W drodze do szkoły szłam sobie dość rzadko uczęszczanym skrótem. W czasie mojego melancholijnego spaceru zerknęłam odruchowo w prawo, a z racji tego, że w Anglii firanki czy zasłonki na okna nie są zbyt częstym zjawiskiem, miałam doskonały widok na 55-calową plazmę i film dla dorosłych na niej. No niby nic, sama czasem oglądnę, każdy ma do tego prawo, więc idę dalej.
Nagle coś uroiło mi się w moim niewyspanym, poniedziałkowym mózgu, zawróciłam i przez chwilę z oddali przyglądałam się całemu pomieszczeniu. Koło telewizora stała byle jaka choinka, a nad nim obrazek z Jezusem... Niewiele myśląc podeszłam do okna i zapukałam w szybę, wystraszony i zdezorientowany facet spojrzał na mnie, a ja z bananem na twarzy pomachałam mu palcem, że nieładnie. Na koniec wskazałam na zdjęcie Jezusa i na migi pokazałam mu, że go widzi. Facet był mega zmieszany i cały czerwony na twarzy. Żeby przypadkiem nie dostać, za przeproszeniem, zjebki, wzięłam dupę w troki i uciekłam.
Tak a propos, chodzę do jednej z największych szkół katolickich w mieście, a ze względu na to, że jestem seniorem, miałam jeszcze mundurek z logo szkoły, który raczej każdy rozpoznaje... Pewnie pomyślał, że mam manię na punkcie grzechu i Jezusa.
Na szczęście facet miał na sobie koc ;)
Nie wiem jak skomentować to, co mi se przytrafiło, po prostu brakuje mi słów.
Mam półroczne dziecko, gdy wracaliśmy ze spaceru maluch smacznie sobie spał. Przechodziłam drogą pod samymi kamienicami i nawet nie wiem kiedy do wózka wpadł niedopałek papierosa. Szybko zareagowałam i na szczęście skończyło się tylko na przepalonym kocyku i lekko zniszczonym kombinezonie oraz niewielkiej dziurze w wózku.
Gdyby nie to, że jest już zimno, gdyby to zdarzyło się latem, dziecko skończyłoby z poparzeniami. Przecież taki niedopałek wyrzucony z okna może zrobić komuś krzywdę, spaść na głowę. Dlaczego niektórzy w ogóle nie myślą?
Byłam kiedyś z moim narzeczonym i grupką znajomych na piwie. Zabawa trwa, piwo się leje, śmiejmy się grając w karty przeciwko ludzkości, jednak sielanka musi się kiedyś skończyć. Rozeszliśmy się do domów, powrotu nie zapomni nigdy żadne z nas.
Z moim M. nie mieszkaliśmy wtedy razem więc odprowadzał mnie do domu rodziców przez park, o chwała bogom, że akurat tamtędy! W pewnym momencie zaczął boleć mnie brzuch, kiszki grają marsza, ja prawie płaczę i czuję, że nadchodzi laksa stulecia... Myślałam, że dam radę do domu, myliłam się... Mówię, kotku nie dam rady zesram się, masz jakieś chusteczki? Niestety mój rycerz nie miał, więc powoli godziłam się z kleksem w spodniach. Jednak rycerz miał plan inny, zdjął skarpetki i kazał mi lecieć w krzaki! Jaka ja mu wdzięczna za te skarpetki wtedy byłam! Zrobiłam swoje, myślałam, że razem ze sraczką wyleciała ze mnie dusza i pół jelit, ale przeżyłam.
Wszystko byłoby okay, gdyby nie fakt, że krzaki które wybrałam, były centralnie odsłonięte na alejkę, zaraz obok lampa, a odgłos siarczystego bąka niósł się na 3 kilometry. Uciekliśmy stamtąd szybko, nie oglądając się za siebie. I tak oto do dziś mamy ulubioną historię o Aduni srającej przy alejce, podcierającej się skarpetami dzielnego rycerza.
P.S. Mój luby zesrał się w spodnie wracając autobusem ode mnie, a cała paczka znajomych miała ten sam problem z atakiem sraczki. Więcej nie poszliśmy do tego pubu, ale dalej wszyscy się śmiejemy, że napadła nas zagłada jelitowa. :D
P.S.2. Okazało się potem, że oboje mieliśmy chusteczki.
