Na studiach wynajmowałam mieszkanie ze znajomym i dziewczyną, która była pedantką. Pierwszą jej czynnością po powrocie z uczelni było posprzątanie swojego pokoju. Miała swoją oddzielną szmatkę, środki czystości, a nawet mopa. Do łazienki zawsze chodziła z chusteczkami do dezynfekcji. Zazwyczaj jej obsesja skierowana była tylko do jej pokoju, jedynie w czasie swojego tygodniowego dyżuru wyżywała się też na reszcie mieszania.
Co w tym anonimowego?
Otóż moja współlokatorka dostawała szewskiej pasji na widok poplamionych blatów i podłogi. Nic jej tak nie potrafiło rozsierdzić, jak plama z błota na parkiecie czy rozlane mleko na blacie. Wpadała wtedy w szał i sprzątała całe pomieszczenie, nieważne, czy to był jej tydzień, czy nie (zazwyczaj słusznie dochodziła do wniosku, że nie jest naszą sprzątaczką i nie sprzątała w nasze tygodnie dyżuru). Kiedy więc miałam zapierdziel na uczelni i nie miałam czasu/siły na sprzątanie w czasie mojego tygodnia, niby przypadkiem wychodziłam z mokrymi rękami z łazienki, żeby nachlapać w korytarzu, czy rozlewałam kleistą substancję na blacie. Tym sposobem moja biedna współlokatorka sprzątała za mnie i w moim tygodniu.
Oczywiście zwalam winę za brud na drugiego współlokatora, razem z nią psiocząc na jego niechlujność.
Nikt nie wie, że to ja z premedytacją maziałam dżemem po stole. Nikt.
Samotnie wychowuję córkę. Tatuś? Od dwóch lat nie mamy kontaktu, alimenty owszem, przesyła, bo sąd kazał. Człowiek toksyczny, więc dla mnie zdrowiej, dla córki... zobaczymy. Pracuję, realizuję pasję i daję z siebie córce, ile mogę, w dużej mierze dzięki pomocy moich rodziców. Ostatnio bardzo zabolało mnie sformułowanie, że samotne matki to najgorszy materiał na partnerkę, że tylko hajs się liczy. Ja rozumiem, że nie każdy facet jest gotowy lub nie chce wchodzić w relacje ze mną, dzieciatą laską. Nie mam o to żalu. Sama nie wychodzę często na randki i raczej unikam zapoznawania córki z kimś, kiedy sama nie wiem, jak relacja się potoczy. Co jednak obserwuję... Pominę fakt, że faceci są jednokierunkowi. Tych od razu odsiewam. Chyba że akurat na takiej relacji mi zależy. Jednak zawsze, gdy pojawiają się trudności, oni odwracają kota ogonem – że mi zależy tylko na kasie, że nie będą inwestować w cudze dziecko, że nie stać ich, aby mnie utrzymać.
Serio? To ja utrzymuję siebie, dziecko, dom. Ogarniam wszystko. Sama. Stać mnie na życie i na przyjemności. Nie szukam sponsora. A taki facecik, już to wyczuwam, najchętniej zwykle wkręciłby się w moje życie, może zamieszkał z nami, nie płacąc oczywiście rachunków, nie robiąc zakupów itp... Jak drugi dzidziuś. Tylko duży i jeszcze stawiający żądania, a ja miałabym go w dupę cmoknąć za to, że raczył na mnie spojrzeć? A gdy próbuję sugerować, że to chyba nie tak, że związek to partnerstwo, to leci śpiewka: bo chodzi o kasę. Bo mamuśki takie są. Wtf? Serio, kobiety w mojej sytuacji, które znam, to najbardziej ogarnięte życiowo kobiety. Choć pewnie i innych nie brak, ale na szczęście ja ich nie znam.
