Pochodzę z bardzo bogatej rodziny. Gdzie słowa "bardzo" nie wstawiłem przypadkowo.
Przed rozpoczęciem studiów dziadek powiedział mi, że prawdziwi przyjaciele są bezcenni i tego nie można kupić za żadne pieniądze, to ludzie, którzy powiększą twoją rodzinę. I wiecie co, postanowiłem mieć prawdziwych przyjaciół, którzy nie lecą na stan mojego konta licząc, że coś na tym zyskają.
Rozpocząłem studia inżynierskie po drugiej stronie Polski. Od pierwszego roku gram biednego studenta z południa kraju. Zamieszkałem na stancji z kilkoma współlokatorami, po zajęciach pracuję jako pomoc w restauracji, ubieram się w lumpeksach, udzielam korków. Na zajęcia chodzę regularnie. Poznałem wielu ludzi. Jedni zadufani w sobie, patrzą tylko na grubość portfela, lubili mnie poniżać. Drudzy podkładający świnie, by wybić się wyżej, niektórzy fałszywi tak bardzo, że zastanawiam się, czy to człowiek, czy już gad. Z całego roku mam dwójkę przyjaciół, którzy są dla mnie jak brat i siostra.
Kiedyś rozmawialiśmy, jak fajnie byłoby poznać architekturę Paryża, Lizbony, czy Barcelony.
W czerwcu kończę magisterkę i po 5 latach mam zamiar zdradzić im mój mały sekret. Zapraszając ich na wycieczkę życia po Europie. A dla reszty roku też przygotowałem niespodziankę... ;)
Kiedy wychodziłam z łazienki, mój narzeczony golił sobie brodę. Nie wychodził przez godzinę, więc zajrzałam do niego, żeby zobaczyć co tak długo. Okazało się, że był już w połowie golenia całego ciała, bo, jak powiedział, pojechał za daleko i potem już nie było odwrotu. Musiałam mu pomóc dogolić się do końca. Włącznie z... ekhem... dupą i całą resztą.
Jestem w klasie maturalnej i mój wuefista jest przekonany, że im większy wysiłek fizyczny, tym lepiej pracuje mózg i szybciej przyswaja wiedzę, więc na wf-ie robimy coraz bardziej wysiłkowe ćwiczenia, co ma nas niby lepiej przygotować do matury.
Ostatnio byłam tuż przed okresem, co u mnie często objawia się przeróżnymi problemami z wypróżnianiem. Podczas bardzo intensywnych podskoków z bieganiem i machaniem rękami, nagle mój pęcherz nie wytrzymał.
Popuściłam, ale na szczęście na ciemnych spodniach nie było tego widać, ani nawet czuć (piję dużo wody).
Gorzej, że pod sam koniec lekcji podczas rozciągania puściłam takiego cichacza zabójcę, że nauczyciel pozwolił nam wyjść do szatni jeszcze przed dzwonkiem.
Mam nadzieję, że do tej pory nikt nie wie, że to byłam ja.
Praca policjanta jaka jest każdy wie. Dodać do tego trochę problemów osobistych i kilka nieprzespanych nocy i można się spodziewać problemów.
Zawsze wydawało mi się, że moja czujność nigdy nie śpi, nawet jeśli moje ciało nie jest w najlepszej formie. Do czasu.
To był szalony dzień. Trzecia strzelanina tego wieczoru (nie mieszkam w Polsce). Konflikt między gangami. Kultura ulicy jest taka, że każdy wie kto jest winny, ale to my jesteśmy wrogami. Po udzieleniu pomocy postrzelonym i zapakowaniu ich do karetek przychodzi czas na pilnowanie miejsca zbrodni - czekamy na detektywów i techników. W tym czasie musimy się pilnować, żeby ktoś nie rzucił w nas cegłą albo butelką. Z radością przyjęłam polecenie, żeby pójść do budynku obok, bo okazało się, że jedna ofiara się tam skryła i niestety nie przeżyła.
Kilka godzin czekania w cieple na koronera...
Towarzystwo trupa mnie już od dawna nie rusza. Ruszyło mnie tylko szarpanie współpracownika, gdy wszedł do pokoju i zobaczył mnie śpiącą obok martwego ciała ofiary.
Nigdy nie czułam się tak okropnie. Najgorszy moment w mojej karierze.
Matka pod namową ojczyma wyczyściła mi dzisiaj konto, bo "Twój ojciec wisi mi alimenty, a mi się te pieniądze należą i zdobędę je tak czy inaczej".
Tak że tego. Z rodziną na zdjęciu.
Poszłam na randkę z facetem, którego wcześniej nie znałam. Piliśmy kawę, rozmawialiśmy, było bardzo miło. W pewnym momencie położył rękę na moim brzuchu, mówiąc "wkrótce tu zostaną zasiane moja nasiona".
Drugiej randki nie było.
Od kilku dni w naszym bloku trwa generalny remont klatki schodowej. Wczoraj moja sąsiadka dała upust swej frustracji i wyszła z wrzaskiem na korytarz, aby opieprzyć robotników. Krzyczała tak głośno, że pół bloku się zleciało. „Mam dość tego hałasu, całe ściany się trzęsą, własnych myśli nie słyszę!” - darła się. - „Ja w piątym miesiącu ciąży jestem! Ten rumor sprawi, że w końcu poronię, albo urodzę upośledzone dziecko! Słyszysz, pan? W c-i-ą-ż-y, kur#a, jestem!” - jej głos aż zachrypł od tego wrzasku. Następnie splunęła pod nogi zaskoczonych robotników, zagasiła papierosa o utytłaną ścianę i wróciła do mieszkania, trzaskając drzwiami…
Razem z kumplem Andrzejem pracowaliśmy jako "kanarzy" w jednym z większych miast w Polsce. Andrzej był dobrym współpracownikiem, lecz wyjątkowo chciwym i pazernym. Podczas kontroli trafił na Ukrainkę jadącą bez biletu. Nie miała pieniędzy, by zapłacić mandat. Andrzej zauważył, że ma na szyi złoty łańcuszek. Powiedział, że nie wypisze jej mandatu, jeśli mu go odda. Ukrainka bez wahania zgodziła się na ten układ.
