię sobie spojrzeć w twarz. Byłem w rozsypce, nie pracowałem, tylko myślałem skąd wziąć pieniądze, żeby odbić się od dna... Nie rozliczałem podatków, miałem problemy z urzędem skarbowym, straciłem zaufanie i zawiodłem bardzo dużo ludzi.

Kilka miesięcy temu poznałem kobietę swojego życia, dla niej staram się przestać grać. Jest to ciężkie i nie zawsze się udaje. I choć wyprostowałem sprawy w skarbówce, pracuję i zbieram na długi, to boję się przyznać do mojej przeszłości, która się za mną wlecze.

#IkpqO

Mamy z moją partnerką dzieci w liczbie sztuk 3. Moja luba jest teraz na urlopie macierzyńskim z najmłodszą pociechą. Oboje jesteśmy aktywni zawodowo. Ja zarabiam prawie 2 razy więcej niż ona. Ale pracuję też 4 razy więcej.

W normalnych okolicznościach radzimy sobie ze wszystkim sami. Ostatnio jednak mamy trudności w dopięciu grafików. Poprosiliśmy rodziców z jednej i drugiej strony o pomoc w opiece nad juniorem, kiedy żona chodzi na treningi i zajęcia dodatkowe ze starszymi pociechami (młody chorował, a później nie chcieliśmy go ciągnąć wieczorami na chłód). Ja mam niestety straszny zapieprz w pracy i jestem w robocie na okrągło (6-7 dni w tygodniu po 10-12 godzin). W ciągu roku zdarza się to raz na 2-3 miesiące i trwa ok. 2-3 tygodnie. W pozostałe dni pracuję dużo mniej i dzielimy się obowiązkami.

Moja luba normalnie daje sobie ze wszystkim radę, ba! Potrafi nawet wziąć dodatkowe zlecenia, żeby sobie dorobić przy maluchu.

Ale ostatnio miała gorszy dzień i pożaliła się przy niedzielnej kawie, że ma już dość mojej ciągłej nieobecności.

I wiecie, co usłyszała zarówno od moich, jak i od swoich rodziców? Że jest niewdzięczna, bo po to ja pracuję, żeby nam było lepiej. Że przecież jej pomagam jak jestem w domu. A poza tym to oni nie wiedzą, co ona robi całymi dniami, bo mamy w domu straszny bałagan. I że ma jakieś fanaberie z tymi zleceniami. A jak oni potrzebują mojej pomocy, to ja wiecznie się wykręcam tym, że zajmuję się dziećmi.

Żona ma anielską cierpliwość, więc spokojnie wytłumaczyła, że bierze zlecenia bo za 4 dni pracy, po kilka godzin, ma ekstra pensję, którą odkłada na konto oszczędnościowe. I że nikt nie pomaga jej w tym czasie przy dzieciach, więc obowiązki domowe na tym cierpią. Ale później to wszystko nadrabia. I nie jest na moim utrzymaniu, bo ma pieniądze z macierzyńskiego. Poza tym nasze dzieci są zarówno jej, jak i moje, więc nie robię łaski, że się nimi zajmuję i o nie dbam.

I co? Do mojej teściowej dotarło. Ale do mojej mamy już nie. I jest FOCH.
Mamy nauczkę, żeby nie prosić rodziców o pomoc, bo utwierdza ich to w przekonaniu, że mają prawo komentować i wchodzić z buciorami w nasze życie. I skończą się też chyba drobne przysługi, jakie dla nich robimy, skoro okazuje się, że to już jest naszym obowiązkiem rzucać wszystko i pędzić na pomoc.

#xlrim

Mieszkam w małym miasteczku. Pracuję w tzw. "budżetowce ". Ogólnie moja praca polega na robieniu niczego. Po prostu mam siedzieć przy biurku 8 godzin i już, nic więcej. Nikt mnie nie kontroluje, nie sprawdza siedzę cały czas sam. 

Mogę 8 godzin przespać, przegrać na kompie i nic się nie stanie. Zarobki jak na małe miasteczko wydają się dobre. Ogólnie prawie starcza do pierwszego (utrzymuje swoją żonę i dzieci) Ale... Wydaje mi się, że w jakiś sposób życie zawodowe przecieka mi przez palce. Nie wiem co o tym myśleć. Czasami mam myśli, że powinienem wyjechać gdzieś za granicę lub do większego miasta żeby zarobić lepiej, ale zaraz pojawiają się myśli "gdzie ja znajdę drugą taką pracę"...

#B26TR

Lubię smak kleju na kopertach i znaczkach. Zlizuję go, a potem używam zwykłego w sztyfcie do zaklejania.

Lubiłem też klej o nazwie "Guma arabska", w szklanym słoiczku z gumową końcówką, która zawsze była usyfiona niemiłosiernie. Z tego kleju robiłem paski na papierze i jak wysechł, to zlizywałem udając, że to koperta.
Dodaj anonimowe wyznanie