Wkurza mnie fakt, że wiecznie przypina mi się łatkę desperatki, której chodzi tylko o pieniądze. Albo żeby być z kimkolwiek. I że powinnam być wniebowzięta, że w ogóle ktoś na mnie spojrzał. I jakim prawem w ogóle czegoś oczekuję? Ewentualnie wszyscy bardzo mi współczują. No i tekst tygodnia po tym, jak zapłaciłam za pewnego pana w restauracji – oszukuję go. Powinnam być biedna. I na pewno jestem, tylko udaję, aby go złapać... na dziecko. Kolejne. Ech...
Dziś zaczęłam pracę w restauracji jako kelnerka. Lokal nosi nazwę „Maciej”, od imienia jego właściciela. Zraziłam się do tej roboty już po kontakcie z pierwszym klientem, który już z daleka wyglądał jak jakiś przyczajony perwers. Kiedy podeszłam do niego w fartuszku ze znajdującą się na prawej kieszonce naszywką z nazwą restauracji, ten sukinkot ostentacyjnie oblizał swoje usta i zapytał, jak ma na imię mój drugi cycek.
Wczoraj wieczorem moja żona urodziła pięknego chłopca. Ma idealną wagę, doskonałe wyniki i śliczną, czekoladową cerę. Zapewne po biologicznym ojcu. Tak przypuszczam, skoro oboje z żoną jesteśmy bladzi jak ściana.
Gdy byłem mały (miałem ok. 5 lat), to wymachiwałem swoim sprzętem i mówiłem wszystkim, że to antena. Robiłem to przy rodzinie. Pamiętają.
Wszystko zaczęło się w siódmej klasie... Na polskim nauczycielka kazała mi usiąść z chłopakiem, nazwijmy go Mateusz. Nie lubiłam go. Był takim klasowym klaunem. Zaczęliśmy się lubić dopiero pod koniec siódmej klasy, spędzaliśmy coraz więcej czasu na przerwach razem, siadaliśmy ze sobą nie tylko na polskim itp. I wtedy się zakochałam i wydawało mi się, że on we mnie też. Nie był on jakiś najładniejszy, ale lubiłam go za jego poczucie humoru. Właśnie, „lubiłam”.
Wakacje spędziłam dobrze, nie myślałam o nim. W 8 klasie nasz kontakt się polepszył, i to o wiele. Zaprosiłam go na urodziny, ale wtedy zauważyłam, że jest coś nie tak. Mało się odzywał, a przynajmniej do mnie. W końcu przestał się odzywać, nie siadał koło mnie na przerwie itd., nawet znalazł sobie jakąś nową przyjaciółkę, co mnie wkurzyło najbardziej. Napisałam do niego podczas ferii, dlaczego się nie odzywał, ale nawet nie odpisuje. Wydaje mi się, że już mało go obchodzę :(
Może zacznę od tego, że moja żona nie umie bawić się z dziećmi, okazywać im uczuć, a nawet jak się nimi zajmuje, to co chwila niechcący coś zrobi, że co chwila płacz. Może nie jest szorstka wobec nich, ale sztywna, brakuje jej ciepła.
I tutaj spotykam jej przeciwieństwo w tej kwestii – rehabilitantkę dzieci, do której jeżdżę z nimi dwa razy w tygodniu. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że strasznie mnie pociąga, pierwszy raz pomyślałem, że wolałbym kogoś od mojej żony. Moja żona jest piękna, wysportowana, inteligentna – ideał, chciałoby się rzec. Ale ta terapeutka jest tak ciepła, miła, kiedy widzę, jak rozmawia i ćwiczy z dziećmi, nie tylko moimi, jak rozmawia przez telefon z mężem, to wiecie, czuć promieniowanie dobrocią i łagodnością. Człowiek mimowolnie się uśmiecha, tak jak moje dzieci.
Jedynie przy niej mam myśli, że chyba źle wybrałem w życiu.
Oczywiście to tylko uczucia i myśli, które rozwiewa szybko codzienność, nie pozwalam sobie nawet na fantazjowanie. Dochodzę jednak do wniosku, że wybieranie żony w młodym wieku, kiedy się patrzy tylko na wygląd i status w grupie, to nienajlepszy pomysł.
