Matka pod namową ojczyma wyczyściła mi dzisiaj konto, bo "Twój ojciec wisi mi alimenty, a mi się te pieniądze należą i zdobędę je tak czy inaczej".
Tak że tego. Z rodziną na zdjęciu.
Poszłam na randkę z facetem, którego wcześniej nie znałam. Piliśmy kawę, rozmawialiśmy, było bardzo miło. W pewnym momencie położył rękę na moim brzuchu, mówiąc "wkrótce tu zostaną zasiane moja nasiona".
Drugiej randki nie było.
Od kilku dni w naszym bloku trwa generalny remont klatki schodowej. Wczoraj moja sąsiadka dała upust swej frustracji i wyszła z wrzaskiem na korytarz, aby opieprzyć robotników. Krzyczała tak głośno, że pół bloku się zleciało. „Mam dość tego hałasu, całe ściany się trzęsą, własnych myśli nie słyszę!” - darła się. - „Ja w piątym miesiącu ciąży jestem! Ten rumor sprawi, że w końcu poronię, albo urodzę upośledzone dziecko! Słyszysz, pan? W c-i-ą-ż-y, kur#a, jestem!” - jej głos aż zachrypł od tego wrzasku. Następnie splunęła pod nogi zaskoczonych robotników, zagasiła papierosa o utytłaną ścianę i wróciła do mieszkania, trzaskając drzwiami…
Razem z kumplem Andrzejem pracowaliśmy jako "kanarzy" w jednym z większych miast w Polsce. Andrzej był dobrym współpracownikiem, lecz wyjątkowo chciwym i pazernym. Podczas kontroli trafił na Ukrainkę jadącą bez biletu. Nie miała pieniędzy, by zapłacić mandat. Andrzej zauważył, że ma na szyi złoty łańcuszek. Powiedział, że nie wypisze jej mandatu, jeśli mu go odda. Ukrainka bez wahania zgodziła się na ten układ.
Andrzej cały dzień podniecał się tym, jaki dobry interes zrobił. Że jest do przodu dobrych kilka stówek.
Szkoda, że nie widzieliście jego miny, gdy usłyszał od pani z lombardu, że łańcuszek wcale nie jest ze złota.
Łańcuszek okazał się dla Andrzeja jeszcze bardziej pechowy. Bo całą sytuację nagrał z ukrycia jeden z pasażerów. I jeszcze tego samego dnia Andrzej wyleciał z pracy.
Żałuję, że zdałam prawo jazdy.
Mam 21 lat i na kurs zapisałam się pod naporem rodziny. "Zrób teraz, bo potem nie będziesz miała czasu", mówili i dali mi pieniądze. Wahałam się, bałam, no ale poszłam. Stwierdziłam, że to nie może być trudne i na pewno będzie fajnie.
Podobały mi się pierwsze 3h jazd, a z każdą kolejną wiedziałam, że ja nie chcę tego prawa jazdy. Ogólnie powiedziałabym, że szło mi średnio. Praktykę zdałam za 4 razem, trzy razy oblewając na placu. Udało mi się zdać tylko i wyłącznie dlatego, że był niewielki ruch i miałam absolutnie najprostszą trasę. Same skręty w prawo, na rondzie pierwsze zjazdy, skrzyżowania ze światłami bezkolizyjnymi, parkowanie na pustym parkingu.
Pierwsza jazda po zdaniu prawka była okropna. Ja nie umiem jeździć. I to nie tylko dlatego, że nie mam wprawy, ale ja naprawdę nie umiem. Już zwykła górka powoduje, że nie jestem w stanie ruszyć. Skrzyżowanie pod górkę? Nie ma mowy. Skręcić na wąskiej drodze? Niewykonalne. Do tego dochodzi strach. Wręcz panicznie boję się jeździć. Fakt, że to ja muszę nad wszystkim panować mnie przeraża.
Ogólnie nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam alkoholu, ale obecnie wręcz zmuszam się do wypicia, żeby tylko nie być "opcją kierowcy".
Podziwiam ludzi którzy jeżdżą i od razu po zdaniu prawka robią to bez drugiej osoby obok. Dla mnie jest to czynność zbyt trudna i przerażająca.
Żałuję, że zrobiłam prawo jazdy, żałuję wydanych pieniędzy. Mam ochotę wyrzucić mój nieużywany plastik do kosza. Jest mi z tym bardzo źle.
Czasem się zastanawiam, czy powinno mnie gryźć sumienie.
Gdy uczęszczałem do miejscowej podstawówki, zawsze po lekcjach chodziłem na świetlicę, czekając na rodziców.
Pewnego słonecznego popołudnia - miałem wtedy 7 lat - gdy z grupą kolegów bawiłem się na dworze, do płotu podeszło trzech nastolatków.
Byli to przedstawiciele rasy patusów w wieku 15-17 lat.
Na początku nie wiedziałem o co im chodzi i bawiłem się dalej. Po chwili zrobiło się tam małe zgromadzenie, pani ze świetlicy przyszła, żeby ich pogonić.
Podszedłem do płotu. Trzej młodzieńcy stali z drugiej strony, na chodniku, pół metra niżej niż poziom ze świetlicą i mną.
Owe patusy zaczęły bez powodu wyzywać inne dzieci, mimo upomnień pani.
Nie wiedzieć czemu, gdy zobaczyłem, że jeden z nich trzyma palcami płotu, ni z tego, ni z owego, kopnąłem go butem w te palce.
Wtedy zaczął się Armagedon.
Wpadli w szał bojowy. W jednym momencie przeskoczyli płot i wdarli się na podwórze. Jeden popchnął świetliczanką, potem biegł i powalał inne dzieci. Drugi pluł na wszystkich wokół.