Pewnego jesiennego dnia wracałam od koleżanki z sąsiedniego miasta do domu. Miałam tak połamane autobusy, że na styk byłabym o wyznaczonej godzinie powrotu w domu. Było już ciemno, a autobus o tej godzinie nie jechał standardową trasą tylko objeżdżał po drodze kilka wiosek...
W pewnym momencie poczułam parcie na jelito grube. Pomyślałam, że spokojnie dojadę do domu mimo tego, że miałam jeszcze po drodze przesiadkę. Moje szacunkowe obliczenia były błędne. Coraz bardziej czułam, że moje jelita szykują coś płynniejszego od tradycyjnego klocka, oblały mnie poty i wiedziałam, że mam tylko 2 wyjścia. Albo wysiąść na najbliższym przystanku, lecieć w krzaki i czekać na kolejny autobus albo srać w zbroję. Wybrałam pierwszą opcję, czego potem bardzo szybko pożałowałam.
Wysiadłam, pędem poleciałam za krzaki i zrobiłam co swoje, wróciłam.... I wtedy zaczął się mój horror. Okazało się, że nie wiem gdzie jestem, bo wieś była mi bliżej nieznana, na przystanku oprócz znaku "przystanek autobusowy" i latarni nie było nic. Przystanek był umiejscowiony w polach. Zimno, ciemno, nie wiedziałam kiedy przyjedzie kolejny autobus i na dodatek rozładował mi się telefon. Spanikowałam, a w głowie tysiąc złych myśli.
Dupa piecze i zarazem swędzi, bo nie było czym się podetrzeć. Usiadłam na chodniku i zaczęłam ryczeć. Nie wiedziałam ile przesiedziałam, ale autobus w końcu przyjechał. Usiadłam tuż za kierowcą. Jadę. Nagle poczułam, że teraz to nie krecik chce wyjść na wolność tylko porządny paw. Siedzę spocona i modlę się żebym tylko dojechała na swój przystanek, albo chociaż wyjechała z tej wioski. Moim oczom w końcu ukazało się miasto, ale do przystanku jeszcze kawałek... Ściągnęłam z szyi arafatkę zrobiłam z niej "worek" i narzygałam... Ulga była natychmiastowa. W końcu wysiadłam z autobusu na docelowym przystanku, podeszłam do kosza i zamiast wyrzucić tą orzyganą chustkę, to z całej siły wytrzepałam zawartość... między innymi na siebie.
Podjechał akurat ostatni autobus na moje osiedle. Widząc ludzi w autobusie stwierdziłam, że poświęcę się i do niego nie wsiądę tylko wrócę na nogach. Wiedziałam, że w domu i tak będzie zjebka za trzygodzinne spóźnienie. Idę, zapłakana i orzygana, a w ręku ciągnę po chodniku tą brudną chustkę. Resztkami sił doszłam 4 kilometry na swoje osiedle. Widzę z daleka blok i świecące się u mnie w mieszkaniu światło w kuchni.... No to ja już wiedziałam, że będzie awantura. Wchodzę do klatki i znowu mnie sranie spięło, biegnę do windy, weszłam do niej i zwieracze nie wytrzymały. Zesrałam się w pory. Zanim wyszłam z windy, to co nieco wypadło przez nogawkę.
Dzwonię dzwonkiem do drzwi i czekam na swoją egzekucję, chociaż już mi było wszystko jedno.... Tata otworzył mi drzwi, zobaczył mnie całą w rzygach, osraną i zapłakaną. Nie odezwał się ani słowem.
Ot, zasrana historia ;)
Moi rodzice znaleźli dla mnie dziewczynę, bo stwierdzili że z takim wyglądem nigdy nie będę mieć dzieci, a przez to oni nie doczekają się wnuków.
Dla ciekawskich, spotkałem się z tą dziewczyną. Okazało się, że jest 5 lat starsza ode mnie i nie widzi od urodzenia.
Nie ma to jak wsparcie najbliższej rodziny.
Sąsiadka kupiła sobie psa. Nieszczególnie ją lubię, bo jest niezbyt inteligentna. Ostatnio przez balkon widziałem, jak pod jej nieobecność pies wyniósł jej buty i ubrania na patio, co się dało to pogryzł, a resztę obsikał.
Już go lubię.
W zeszłym roku postanowiłem nieco sobie zażartować z moich rodziców i na święta dostali ode mnie skarpetki. "O tak, wreszcie to nie ja będę miał najgorszy prezent!".