Mamy sąsiada, który od ponad roku uprzykrza nam życie. Prawie przez całą dobę puszcza bardzo głośną muzykę z mocnym basem (ma chyba jakieś mocne głośniki), że aż cały blok podskakuje, a w głowie dudni. Nie przeszkadza mu w tym nawet cisza nocna, bas potrafi włączyć o trzeciej w nocy. Najgorzej jest latem, jak mamy na noc otwarte okna i po prostu bardziej to słychać.
Nie wysypiam się do pracy. Zatyczki do uszu nic nie dają. Policja? Wzywamy ją średnio trzy razy w tygodniu. Po nim to spływa. Może dwa dni od interwencji jest spokój, po czym znowu dudni basami przez prawie całą noc.
Zgłaszaliśmy to do spółdzielni, mieli go wyrzucić, ale jak na razie nie doszło to do skutku. Sami też nie możemy się ot tak wyprowadzić, bo mieszkanie mamy na własność, kupione trzy lata temu po okazyjnej cenie na kredyt, który nadal spłacamy. No i nie mamy pewności, czy w innym miejscu też nie trafimy na upierdliwego sąsiada. Przed zakupem tego mieszkania mieszkaliśmy na wynajętym w innym miejscu i tam też był taki sąsiad, który uprzykrzał życie, m.in. po pijaku wyłaził w nocy po kilka razy na klatkę z jakimś kijem i walił nim po poręczach oraz krzyczał wulgaryzmy. I tam też policja niewiele pomagała, bo gościu nie przejmował się mandatami. Znając nasze szczęście, w innym miejscu też na coś takiego trafimy.
Ja mam powoli dosyć.
Równe 10 lat temu, mając 15 lat, poznałam swojego, wtedy 18-letniego, aktualnego narzeczonego. Odkąd pamiętam, marzyłam o tym, że jak będę w końcu w poważnym związku, będę to robić wszędzie i to codziennie. Jak zaczęliśmy się spotykać, to właśnie na to się zapowiadało. Oboje ciągle podjarani, ale mnie coś powstrzymywało i chciałam zacząć od małych kroków, by się upewnić, że nie zrobię tego z chłopakiem, z którym będę tylko miesiąc. Czas mijał, staż w związku rósł, a my ciągle odkładaliśmy to na potem. Kiedy tylko próbował, ja automatycznie uciekałam albo mówiłam, że boli... Minęły tak lata, on cierpliwie czekał, a ja się nienawidziłam. Przecież miało być tak cudownie! A wyszło jak zawsze. Szukałam w internecie, myślałam, że może mam jakąś dziwną budowę ciała, a może mam po prostu coś nie tak z głową. Moi rodzice oraz siostry wiedzieli, że nie robię tego z moim partnerem, z którym jestem od lat. Wspierali i kibicowali. Sami próbowali mi pomóc, doradzać, dawać wskazówki. Rodzina żartowała, żebym się upiła, to się rozluźnię i pójdzie z górki.
Po latach odkryłam, że to przez moją matkę. Kocham ją nad życie, mam z nią niesamowitą relację, ale właśnie przez to bardzo jej ufałam. Wmawiała mi przez lata różne rzeczy, których po dziś dzień nie jestem w stanie zrobić. Między innymi ciągle powtarzała, żebym tego z nikim nie robiła, bo to jest straszne i obleśne! Wiem, że mówiła to, żeby nie mieć nastolatki z brzuchem, ale nie wiedziała, że czymś takim zniszczy mi wiele lat mojego życia.
Dopiero rok temu, czyli po 9 latach udało się! W końcu! Cała rodzina się cieszyła, myślała, że w końcu do tego dojrzałam i w ogóle cud niesamowity... tylko że nie wiedzą jednego... Nasz pierwszy raz udał się tylko dlatego, że po raz pierwszy spróbowałam narkotyków – ekstasy w tabletkach. I po nich miałam wielką ochotę i zero blokad, nasz pierwszy raz nic nie bolał, trwał długo, zrobiliśmy to w każdej pozycji.