Trzeci (ten. którego kopnąłem) chciał mnie dorwać. Uciekłem na dach domku ze zjeżdżalnią, ale on ruszył za mną.
Szczęśliwie pojawił się ojciec jednego z kolegów, bo akurat chciał go odebrać i w ostatniej chwili wyrzucił patusa, który zaraz by mnie zabił, a potem pogonił pozostałych dwóch. Świetliczanki zawiadomiły policję.
Jakieś dwa dni później do mojego domu zapukało dwóch funkcjonariuszy.
Powiedzieli, że według świetliczanki, jeden z patusów ewidentnie chciał mi coś zrobić.
Policjanci chcieli znaleźć przyczynę tego niespodziewanego ataku. Na szczęście robili to tylko dla formalności. Jeden z nich zażartował, że patus połamał sobie specjalnie dwa palce u dłoni twierdząc, że to ja i dlatego nas zaatakowali.
Policjanci, ja i rodzice uśmialiśmy się słysząc to i zgodnie stwierdziliśmy, że to szajbus, a ja byłem przypadkową ofiarą.
Wsadzili ich do poprawczaka.
Tak więc wracam do początku mojego wyznania: mam się przejmować tym, że spowodowałem atak na świetlicę szkolną i "wsadziłem" trzech młodzieńców do poprawczaka?
Ja wiem, że moda choinkowa bywa dziwna… Ale czy to aby na pewno NORMALNE, że moja narzeczona stroi drzewko suszoną polędwicą, krążkami drobiowymi, talarkami z łososia i przysmakami na kłaczki - „żeby Klakier miał wesołe święta”?
Miałam niedawno okrągłe urodziny. Co dostałam od męża i dzieci?
NIC! kompletnie nic, zaśpiewali mi 100 lat - to było wszystko. Bardzo wszyscy byli zdziwieni, dlaczego nie mam humoru w swoje urodziny.
A mi jest tak bardzo przykro, bo ja zawsze o nich pamiętam. Nawet gdy było bardzo krucho z pieniędzmi, to coś odłożyłam, żeby kupić choć drobnostkę.
Szłam sobie dzisiaj głównym deptakiem w moim pięknym scyzorykowym mieście. W pewnym momencie podszedł do mnie głuchoniemy chłopaczek i pokazał mi kartkę, która głosiła, iż organizowana jest zbiórka pieniędzy na ośrodek dla niesłyszących. Święta idą, w sercu ciepło i szczodrość, w portfelu jednak trochę pustki, chciałam jednak pomóc i dołożyć się chociaż kilkoma talarami. Wpisałam swoje nazwisko i kod pocztowy na karteczce i wręczyłam mu 5 zł, z bananem na ustach, mając nadzieję, że doceni gest. Ale nie! Ten zrobił zniesmaczoną minę i pokazał mi, że ludzie dają po 10, 15, 20, a nawet i 50 zł, a ja z moim piątakiem mogę się schować i zaczął wymachiwać mi przed nosem rękoma, próbując mi coś przekazać. No nie powiem, oburzyło mnie to, no bo cholera! Człowiek chce pomóc, pomimo braku większych środków, a ten gardzi i okazuje swoje niezadowolenie. Wziął w końcu te pieniądze, ale we mnie pozostał duży niesmak i wiem, że więcej nie pomogę w takiej sytuacji.
Troszkę wdzięczności, nawet za marne 5 zł.
Przypomniało mi się, jak kilka lat temu w pewnej nadmorskiej miejscowości, w jednym z bloków wielkiej płyty, razem z kumplem, po skończeniu nocnej domówki, o 6 rano zajaraliśmy sobie na odchodnego blancika na klatce na 9 piętrze bloku. Posiedzieliśmy z 15 minut i poszliśmy w kierunku windy, takiej starej, z okienkiem na środku. Niby nic nadzwyczajnego, ale gdy zjechaliśmy windą na parter, naszym oczom ukazał się widok grupy antyterrorystów...
Jako że biba była całą noc w bloku (w dodatku z różnymi używkami), a my na na kacu i zfafani, w pierwszej chwili dostaliśmy udaru, zawału i wylewu jednocześnie, myśląc, że to do nas, że któryś z sąsiadów nas podkablował. Stanęliśmy jak te cielaki, zamurowani ze strachu, w windzie, patrząc się na czarnych w kominiarkach przez to okienko jakieś 5-10 sekund. Po tej jakże długiej chwili jeden z czarnych otwiera drzwi i krzyczy "Wyjazd z windy, bo nam się spieszy!". My zonk, więc nogi za pas i wyjazd czym prędzej, jak najdalej od całej sytuacji.
Nie wiedząc co się właśnie odwaliło, dzwoniliśmy do kumpla na domowy, ale nikt nie odbierał, więc w duchu mu współczuliśmy, że go zawinęli, a nam się udało, bo może nie połapali się, że my z nim byliśmy (spał schlany jak szmata).
Dopiero na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że powodem tej interwencji był jakiś zwyrol mieszkający sobie na 10 piętrze, który od kilku lat zmuszał swoje dzieci do rzeczy, jakich regulamin zakazuje opisać... Ponoć w ten sam dzień, kiedy przechwycili jego komputery (a w sumie to facet miał serwer w chacie), złapali jeszcze około 30-50 ( nie pamiętam dokładnie) innych takich w całej Polsce oraz przechwycili niezliczone materiały wiadomej treści (było dosyć głośno o tym).
Tak że tego, dowiedzieliśmy się z kumplem, jak cienka jest granica od zesrania się w gatki oraz że mamy ciekawych sąsiadów.
Dodaj anonimowe wyznanie