Plan był niezły, ale nie przewidziałem, że nic od nich nie dostanę. Wciąż są górą.
Wynajmuję sama małą kawalerkę, do której klucze ma również moja mama, tak w razie czego, jakbym np. swoje zgubiła.
Byłam ostatnio na małej imprezie, troszkę się spiłam. Marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku. Dotarłam do mieszkania, od razu szybko się rozebrałam, już chciałam się kłaść, patrzę na nogi, a one od stóp aż po uda całe sine. Ogarnęło mnie przerażenie, do głowy przyszły mi różne myśli. Może jakiś zakrzep, martwica, no jak nic to mój koniec.
Przestraszyłam się, że jak usnę, to już się nigdy nie obudzę. Pomyślałam o mamie, która pewnie mnie znajdzie, jak nie będę dawać oznak życia.
Moja mama lubi porządek, a ja akurat miałam trochę bałagan, w pośpiechu ostatkiem sił zaczęłam to wszystko ogarniać, żeby nie wstydzić się po śmierci. Ledwo patrząc na oczy usunęłam jeszcze nieprzyzwoite treści z telefonu i historię przeglądania. Zasnęłam z myślą, że to koniec.
Rano obudziłam się o dziwo żywa, patrzę nogi - dalej fioletowe. Kac morderca mnie męczy, ale skoro przeżyłam noc, to muszę dalej walczyć. Zadzwoniłam do mamy, czy zawiezie mnie na pogotowie, w skrócie wyjaśniłam o co chodzi. Zanim przyjechała poszłam pod prysznic.
Zaczęłam się szorować i jak zobaczyłam spływającą niebieską wodę dotarło do mnie, że to nie martwica, a nowe spodnie, które po prostu zafarbowały...
Wstąpiło we mnie nowe życie, chciałam jak najszybciej zadzwonić do mamy i odwołać alarm. Przywaliłam głową w szafkę...
Tak więc na pogotowiu i tak wylądowałam.
Przynajmniej od tego zdarzenia zawsze mam porządek w domu, a każde nowe spodnie moczę najpierw w wodzie z octem.
Gdy byłam mała, to lubiłam rysować po asfalcie kredą. Nie zawsze miałam ją ze sobą, ale zawsze znalazł się jakiś kamień, który godnie ją zastępował.
Niektóre sprawdzały się lepiej, inne gorzej. Były między innymi białe kamyczki, które do rysowania się nie nadawały i kruszyły się pod naciskiem. Czasem w środku były ciemniejsze.
Dopiero po latach zorientowałam się, że to były zaschnięte psie odchody.
Nie lubię mojej rodziny. Szczególnie mamy i babci. Widok ojca sprawia mi ból innego rodzaju.
Matka kocha najbardziej na świecie mojego ojca, który nas zostawił dla kochanki, narobił bachorów (o jednym wiem, o drugim oficjalnie nie wiem). Kiedy odszedł, matka zaczęła pić, wpadała w ciągi. Warowałam przy niej jak pies, marnując nastoletnie lata życia. Babcia przychodziła "pomóc", tłumaczyła mi wskazując na zapuchniętą matkę że jest moją jedyną, że mnie kocha i żebym ją ucałowała w ramach wybaczenia. Z kolei ojciec wpadał w szał i demolował mieszkanie, raz mamie wlał pół litra wódki siłą do gardła na moich oczach. Śni mi się to po nocach. Jak matka przestała chlać, to zaczęła biegać na randki, wtedy obudził się z letargu mój tatuś. Znudziła mu się kochanka i zachciało mu się żony. Niestety okazało się, że będzie miał dziecko.
Dziś wszystko ucichło, moi rodzice mają świetny kontakt, matka rozpływa się nad nim, jaki to wzór mężczyzny. Piją razem kawkę. Oficjalnie nie są razem, ale dla mnie ona zawsze będzie kochać tylko jego. Babcia - matka matki też za nim przepada. Wspaniały, dobry, uczynny. Ja natomiast zawsze byłam tego gorszego sortu. Gorsza od kuzynowstwa, od rówieśników.
Takie przedświąteczne wyznanie. Za parę dni będziemy się do siebie uśmiechać przy świątecznym stole. Bo z zewnątrz jesteśmy szczęśliwą uśmiechniętą rodzinką.
Dodaj anonimowe wyznanie