Od tamtej pory jest tak, jak całe życie sobie marzyłam. I warto było czekać. Oczywiście nikt poza nami o tym nie wie. Tylko rodzina wie, jak długo nam to zajęło, ale nikt nie wie, jak udało nam się to w końcu osiągnąć.
Mam 29 lat, męża i dziecko, a co za tym idzie mam również teściową, taką prawdziwą teściową z piekła rodem. Oj, przebiegła z niej bestia, z jednej strony złota kobieta, co dla wszystkich chce jak najlepiej, a z drugiej tylko czeka, aby wbić igłę za jakąś „niedoskonałość”. Jakby wychowywała dzieci w dobie internetu, to byłaby to taka prawdziwa madka. Na szczęście mieszkamy bardzo daleko od niej, więc odwiedza nas, a raczej wnuka, mniej więcej raz w miesiącu. Przyjeżdża na weekend i się zaczyna. A to, że nieuprasowane, ale jak to, pierzesz rzeczy dziecka i swoje razem? A to, że obiadu jej synowi nie odgrzeję i on biedny SAM musi to robić, a po pracy na pewno zmęczony. Nie to, co ja! Ja tylko siedzę w tym swoim gabinecie i klepię te diety dla ludzi! Co to za praca? Kiedyś to była robota, z dzieckiem pod pachą na polu się robiło, a później jeszcze obiad, pranie na tarce (ona ma 60 lat, nie wiem, skąd ona tę tarkę wzięła, bo moi rodzice już mieli dawno pralkę Franię). Wykładam również na uczelni (robię doktorat, więc wiadomo, wciskają mi zajęcia w weekendy). I wtedy jej syn musi opiekować się dzieckiem! A gdzie facet się do tego nadaje, on sobie na pewno nie da rady, zresztą ja też nie daję. Jakbym miała prać tetrowe pieluchy, to bym wiedziała, co to praca. Gdy jest u nas, to przestawia wszystko po swojemu, bo ona jest od 40 lat gospodynią domową i ona wie lepiej, co i jak.
Muszę przyznać, że nie jestem dla niej miła. Nie owijam w bawełnę – ma być tak i koniec, bo to mój dom. I wtedy się zaczyna, że ona chciała tylko pomóc, bo widzi, że my sobie bez niej nie radzimy – i płacz.
Najbardziej mnie denerwuje, jak mówi, że ja nic o pracy nie wiem. Jeszcze jak robiłam magisterkę, to urodziłam synka, zaraz po studiach otworzyłam własną firmę, wszystko z dzieckiem „pod pachą”, po roku wróciłam na uczelnię robić doktorat. Teraz mam firmę, dziecko i doktorat. Wieczory spędzam, ucząc się albo pisząc diety. Szczerze? Nie obchodzi mnie brudne okno, raz na miesiąc robimy gruntowne sprzątanie mieszkania, a tak to na bieżąco ogarniamy, ale nie, że codziennie ścieramy kurze czy coś. Wolę ten czas poświęcić swojemu mężowi i dziecku. Pójść na spacer, plac zabaw czy do kina. Codzienna góra prania zamykana jest szczelnie w łazience, aby nie było jej widać... Może nie jestem idealną gospodynią, ale jestem super mamą, żoną i mam świetnie prosperującą firmę. Ale ludziom i tak nie dogodzisz. Dla mojej teściowej za mało się staram, powinnam być na każde zawołanie dziecka i męża. Ale mi się nie chce. Wolę wypić ciepłą kawę. A mąż naprawdę potrafi (już) sobie zrobić obiad i wyjść z dzieckiem na spacer.
Ja jestem pewna siebie, znam swoja wartość, ale ile jest dziewczyn, które myślą, że muszą być w 100% idealne? Znam matki, które zadręczają się każdą małą wpadką, bo co pomyślą ludzie. To smutne.
Dodaj anonimowe wyznanie