Andrzej cały dzień podniecał się tym, jaki dobry interes zrobił. Że jest do przodu dobrych kilka stówek.
Szkoda, że nie widzieliście jego miny, gdy usłyszał od pani z lombardu, że łańcuszek wcale nie jest ze złota.
Łańcuszek okazał się dla Andrzeja jeszcze bardziej pechowy. Bo całą sytuację nagrał z ukrycia jeden z pasażerów. I jeszcze tego samego dnia Andrzej wyleciał z pracy.
Żałuję, że zdałam prawo jazdy.
Mam 21 lat i na kurs zapisałam się pod naporem rodziny. "Zrób teraz, bo potem nie będziesz miała czasu", mówili i dali mi pieniądze. Wahałam się, bałam, no ale poszłam. Stwierdziłam, że to nie może być trudne i na pewno będzie fajnie.
Podobały mi się pierwsze 3h jazd, a z każdą kolejną wiedziałam, że ja nie chcę tego prawa jazdy. Ogólnie powiedziałabym, że szło mi średnio. Praktykę zdałam za 4 razem, trzy razy oblewając na placu. Udało mi się zdać tylko i wyłącznie dlatego, że był niewielki ruch i miałam absolutnie najprostszą trasę. Same skręty w prawo, na rondzie pierwsze zjazdy, skrzyżowania ze światłami bezkolizyjnymi, parkowanie na pustym parkingu.
Pierwsza jazda po zdaniu prawka była okropna. Ja nie umiem jeździć. I to nie tylko dlatego, że nie mam wprawy, ale ja naprawdę nie umiem. Już zwykła górka powoduje, że nie jestem w stanie ruszyć. Skrzyżowanie pod górkę? Nie ma mowy. Skręcić na wąskiej drodze? Niewykonalne. Do tego dochodzi strach. Wręcz panicznie boję się jeździć. Fakt, że to ja muszę nad wszystkim panować mnie przeraża.
Ogólnie nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam alkoholu, ale obecnie wręcz zmuszam się do wypicia, żeby tylko nie być "opcją kierowcy".
Podziwiam ludzi którzy jeżdżą i od razu po zdaniu prawka robią to bez drugiej osoby obok. Dla mnie jest to czynność zbyt trudna i przerażająca.
Żałuję, że zrobiłam prawo jazdy, żałuję wydanych pieniędzy. Mam ochotę wyrzucić mój nieużywany plastik do kosza. Jest mi z tym bardzo źle.
Czasem się zastanawiam, czy powinno mnie gryźć sumienie.
Gdy uczęszczałem do miejscowej podstawówki, zawsze po lekcjach chodziłem na świetlicę, czekając na rodziców.
Pewnego słonecznego popołudnia - miałem wtedy 7 lat - gdy z grupą kolegów bawiłem się na dworze, do płotu podeszło trzech nastolatków.
Byli to przedstawiciele rasy patusów w wieku 15-17 lat.
Na początku nie wiedziałem o co im chodzi i bawiłem się dalej. Po chwili zrobiło się tam małe zgromadzenie, pani ze świetlicy przyszła, żeby ich pogonić.
Podszedłem do płotu. Trzej młodzieńcy stali z drugiej strony, na chodniku, pół metra niżej niż poziom ze świetlicą i mną.
Owe patusy zaczęły bez powodu wyzywać inne dzieci, mimo upomnień pani.
Nie wiedzieć czemu, gdy zobaczyłem, że jeden z nich trzyma palcami płotu, ni z tego, ni z owego, kopnąłem go butem w te palce.
Wtedy zaczął się Armagedon.
Wpadli w szał bojowy. W jednym momencie przeskoczyli płot i wdarli się na podwórze. Jeden popchnął świetliczanką, potem biegł i powalał inne dzieci. Drugi pluł na wszystkich wokół.
Trzeci (ten. którego kopnąłem) chciał mnie dorwać. Uciekłem na dach domku ze zjeżdżalnią, ale on ruszył za mną.
Szczęśliwie pojawił się ojciec jednego z kolegów, bo akurat chciał go odebrać i w ostatniej chwili wyrzucił patusa, który zaraz by mnie zabił, a potem pogonił pozostałych dwóch. Świetliczanki zawiadomiły policję.
Jakieś dwa dni później do mojego domu zapukało dwóch funkcjonariuszy.
Powiedzieli, że według świetliczanki, jeden z patusów ewidentnie chciał mi coś zrobić.
Policjanci chcieli znaleźć przyczynę tego niespodziewanego ataku. Na szczęście robili to tylko dla formalności. Jeden z nich zażartował, że patus połamał sobie specjalnie dwa palce u dłoni twierdząc, że to ja i dlatego nas zaatakowali.
Policjanci, ja i rodzice uśmialiśmy się słysząc to i zgodnie stwierdziliśmy, że to szajbus, a ja byłem przypadkową ofiarą.
Wsadzili ich do poprawczaka.
Tak więc wracam do początku mojego wyznania: mam się przejmować tym, że spowodowałem atak na świetlicę szkolną i "wsadziłem" trzech młodzieńców do poprawczaka?
Dodaj anonimowe wyznanie